The XX – XX

the-xxRaz do roku pojawia się mała ilość płyt, których hype określa się tym słusznym. Mówimy wtedy o odkryciu muzycznym roku, debiucie mijających dwunastu miesięcy. W tym momencie chyba jest już taka płyta i jeżeli nie pojawi się nic ciekawszego to o Londyńczyków nie zabraknie na żadnej liście podsumowującej rok 2009.

Mimo, że nazwa mało radiowa to muzyka interesująca. Początkowo nie byłem zbyt chętny posłuchać tego albumu. Screenagers wcale nie zachęcił zwłaszcza, że u nich każda płyta dostaje 7. Daje radę. Najmocniejszym punktem płyty jest fakt, że te piosenki podobają się od pierwszego odsłuchu. Spodobać się powinna każdemu. Najbardziej chyba jednak fanom „zimnego” grania. Joy Division na pewno mocno wpłynął na ich muzykę. Fakt, że wokal jest podzielony pomiędzy dwie osoby płci przeciwnych powoduje u mnie skojarzenia z Iowa Super Soccer. I mimo, że nasz polski duet ma swój urok to Romy Madley Croft i Oliver Sim wywołują dreszcze. Idealnie się dopełniają wokalnie. Pojawią się magia.

Posłuchajcie sobie płyty w zaciszu domu, czy tam gdzie chcecie. Udzieli się wam niepowtarzalny klimacik. Taki Shelter na przykład. Przywołuje na prawdę fajne myśli. Płyta cała nie mal, że akustyczna. Jest w dodatku melodyjnie. Mocny punkt to partia basu w każdym utworze.15 kawałków może na początku odstraszać, ale jest to szybka, przyjemna i wygodna podróż w głąb Londynu. Przy Basic Space można spróbować nawet baunsować. Każdy kawałek trzyma poziom i generalnie warto polecić płytę znajomemu bez siary. Chociaż jak mówiłem na wstępie The XX to hype tego roku. Nie znanie to w pewnych snobistycznych kręgach faux pas.

Warto odnotować także dobre teksty co coraz częściej jest rzadkością u młodych, debiutujących zespołów. W szczególności fajna wymiana zdań w Stars„But if stars, shouldn’t shine/ By the very first time/ Then dear it’s fine, so fine by me/ ‚Cos we can give it time/ So much time With me”. Podsumowując. Płyta bardzo dobra, może bez szału. Nie wali na kolana, ale cieszy uszy. Ocena: 7/10.

Jamie T – Kings & Queens

jamietDużo ostatnimi czasy się dyskutuje na temat wydawnictw muzycznych. Zwłaszcza o formie w jakiej mają być dostępne. O ile jestem przeciwnikiem sprzedawania wyłącznie bezpłciowych mp3 zamiast płyt cd. Wiadomo półka z płytami lepiej wygląda niż dysk z milionem gigabajtów mp3. Jednak już nagrywanie wyłącznie singli zamiast całych albumów powinno niektórym wykonawcom wyjść na dobre.

Taki Jamie T to tylko kropla w morzu  na brytyjskim (i nie tylko) rynku muzycznym pełnym bezwartościowego grania. Skuszony dwoma singlami postanowiłem sprawdzić całą płytę. Nuuuuudyyyy. Ta płyta Kings & Queens to tylko dwie w miarę fajne piosenki: Sticks ‚N’ Stones oraz Chaka Demus. Oba single. Reszta to totalne zapchaj dziury tylko po to by nagrać cały album. Single jak wiadomo są przebojowe. Jamie T łączy hip-hop z indie rockiem. Chórki dodają do tego popowości. Mamy hity. Całościowo jednak wygląda to dość mizernie. Piosenki są płytki, nijakie, nudne, ciągnące się w nieskończoność. Po przesłuchaniu płyty dochodzi do nas: „Jej co ja w zasadzie słuchałem?”.

Wolę młodego angola jako żywo rapującego kolesia do fajnych melodii o brytyjskim społeczeństwie itd. Na płycie to różnie wygląda. Emily’s Heart to typowy gitarowy wzruszacz. Nie przekonywuje mnie tutaj Jamie. Już taki Castro Dies lepiej brzmi. Słychać inspiracje amerykańskim wpływem. RUN/DMC zapewne jest znany młodej gwieździe MTV2. To taki w zasadzie jaśniejszy punkt tej płyty poza wspomniani dwoma singlami. Earth, Wind & Fire generalnie ma dobre momenty to i by uszło. British Intelligence ma natomiast nawet fajną gitarkę w tle. Jednak to za mało na dobrą ocenę. Za mało. Lubię The Streets bo wiem, że Mike Skinner na pewno miał ogromny wpływ na to co teraz robi Jamie T. Jednak Kings & Queens to słaba płyta. Nie ma co przeciągać tą i tak już naciągniętą recenzje. Ocena: 3/10

Posłuchajcie Chaka Demus.

Muse – The Resistance

The-ResistanceNo i jest. Najbardziej patetyczna, pretensjonalna, przesadzona i oczekiwana (w pewnych kręgach) płyta roku. Panie i Panowie. O to nowa płyta Muse. The Resistance! Yeaaah.

Powiem szczerze, że w tym momencie jeszcze nie wiem jaką przyznać ocenę. Dowiemy się na samym końcu. Jestem jednak pewien, że piąty już album Muse. Jest albumem nawet dobrym, ale najgorszym w całej ich dyskografii. Patos i pretensjonalność sięga tu zenitu.  Z jednej strony dobrze. Nie dadzą się zaszufladkować w britpop czy srindie, ale zabawa w zbawianie ludzkich dusz a la Queen nie wyjdzie im na dobre. Zacznijmy od początku.

Od dawna było wiadomo, że Muse będzie szedł w stronę „rocka progresywnego”, elektronikę i zabawy z orkiestrą. Tytuły piosenek, które zespół prezentował na swoim Twitterze tylko tą tezę potwierdzały. „Exogenesis: Symphony”? WTF? W Lipcu zespół zaprezentował w kawałkach United States of Eurasia. Nie było dobrze. Najgorszy utwór w dziejach tej kapeli nie zachęcał, w dodatku utwierdzał w przekonaniu, że od Black Holes of Revelations będzie już tylko gorzej, gorzej i gorzej. Trochę nadziei na średniactwo przywrócił Uprising, najgorszy do tej pory singiel zespołu.

W końcu nadszedł wrzesień. Można było przesłuchać 30 sekundowych fragmentów, które nie za bardzo wzruszały. W końcu gdy dało się posłuchać całości dochodzi się do pewnego łatwego wniosku: „fajnie, fajnie, ale to najgorsza ich płyta”. Początek eksperymentalny jak to zwykle u Muse bywa. Uprising, z fajnymi momentami i nawet niezłym basem. Resistance, Undisclosed Desires czy Guiding Light poprzez klawisze, syntezatory niebezpiecznie zahaczają już w tym momencie o kicz. Jednak pomijając to warto odnotować dobre teksty i nawet niezłe momenty. Gdzieś na wysokości 2:05 Resistance nabiera ta „coś” co lubię u Muse. Undisclosed Desires to kolejna część przygód z disco a la Supermassive Black Hole. No i tekst niczego sobie. „I want to reconcile the violence in your heart / I want to recognize your beauty’s not just a mask”. Spoko. Widoczne duże inspiracje dokonaniami grup z lat 80 jak wspomniany wcześniej Queen czy nawet Duran Duran. Te solówki gitarowe na Guiding Light czy cały już United States of Eurasia, który generalnie drażni całością. Tekstem, idiotyczną melodyjką wyrwaną niczym z gry „Perskie Wojny” i chórkami. Argghhh.

Fani powinni być bardziej zadowoleni z drugiej części płyty, która dla mnie jest auto kopią z lekksza. Taki Unnatural Selection. OK dynamiczny, fajna perkusja. Nie brzmi wam to jednak jak New Born? Są fajne momenty, ale już ta hardkorową końcówkę można było sobie odpuścić. MK Ultra. Tutaj fani pieją z zachwytów. I generalnie rozumiem tą postawę bo w sumie mocny punkt płyty. Granie spod znaku The Small Print, już wyobrażam sobie Bellamy’ego skaczącego z gitarą większą od niego przy tym utworze. No i dochodzimy do najlepszego momentu płyty. Oj tak, tak. Nie tylko ja podzielam taką opinię, że I Belong To You/Mon Coeur S’Ouvre a Toi to najlepszy kawałek na płycie:

xxx
2009-09-11 15:12:23
szczerze….czy mi sie podoba?

Ja1
2009-09-11 15:12:54
pewnie nie

xxx
2009-09-11 15:12:56
zarąbista,jestem w polowie ale naprawdę fajna!
2009-09-11 15:13:03
no co ty super

Ja1
2009-09-11 15:13:12
to luzacko

xxx
2009-09-11 15:13:19
zaraz druga po Creep,ale fajna jest sciagne ja sobie

mawgli mówi:
wrzesień 12, 2009 o 8:13 am | Odpowiedz edytuj

Ja słuchałam ‘mon coeur s’ouvre a Toi…’ zarąbista.Posłuchaj warto.;))

No i jak się okazuje najlepszy kawałek na płycie to cover. Nie dobrze. Na koniec jeszcze Bellamy spełnia swoje marzenia o albumie z orkiestrą. Fani spod znaku Absolution powinni być zadowoleni. Oczywiście sporo Chopina z nutką wokalu Bellam’ego wyrwanego niczym z Micro Cuts, riffującą gdzieś w tle gitarą i spokojna perkusją. Zespół eksperymentuje na maksa. Brak tutaj radiowych killerów w stylu Starlight. Oni mogą sobie na to pozwolić. Młody rocznik ich ubóstwia a angielskie media ustawiają w jednym szeregu z Radiohead a nawet The Beatles. Muse ma się dobrze. Nie nagrywa już takich płyt jak Showbiz czy Origin of Symmetry. Wystarczy przejechać się po Ameryce z Bono. Efekt Gwarantowany.

Zabawa w robienie z siebie zlepek najlepszych wykonawców w dziejach trwa. Ocena: 6/10. Posłuchajcie sobie Mon Coeur S’Ouvre a Toi.