Liars – WIXIW

Szósty album grupy pochodzącej z Brooklynu pokazuje, że na zachodzie bez zmian.

Twórczość nowojorczyków można określić jednym słowem: Constans. Liars skrupulatnie od 10 lat wydaje równe, dobre i ciekawe płyty. I tym razem na „WIXIW” udowadniają, że forma ciągle jest.

„WIXIW” nie jest dobry album na ciepłe, letnie dni. Nie jest to też typowa depresyjna muzyka na deszczową jesień. Ciężko jednoznacznie ją zakwalifikować. Odkąd panuje moda na „dziwne granie” takie zespoły jak Liars nie mają problemu znaleźć potencjalnych słuchaczy. Hipsterska plaga łatwo łyka muzykę odstającą, odrzucając jednocześnie melodie popularne. Czemu o tym mówię? Dlatego, że ten album nie jest łatwy do łyknięcia dla przeciętnego słuchacza. To jakaś mroczna, mglista dyskoteka w lesie. Ujadający pies i tym podobne klimaty. Z pewnością dużym plusem jest brzmienie, niosące tą płytę basy rozrywające każdą przeszkodę oraz a może przede wszystkim genialny klimat wytworzony podczas obcowania z tym krążkiem. Różnorakie syntezatory, których jest pełno na tym albumie wzmagają poczucie niepokoju a wokal jakby wydobywający się z piwnicy jeszcze bardziej potęguje to uczucie.

Ciekawą drogą kroczy zespół, jednak nie każdemu przypadnie to do gustu. O ile na poprzednich albumach łatwo było jeszcze znaleźć piosenki nadające się na singla, tutaj jest z tym cholerny problem. Każda brzmi podobnie, żadna nie nadaje się do kręcenia teledysku. Pytanie jednak jest inne, czy to absolutnie przeszkadza w odbiorze „WIXIW”? Oczywiście, że nie. Bo jak wspomniałem wcześniej to jakaś popieprzona dyskoteka w lesie. Zatem bawmy się. Ocena: 7/10.

Dark Shadows / Mroczne Cienie

Najnowszy film najbardziej pokręconego reżysera Hollywood.

O tym, że Tim Burton ma swój własny świat dyskutować długo nie trzeba. Wystarczy obejrzeć parę jego filmów by się o tym przekonać. Mroczne miejsce akcji, grobowa atmosfera, połączenie świata umarłych/fantazji z światem żywych/normalnym, dziwne stworzenia, pogrzebowe barwy, samotni bohaterowie poszukujący miłości i akceptacji. Z wszystkim tym mieliśmy do czynienia w między innymi takich filmach jak: „Edward Nożycoręki”, „Miasteczko Halloween” oraz „Sok z Żuka”. Sprawdzonych motywów i czarnego humoru nie zabrakło także w najnowszej produkcji wyreżyserowanej przez Burtona „Mroczne Cienie”.

Film opowiada historię Barnabasa Collinsa, który nie dość, że traci rodziców, ukochaną i zostaje zamieniony w wampira to w dodatku zostaje zakopany w zaplątanej w łańcuchy trumnie. Wszystko za sprawą Angelique, której Barnabas łamie serce. Po blisko dwustu latach wampir uwalnia się ze swojej pułapki i próbuje na nowo odbudować potęgę rodziny Collinsów. Jednak trudności dodaje fakt, że świat poszedł do przodu (co będzie wymagało przystosowania) a w mieście wciąż żyje Angelique Bouchard.

Ten film to typowy obraz w stylu Tima Burtona. Mamy do czynienia ze wszystkimi motywami o których wspominałem na początku. Dodatkowo po raz kolejny główne role odgrywa „stara ekipa” w postaci Johnny’ego Deep’a oraz Heleny Bonham Carter. Dla kogoś kto oczekiwał czegoś nowego „Mroczne Cienie” będą dużym rozczarowaniem. Natomiast wierni fani twórczości Pana Burtona łykną ten obraz od razu. Ja osobiście mam mieszane odczucia co do „Mrocznych Cieni”. Z jednej strony lubię ten klimat i urok filmów Burtona, z drugiej jednak oczekiwałem chyba czegoś więcej. Z pewnością na plus trzeba zaznaczyć muzykę w filmie (Alice Cooper!) oraz grę aktorską. Obraz ten pokazuje także, że Pan Burton sprawdza się zarówno jako reżyser komediowy, jak i reżyser filmów grozy. Niektóre sceny potrafiły rozbawić, ale i nie zabrakło takich, których sam John Carpenter lub Wes Craven by się nie powstydzili. Przemilczę błędy fabularne i niektóre nieścisłości, które tak na prawdę pojawiają się w KAŻDYM hollywoodzkim filmie. Logiki szuka się dziś niestety ze świeczką. Mimo to mogę polecić ten film wszystkim tym, których codzienna, podwójna porcja meczów już wykańcza. Ocena: 7/10.

Japandroids – Celebration Rock

Powrót naszych rockowych ulubieńców.

o Japandroids pisałem już jakiś czas temu tutaj. Zachwycony wówczas kompilacją „No singles” namawiałem wszystkich do sprawdzenia tego hałaśliwego duetu prosto z Kanady. No bo jak nie zachwycać się zespołem, który ma na tyle zajebiste b-side’y, że może z nich sformować tak dobrą płytę? Tym razem wracam do tego zespołu, gdyż po trzech latach od debiutu Japandroids wydaje swój drugi album zatytułowany „Celebration Rock„.

Ciężko napisać coś nowego o ich muzyce, gdyż wielkie rewolucji zespół nie przeszedł. Obrali drogę ewolucji. Droga długa i żmudna, ale przynosząca korzyści w późniejszym czasie. Kanadyjczycy nagrywając „Celebration Rock” wykorzystali wszystkie sprawdzone metody, które składały się na sukces „Post-Nothing”. Brzmi to troszkę nudnie, ale uwierzcie, że w przeciwieństwie do ich okładek płyt, muzyka ani przez sekundę nie jest nużąca.

Ta płyta to garage rock w najlepszym wydaniu, jest hałaśliwie, ale i jednocześnie melodyjnie. „Celebration Rock” wydaje się nawet być bardziej melodyjny niż jego poprzednik. Fajny opener „The Nigts of Wine and Roses” przypomina mi troszkę jeden z tych świetnych utworów Les Savy Fav z „Inches”, natomiast „For The Love Of Ivy” zespół nawiązuje do złotej ery punk rocka. Z resztą na każdym utworze chłopaki dają radę. Solidna robota, poprzeczka została podtrzymana.

Na koniec odniosę się jeszcze do samej nazwy albumu. „Celebration Rock”. Nie wydaje wam się, że to idealny album na te mistrzostwa w piłkę kopaną? Ja uważam, że jak najbardziej. Polecam każdemu zapalonemu kibicowi by przesłuchał sobie tą płytkę w przerwie między jednym meczem a tym drugim wieczornym. Ocena: 7/10.