Dark Shadows / Mroczne Cienie

Najnowszy film najbardziej pokręconego reżysera Hollywood.

O tym, że Tim Burton ma swój własny świat dyskutować długo nie trzeba. Wystarczy obejrzeć parę jego filmów by się o tym przekonać. Mroczne miejsce akcji, grobowa atmosfera, połączenie świata umarłych/fantazji z światem żywych/normalnym, dziwne stworzenia, pogrzebowe barwy, samotni bohaterowie poszukujący miłości i akceptacji. Z wszystkim tym mieliśmy do czynienia w między innymi takich filmach jak: „Edward Nożycoręki”, „Miasteczko Halloween” oraz „Sok z Żuka”. Sprawdzonych motywów i czarnego humoru nie zabrakło także w najnowszej produkcji wyreżyserowanej przez Burtona „Mroczne Cienie”.

Film opowiada historię Barnabasa Collinsa, który nie dość, że traci rodziców, ukochaną i zostaje zamieniony w wampira to w dodatku zostaje zakopany w zaplątanej w łańcuchy trumnie. Wszystko za sprawą Angelique, której Barnabas łamie serce. Po blisko dwustu latach wampir uwalnia się ze swojej pułapki i próbuje na nowo odbudować potęgę rodziny Collinsów. Jednak trudności dodaje fakt, że świat poszedł do przodu (co będzie wymagało przystosowania) a w mieście wciąż żyje Angelique Bouchard.

Ten film to typowy obraz w stylu Tima Burtona. Mamy do czynienia ze wszystkimi motywami o których wspominałem na początku. Dodatkowo po raz kolejny główne role odgrywa „stara ekipa” w postaci Johnny’ego Deep’a oraz Heleny Bonham Carter. Dla kogoś kto oczekiwał czegoś nowego „Mroczne Cienie” będą dużym rozczarowaniem. Natomiast wierni fani twórczości Pana Burtona łykną ten obraz od razu. Ja osobiście mam mieszane odczucia co do „Mrocznych Cieni”. Z jednej strony lubię ten klimat i urok filmów Burtona, z drugiej jednak oczekiwałem chyba czegoś więcej. Z pewnością na plus trzeba zaznaczyć muzykę w filmie (Alice Cooper!) oraz grę aktorską. Obraz ten pokazuje także, że Pan Burton sprawdza się zarówno jako reżyser komediowy, jak i reżyser filmów grozy. Niektóre sceny potrafiły rozbawić, ale i nie zabrakło takich, których sam John Carpenter lub Wes Craven by się nie powstydzili. Przemilczę błędy fabularne i niektóre nieścisłości, które tak na prawdę pojawiają się w KAŻDYM hollywoodzkim filmie. Logiki szuka się dziś niestety ze świeczką. Mimo to mogę polecić ten film wszystkim tym, których codzienna, podwójna porcja meczów już wykańcza. Ocena: 7/10.

Quo vadis, współczesny horrorze?

Horror. To zdecydowanie mój ulubiony rodzaj filmów. Dlaczego? Żaden inny gatunek filmowy nie jest w stanie w ciągu 90 minut zahaczyć o sprawy polityczno-społeczne, przedstawić głęboki obraz świata, ludzi, emocji, wartości, wiary i jednocześnie dać widzowi wiele przy tym rozrywki.

Spora ilość filmów za mną, wiele jeszcze przede mną. Jednak już na tym etapie zauważam coś niepokojącego. Coś złego dzieje się z współczesnym filmem grozy. Mianowicie problematyczna jest kwestia jakości horrorów, które możemy widywać w kinie i na dvd. Problem ten przekłada się oczywiście na inne gatunki filmowe. W tym momencie można mówić o pewnego rodzaju zarazie. Zarazie nijakości.

Lata 30 i 80 to złota era filmów grozy. Lata 30 to przede wszystkim produkcje Universal Studios. Wszyscy przecież pamiętamy rewelacyjne kreacje Beli Lugosiego jako Draculi oraz Borisa Karloffa jako monstrum z filmu „Frankenstein”. Natomiast drugi okres przyniósł nam takich autorów jak John Carpenter (Halloween, Coś), Clive Barker (Hellraiser), Wes Craven (Koszmar z Ulicy Wiązów) oraz Sam Raimi (Martwe Zło). Czy obecnie powstają podobne do tamtych produkcje? Czy są jacyś nowi twórcy?

Odpowiedź na te pytania jest prosta: Nie. Obecnie można zauważyć kilka bardzo popularnych trendów. Po pierwsze na masową skalę wypuszcza się niekończącą ilość remake’ów, sequeli, prequeli itd. Jak łatwo się domyślić wynika to z braku pomysłów na nowe filmy, więc wraca się do starych, sprawdzonych scenariuszy. Co z tego, że ilość remake’ów lepszych od oryginału można policzyć na palcach jednej ręki? I co z tego, że niektóre filmy ciągnie się w nieskończoność serwując widzowi po raz 10, 15 odgrzany kotlet? Najważniejsza jest kasa, bo takie filmy zarabiają. Wszystko jest podane szybko, zgrabnie, przejrzyście w płytkiej formie. Poza remake’ami filmów z lat 70 i 80 skurczybyki z Hollywood kręcą własną wersje każdego nie-amerykańskiego filmu. A mają gdzie szukać pomysłów, gdyż w tym momencie kino azjatyckie podbija świat. Natomiast w Europie także można trafić co jakiś czas na jakąś perełkę. Literatura (Stephan King, Lovecraft) a także gry komputerowe i komiksy to również idealne kopalnie hollywoodzkich scenariuszy.

„Najlepsze scenariusze pisze życie”. To fakt, dlatego drugim popularnym trendem filmowym jest tworzenie obrazów dokumentalizowanych (co to niby opartych są na faktach) nakręconych zwykłą kamerą. Oczywiście kamieniem milowym w tej materii był „Blair Witch Project”, jednak mamy teraz do czynie z całym wysypem podobnych produkcji. „Paranormal Activity” doczekał się w poprzednim roku trzeciej części a przecież były jeszcze takie filmy jak „Rec”, „Cloverfield”, „Apollo 18”, „Dystrykt 9” i wiele, wiele innych. Osobiście nie mam nic przeciwko tej formie tworzenia filmów, jednak i tutaj można zauważyć pierwsze objawy zjadania ogona.

Trzeci kierunek opiera się na bezmyślnym epatowaniu przemocą. Horror idealny to taki, który przeraża czymś tajemniczym, nieznanym, nieraz zwykłym, powszednim, ale zawsze złym. Oczywiście efekty gore i ukazanie przemocy to często niezbędny dodatek do filmu. Dobrze, że to się pojawia. Horror musi być straszny. Jednak wszystko musi być wyważone. Obecnie stawia się na to by w ciągu 90 minutowego filmu widz mógł oglądać od pierwszych sekund do końcowych napisów hektolitry krwi, tony wypruwanych flaków itd. Wymyśla się tylko co jakiś czas efektowniejszy sposób na śmierć filmowego nieszczęśnika. Serie takich filmów jak „Piła”, „Hostel” czy też „Oszukać Przeznaczenie” to tylko przykłady jak można zmarnować cenne godziny życia na oglądanie podobnych filmów. Oczywiście dają one jakąś rozrywkę, ale wartości w tym żadnej.

Taki stan rzeczy powoduje, że z niechęcią oglądam nowo powstałe produkcję. Oczywiście są wyjątki, duże nadzieje wiążę z kinem amatorskim i produkcjami niskobudżetowymi, które pokazują potencjał. Jednak i tak zdecydowanie wolę zobaczyć film starszy, ale mimo wszystko lepszy. Dlatego też apeluje do każdego. Za nim pójdziecie na kolejny remake do kina obejrzyjcie wpierw pierwowzór i zastanówcie się czy na prawdę warto wydać ponad 20 zł na bilet tylko dlatego, że będzie to w 3D?

Medium

Kto powiedział, że w Polsce nie można nakręcić dobrego filmu?

Ostatnim czasem jesteśmy świadkami typowo polskiej żenady. Producent filmowy posądza recenzenta filmowego o to, że ten namawia do bojkotu jego nowo wypuszczony do kin film. Dodatkowo spoglądając na ostatnie polskie produkcje nóż sam otwiera się w kieszeni. Oczywiście są wyjątki, ale większość filmów to bezmyślna zrzynka z zachodnich produkcji osadzona w polskie realia. Producenci i reżyserzy chcą na siłę dać rozrywkę nowo wytworzonej klasie średniej słuchającej Adele i spędzającej większość wolnego czasu w galeriach handlowych.

Dlatego radość po obejrzeniu polskiego, dobrego filmu jest podwójna. A jak to jest film grozy (mój ulubiony gatunek) to radość jest nawet potrójna. Tak było z filmem Medium z 1985 roku. Film zapomniany, gdzieś sprzątnięty pod dywany, ale jak najbardziej godny odkurzenia.

Mamy Lata 30 XX wieku, Sopot a właściwie Zoppot (Hitler dochodzi do władzy). W mieście zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Pewna nauczycielka nagle opuszcza klasę i udaje się do muzeum by stamtąd ukraść drogocenną suknie. W tym samym mężczyzna z Warszawy pod wpływem dziwnego transu wsiada w pociąg i wyrusza do Sopotu, inny mężczyzna z Berlina także znajduje się w tym mieście, natomiast komisarz policji codziennie rano budzi się na plaży. Wyżej wspomniana czwórka bohaterów jeszcze nie wie, że jest pod wpływem bardzo silnego medium, które pragnie odtworzyć za ich pomocą scenę, która wydarzyła się kilkadziesiąt lat temu.

Dzieło Jacka Koprowicza w wielu kręgach uważane jest za najlepszy polski horror. I trudno z tą teza się nie zgodzić, gdyż wszystkie elementy tego obrazu tworzą niesamowity nastrój. Mamy ciekawą fabułę, nastrojową muzykę, klimat lat 30 oraz rewelacyjną grę aktorską (Michał Bajor!, Jerzy Sthur, Grażyna Szapołowska). Groza tutaj nie skupia się na gore, które mamy w postaci dwóch sieknięć siekierą. Cały niepokój związany jest z wszędobylskim złem, które czai się za każdym rogiem ulic Sopotu oraz tą zapadającą w pamięć muzyką. „Medium” to chyba najlepszy film o tematyce okultystycznej jaki widziałem. Szkoda, że na naszym podwórku równie dobry film trafia się raz na 10-15 lat. Polecam każdemu fanowi horrorów znudzonych kolejnymi amerykańskimi remake’ami i japońskimi slasherami oraz każdemu wielbicielowi talentu Davida Lyncha. Ocena: 9/10.