Ok. W sumie fajna sprawa z tym nowym wydawnictwem Dinosaur Jr. Nie ukrywam, że jestem zaskoczony. Pozytywnie.
No bo generalnie ile to już było tych wielkich powrotów? The Verve, Guns N’ Roses, Queen (plis) i ostatnio nawet Public Image Ltd. Nie ukrywajmy. To są zwykłe skoki na kasę. Lepiej skończyć w odpowiednim momencie i dać sobie spokój. Sądziłem, że Dinosaur Jr – czyli legenda indie, pionier, lata 80, esencja, jeden z tych wykonawców, który faktycznie można nazwać indie.Sądziłem,że w chwili kiedy weszła moda na trampki i bycie off wracają by dorobić do emerytury.
No myliłem się. Oni faktycznie jeszcze potrafią nagrywać z głową. Może nie porywają już tak jak kiedyś. Może to nie to samo co legendarne albumy z lat 80, ale na pewno wyróżniają się wśród nowych produkcji młodszych kolegów. Chociaż czasem się zastanawiam, może to iluzja? Chęć odnalezienia tego jednego wykonawcy, legendarnego, który nie splamił swojego honoru. No bo taki U2 to wiadomo. Albo jest się krytykiem albo fanatykiem. Podobno Radiohead też już wchodzi w ten etap, ja w to nie wierzę bo jeszcze mimo wszystko nie nagrali słabej płyty. Poza tym Michael Jackson umiera, Madonna wydurnia się a Oasis rozpada. No i ci biedni recenzenci szukają tego jednego zespołu, który zawsze jest OK. Pada na Dinosau Jr.
No bo w sumie. Płyta fajna. OK, ale niektóre oceny znacznie zawyżone. Serio. To nie jest materiał na płytę roku. Tak fajne solówki gitarowe, rozbudowane aranżacje, ale… pojawiają się dłużyzny i momentami jest nie równo. Żeby czerpać przyjemność z płyty trzeba wykazać się nie tyle co miłością do indie, prawdziwego indie (Nie tego w stylu The Killers. W tym momencie można spiewać „It’s indie rock’n’roll for me”) a zwykłą cierpliwością do tego albumu. Serio godzina nawet najlepszych solówek potrafi nieźle zmęczyć. Wiadomo żyjemy w erze hardkorów, ale trochę spokoju w życiu też musi być.
W sumie to nawet nieźle, że jest głośno, rockowo itd. Kolejnej płyty z balladami nagranej przez weteranów nie zniósłbym. Będą teraz musieli uważać na ten sukces, bo za pewne obecnie są bardziej znani niż w latach 80. Znaleźć złoty środek Arystotelesa, może zacząć medytować? Trzeba zawsze pokazywać klasę. No bo jak taki Rolling Stones zostanie zapamiętany? Jako niegrzecznie gwiazdy lat 60, 70 czy brzydkie staruchy z XXI wieku? Mogę tutaj się teraz odnieść do kwestii Oasis. Cieszę się z tego co się stało. Lubiłem ten zespół. Powinni zrobić to może nawet wcześniej? Blur na tym dobrze wyszedł. I tak kończąc moje rozważania. Pointa. Lepiej zakończyć w dobrym momencie niż rozdrabniać się na drobne. A jak wracać to z klasą. Tak jak Dinosau Jr. Najważniejsze, żeby się nie „upupiać”. Ocena: 7/10
P.S. Fajna okładka
Ok. Koncert Radiohead za nami. Czas wrócić do szarej rzeczywistości pełnej muzycznych mielizn i nowej płyty Arctic Monkeys.
OK. Emocje powoli opadają. Można po długich kontemplacjach, przemyśleniach w końcu opisać to co się mi wydarzyło w Poznaniu. A było tego sporo. Niestety nie widziałem masturbujących się taksówkarzy. Głównie chodzi o emocje, które odczułem. I to właśnie ich było najwięcej.
A było czego słuchać. Jeżeli o mnie chodzi to setlista marzenie. Marzył mi się Paranoid Android, Karma Police, The National Anthem, 2+2=5, cokolwiek z The Bends (moja ukochana płytka) i Creep. Nie taki zwykły Creep. Taki ostatni, ostateczny cios by zamknąć wszystkim usta mówiące ostatnio wyłącznie o Jacksonie, U2, Madonnie. No i sen się spełnił! To co chciałem zagrali. Przeglądałem setlisty z Austrii i Czech. Różniły się, ale niektóre kawałki to były pewniaki. Duża ilość In Ranibows. Licznie Z Kida A i Hail To The Thief. Różnie to było z OK Computer a The Bends często pomijane. Pablo Honey zapomniane. Na szczęście w Poznaniu każda płyta miała swojego przedstawiciela. Street Spirit godnie zastąpił Just czy Fake Plastic Trees. Można trochę żałować No Suprises, ale bardziej byłbym płakał gdyby nie zagrali Paranoid Android. Nie ważne. Dobór piosenek był idealny.