Off’owe propozycje część czwarta

Kolejna część sagi zatytułowanej „Off Festiwal”. Tym razem cofniemy się w czasie do lat 60 i początku lat 90. Hakuna Matata.

Iggy & the Stooges – Raw Power. „Raw Power” to opus magnum twórczości The Stooges. Dla znawców tematu nawet nie trzeba bliżej wyjaśniać dlaczego ten album jest kamieniem milowym dla takich gatunków jak punk, garage rock czy też sam rock. Energia, która została wytworzona na tych ośmiu kawałkach miała ogromny wpływ na to co teraz słyszymy na antenie rockowych stacji. Niejeden wokalista marzy o o tym by być jak charyzmatyczny Iggy Pop –  frontmana The Stooges. Pisząc o tej płycie trzeba uwzględnić sytuację Stanów Zjednoczonych z początku lat 70. Końcówka wojny w Wietnamie, kryzys naftowy itd. Tamtejszy nastrój idealnie odwzorowuje fragment tekstu z „Search and Destroy”: „I am a world’s forgotten boy”. Iggy Pop stworzył punk dla zbuntowanych nastolatków, którzy mieli dość grzecznej muzyki. Mimo, że Iggy ma ze sto lat to z pewnością będzie to ciekawe przeżycie zobaczyć tego farbowanego blondasa bez koszulki. A jak uraczą widownią starszymi piosenkami z „Raw Power” to będzie miodzio.

Posłuchaj

The Wedding Present – Seamonsters. Artur Rojek po raz kolejny oferuje nam koncert z serii „legendarna płyta zagrana od początku do końca”. Taką płytą jest „Seamonsters” zespołu The Wedding Present. Swego czasu pisał o niej wyciu tutaj, nie wiedząc jeszcze, że będzie mieć okazje do wysłuchania tego kapitalnego nagrania na żywo. Ja od siebie dodam tylko moje top 3 najlepszych momentów morskich potworów. Po pierwsze rozpędzające się powoli „Blonde”. Jestem niemal pewien, że takich utworów słuchał w młodości Matt Bellamy z Muse zanim chwycił gitarę i napisał  (albo podkradł) Plug in Baby. Piję w tym momencie do rewelacyjnej gitary. Po drugie noisowe zakończenie „Corduroy„, które spokojnie mogłoby się znaleźć na legendarnym „Source Tags & Codes„. Po trzecie genialna perkusja w „Octopussy”.

posłuchaj

Gówno – Czarne Rodeo

Po przesłuchaniu tej płyty na pytanie: „czego słuchasz?” śmiało możecie odpowiedzieć… „gówna”.

O zespole Gówno pisał już na łamach bloga Kuba z The Kurws jakiś czas temu. Jednak od tamtego czasu parę rzeczy się zmieniło. Zespół wydał debiutancką płytę (o niej mowa), automat perkusyjny zamienił na żywą perkusje a określenie punko-polo, które co prawda miało swój niepowtarzalny klimat, niestety się zdezaktualizowało.

Pamiętam doskonale czasy liceum, kiedy nie istniały jeszcze żadne portale społecznościowe (poza fotką.pl) a dużą popularnością cieszyły się różnorakie chaty oraz zapomniany komunikator gadu-gadu. Otóż najmilej w tym wszystkim wspominam tak zwane wyścigi na „fajne opisy”. W tym czasie najwięcej ironii i jadu miały urywki z tekstów Cool Kids of Death, ale jeżeli ktoś błysnął Ścianką albo czymś zagranicznym to respekt także szedł w górę. Dlaczego o tym mówię? Bo słuchając „Czarne Rodeo” dostrzegam świetny materiał na kopiuj -> wklej do ramki z opisem.

Ironia, poczucie humoru przeplatane złością dały nadzwyczajny efekt. Mimo, że nigdy nie byłem fanem brudnego, gówniarskiego punku to ta płyta jest na prawdę dobra. Tak jak pisał Kuba, czuć tutaj tą zimną falę. Poza tym do głosu dochodzi pokolenie skazane na śmieciowe umowy oraz rozrywkę w postaci polskich seriali. Mięsny jeż przechylił szalę. Tego było już po prostu za dużo. Gówno dobrze punktuje wszelkie społeczne dziury. Pojawia się diss na szkolnictwo, Unie Europejską, politykę (wklejenie w „4 Dolary” jednego z „orędzi” Tuska jest bardzo wymowne) i samych polityków, którzy zostali dość trafnie nazwani w utworze „Kwiecień”.

Duży plus za brzmienie, jest ostro, gitarowo, punkowo oraz różnorodnie. Brawa należą się za countrowy wstęp do „Na zachodzie bez zmian”, za śmieciarkę w „13”, której samo brzmienie idealnie odwzorowuje nastroje młodego pokolenia, no i za zabawną punkowa balladę „Przepraszam”, która kończy płytę i jest równoznaczna z pokazaniem gołej pupy.

Mimo, że ten młody zespół ma totalnie nie radiową nazwę, którą jedni będą odbierać jako minus a inni jako plus to udało się im nagrać dobry materiał na płytę, która polecam każdemu sfrustrowanemu obywatelowi tego państwa. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

Guillemots – Hello Land!

Dobrego indie popu nigdy za wiele.

Nie słyszałem wcześniej o tym angielskim zespole. Gdy jednak zagłębiłem się w temacie okazało się, że nie jest to debiutancki projekt, dwudziesto-paru latków. Na koncie już kilka płyt, z czego „Hello Land!” jest czwartą w dorobku tego bandu. Troszkę mnie to zdziwiło bo słuchając tego albumu czuć było na nim debiutancką energię i świeżość. Tak jakby ta cała energia, która się zbierała w nich przez całe, młode życie wybuchła w jednym momencie dając „Hello Land!”. Nie wielu zespołom udaje się po energicznym i fajnym debiucie wydać kolejną równie dobrą płytę. Jest to tak zwany syndrom drugiej płyty. Niektóre natomiast bandy odkrywają siebie dopiero przy drugim, trzecim albumie. Gillemtos udało się na etapie czwartego studyjnego albumu zachować wszystko to, co najlepsze w debiutanckich płytach.

Wróćmy jednak do samej płyty. „Hello Land!” to ciekawy i fajny zbiór dobrych piosenek na ciepłe letnie dni. Intro w postaci „Spring Bells” nie zapowiada jeszcze niczego ciekawego, ale już drugi epicki „Up On The Ride” zachęca do słuchania. Ten rozbudowany, prawie siedmiu-minutowy szlagier składa się z dwóch części. Z czego ta pierwsza jest typowym utworem „manana”. Leżymy sobie, dłubiemy w nosie, patrzymy w sufit/niebo itd. Lekka gitarka i anielski chórek tylko zmagają uczucie pełnego relaksu. Po krótkim przejściu zaczyna się imprezka. Bije w nas duża słodkość damsko-męskiego wokalu rzucającego „Oh, stay near my baby / I know I’m not an easy ride”. To na prawdę jest dobre, przypomina stare, dobre lata 60 prostej piosenki o miłości.

Następny w kolejności „Fleet” trzyma poziom, używając tych samych sztuczek co poprzedniczka by zatrzymać słuchacza. Na plus rewelacyjny bas. Kolejny „Southern Winds” troszkę nas usypia, jednak senny klimat kończy się wraz z „Outside”, które brzmi jak jeden z tych energicznych, debiutanckich kawałków Arcade Fire. Następna piosenka powinna być hymnem wszystkich ludzi pracy dzięki wałkowanemu zdaniu „Nothing’s going to bring me down”. Dwie ostatnie piosenki „Byebyeland” oraz „I Lie Down” stanowią długie, rozbudowane outro albumu. Osobiście zamieniłbym je kolejnością, ale tak też jest ok.

Troszkę nie równy ten album, jednak dzięki takim kompozycjom jak „Up on The Ride”, „Fleet” czy też „I Lie Down” stanowi ciekawą propozycję na najbliższe czerwcowe dni. Wszystkim tym, którzy lubią relaksować się przy dobrej, rozbudowanej i melodyjnej muzyce szczerze polecam. Ocena: 8/10.