Hatifnats – Before It Is Too Late

hatifnatsI znowu trzeba się pastwić nad polską kapelą. Ehhh.

Dobra jedziem. Nie będę ukrywał, że nie chce mi się. Nie chce mi się znowu wypominać tych samych błędów, które powielane są u każdego młodego polskiego bandu. Ok jest to o niebo lepsze niż Kumka Olik (jeszcze są na topie?) czy Out of Tune (o tych to już nikt nie pamięta, zgiń! przepadnij!) . Jednak już przy Rentonie wygląda to słabiutko. W ogóle pisanie o polskich zespołach zachodzi nie raz o jakąś profanacje i ocena przeważnie będzie zawyżona. Jednak spróbujmy rozgryźć warszawiaków.

Zbierali plusy już od początku. Jeszcze bez kontraktu wyglądali na ciekawie zapowiadający się zespół, oczywiście dalej tacy są (do czasu nagrania drugiej płyty), jednak duże oczekiwania od zespołu sprawiły wielkie rozczarowanie albumem. Ja sam nie wiem czego się spodziewałem. Chyba niczego. Horses From Shellville brzmiało rewelacyjnie. Takie mroczne, tajemnicze, dynamiczne. I ten koleś niczym nimfa czy coś takiego. Na albumie brakuje tych samych wrażeń, które mi towarzyszyły prze pierwszych odsłuchach pierwszych piosenek. Czasami zdarzy się usłyszeć co interesującego, ale zaraz o tym, zapominamy. Potem nie możemy wrócić do tego „fajnego momentu” bo nie pamiętamy, która to była piosenka bo wszystkie brzmią tak samo, wkurzamy się, włączamy Grizzly Bear czy Interpol i od czasu do czasu wracamy do koni z Shellville by przypomnieć sobie, że mogło być bardzo dobrze. Miao być klimatycznie, ciekawie i porywająco. Tym czasem jest nudno, smutno i słabiutko. Ocena: 4/10

Posłuchajcie Horses From Shellville

Les Savy Fav – Inches

inchesJeszcze nie tak dawno temu jak wychodziłem na dwór to było widno a drzewa walczyły ze sobą o moją uwagę pokazując mi to coraz różowsze kolory kwiatów. Teraz ciemno, wieje a do butów przyklejają się opadłe mokre liście. Wiadomo, że jesień to okres wałkowania smętów spod szyldu Arcade Fire bądź Jeffa Buckleya. Ja polecam Les Savy Fav.

Pamiętam, że poprzedniej jesieni męczyłem niemiłosiernie tą płytę ciągłymi odsłuchaniami. Powiem, że jesień przy muzie Tima Harringtona i reszty chłopaków jest zupełnie ciekawsza. Bardziej żywa i energiczna. Jednak nadal pozostaje powaga towarzysząca jesiennym rozmyślaniom przy oknie. Generalnie zastanawiasz się czy śnieg spadnie jutro i jeśli tak to czy znowu będzie leżał do kwietnia, może maja? Wkurzasz się, że znowu słonce widzisz przez 5 minut dziennie a ciągłe wiatry nie dają Ci spokojnie myśleć. Polecam wtedy antybiotyk w postaci Inches. To działa. Nie rozweseli wam życia raczej w tym okresie, ale nie tego oczekujemy. Poszukujemy ukojenia a to nam daje album Les Savy Fav.

Na prawdę nie ma chyba niczego lepszego niż wyciągnięcie fajki do Hold On To Your Genre. Wdech, wydech. Od razu luźniej człowiekowi.Wogóle klimatycznie zaczyna się ta składanka „przebojów” spod ręki Harringtona. Meet Me In The Dollar Bin. Pojawiają się ciarki. Serio. Wspaniałego nastroju dodaje wokal Tima. Jego osoba wiele daje tej muzie. Charyzmatyczna osobowość na plus także. Czasami się zastanawiam czy to czasem Tim Harrington nie jest moim ulubionym wokalistą. Oczywiście chodzi o barwę głosu. Bo wyglądać tak jak on bym nie chciał, wiadomo.

Inne pozytywy to oczywiście perkusja. Klasyka jeżeli chodzi o moje oceny. The Sweat Descends pod tym względem wymiata, One Way Window także. W zasadzie w każdym utworze na płycie jest mocno istotny punkt. Gitara? Yawn, Yawn, Yawn oczywiście mega plusior. Jeden z tych najbardziej przygniatających kawałków. No i nawet pojawia się fajny syntezator pod koniec. I te powtarzane: „so let’s get-get-get-get-het it on!”. Masakra człowieku.

Minusów jest mało, ale jednak. Głównym chyba jest to, że to zbiór, składanka wcześniejszych kawałków Les Savy Fav. Rozpatruje się to także jako plus, ale czasami zdaje się, że utwory są po umieszczane nie właściwie. Brakuje jakiejś spójności. Widoczne jest to już pod koniec płyty, która mniej porywa niż pierwsza część. Jednak nadal uważam, że ten album jest wyśmienity. Podobno Rome i Go Forth lepsze, ale nie mogę potwierdzić. Także polecam na początek Inches jeżeli ktoś nie zna a chciałby poczuć się cool w te długie jesienne wieczory. Ocena: 8/10

P.S. Miejmy nadzieje, że zjawią się w Polsce na jakimś koncercie. Live wymiatają. Sprawdźcie sami tutaj. Pozdro!

Yo La Tengo – Popular Songs

PopularsongsNo na początku myślałem, że tytuł płyty jest ironicznym żartem w stylu Mogwaia i ich Happy Songs for Happy People. Znamy Yo La Tengo. Ich piosenki nie są popularne, ale te najnowsze jak najbardziej mogą takie być!

Nie spodziewałbym się po „Jolce”, że wyda typowo wakacyjną płytę. Bo tak trzeba mówić o Popular Songs i zawartości w środku zapakowanej w kolorowy papier. Oczywiście Yo La Tengo nie odchodzi jednocześnie od swoich mrocznych, depresyjnych klimatów. Jednak trzeba przyznać, że ta płyta nadaje się jako tło do leżenia brzuchem do góry i wygrzewaniu się na słońcu. W końcu jakaś alternatywa dla indje młodzieży. Jeżeli jednak nie jesteśmy na plaży w Tunezji to możemy sobie zamknąć oczy, wsłuchać się w dźwięki a wyobrażenie pięknych, malowniczych miejsc samo przyjdzie. Przy takim Nothing to Hide jeździmy małym skuterem bo wąskich włoskich uliczkach, Periodically Double or Triple to kolejne skojarzenie z małym europejskim miasteczkiem w upalny dzień. Ahhh szkoda, że idzie zima…

Nie jest to oczywiście najlepsza płyta w szerokiej dyskografii amerykańskiej niemal już legendy indie. Jednak mocny punkt. Trochę szkoda, że im dalej idziemy to płyta jakby traci swoje jaskrawe barwy. Taki początkowy Here To Fall jest wyśmienity. Chwila niepokoju, werbel niczym cios Kliczki, bas. By było wakacyjnie pojawiają się skrzypce jak w zeszłorocznym Coldplay’u. No po prostu jest dobrze. Jednak trzy ostatnie kawałki zdecydowanie za długie. Ostatni And the Glitter Is Gone w szczególności. Można było to bardziej po mogwai’owsku rozwiązać a tak pojawiają się dłużyzny i nie jest tak fajnie jak na początku albumu.

Czekamy teraz na koncert w Katowicach. Ocena: 6/10. Posłuchajcie Here To Fall