Październikowe propozycje filmowe

Na październik przygotowałem specjalnie dla Was trzy ciekawe propozycje filmowe. Tym razem wszystkie trzy filmy są z 2010 roku. Pierwszy z nich zabierze nas w okres dziewiętnastowiecznych Stanów Zjednoczonych tuż po wojnie domowej. Drugi obraz to historia seryjnego mordercy i jego dziewczyny, przedstawiona w ciekawy sposób. Ostatni film to mieszanka thilleru i horroru nawiązująca do klasyki kina.

Spisek / The Conspirator (2010). Film „Spisek” wyreżyserowany przez Roberta Redforda to historia wojskowego procesu spiskowców, którzy dokonali zamachu na prezydenta USA Abrahama Lincolna. Młody prawnik Frederick Aiken zostaje przydzielony do obrony jedynej kobiety w gronie podejrzanych – Mary Surratt. Początkowo nie widzi w tym najmniejszego sensu, jednak z biegiem rozprawy zdaje sobie sprawę o możliwej niewinności swojej klientki. Muszę przyznać, że jest to dość dobrze i precyzyjnie zrealizowany filmy. „Spisek” w bardzo realistyczny sposób pokazuje Stany Zjednoczone tamtego okresu. Wojna secesyjna już się zakończyła, jednak społeczeństwo wciąż było podzielone na północ i południe. Konfederaci nie mogli się pogodzić ze swoją porażką, dochodziło do napięć czego skutkiem była także śmierć prezydenta Lincolna. Sam proces również nie był „czysty”. Młody prawnik w którego rolę wcielił się James McAvoy przekonał się o tym, że w całym procesie nie chodzi o dojście do prawdy i wymierzenie sprawiedliwości. Chodziło o zemstę i zaspokojenie potrzeby obywateli by winni zostali ukarani. Lubię kino polityczne tego typu, film na pewien sposób jest mocno podobny do dzieła Olivera Stone’a „JFK”. Również mamy do czynienia z bezsilnością jednostki wobec całego systemu. Te dwa filmy pokazują jak działa „amerykański system” w warunkach skrajnie nietypowych. Poza tym nie jest to jedyny wymiar tego filmu. Ciekawie została przedstawiona przemiana głównego bohatera, który z czasem wyłamuje się i zaczyna bronić Mary Surratt tak jakby była jego matką. Jeżeli lubicie filmy, których większość akcji dzieje się na sali rozpraw oraz chcecie dowiedzieć się więcej o tamtym „czarnym” okresie USA to zdecydowanie polecam. Ocena: 7/10.

Film ten będziecie mogli zobaczyć już 5 października na antenie Canal Plus.

Naprawdę straszna śmierć / A Horrible Way To Die (2010). Wydawać by się mogło, że temat seryjnego mordercy w kinie został tak samo wyeksploatowany jak tematyka filmów o zombie. „A Horrible Way To Die” udowadnia, że tak nie jest. Film opowiada historię Sary, która próbuje ułożyć swoje życie na nowo po tym jak odkryła mroczną prawdę o swoim chłopaku Garricku, który okazał się okrutnym seryjnym mordercą. Sarah popada w alkoholizm a z nałogu pomagają jej wyjść wizyty w klubie AA. Poznaje ona tam Kevina, któremu podoba się Sarah. Jednak dawne demony znowu powracają, gdyż Garrick uciekł z więzienia. Opis może brzmi banalnie, ale sam film taki nie jest. To mocno ambitne i nietypowe dzieło, jedno z lepszych jakie widziałem w tym roku. Co na to się składa? Po pierwsze niesamowita historia, której zakończenie zaskoczy każdego. Po drugie świetna praca kamer. Nie widzimy wszystkiego, wielu rzeczy musimy się domyślać, dane jest nam zobaczyć tylko skrawek sytuacji, postaci. Nie ma tutaj za dużo krwi, mimo, że ofiar Garricka było wiele. Reżyser Adam Wingard rewelacyjnie ukrywa niski budżet filmu oraz amatorskie i mniej profesjonalne aspekty kinowego rzemiosła.  Poza tym na uwagę zasługuje sposób prowadzenia narracji. Sceny aktualnej akcji mieszają się z retrospekcjami. Często dane sceny widzimy od końca, czyli od jego skutku. Tego typu narracja zmusza do wysiłku intelektualnego, dlatego ten film zdecydowanie nie jest dla każdego (pokazuje to ocena na filmweb). No, ale przecież czytelnicy Paweuu Alternativ to bystrzaki, dlatego serdecznie wam polecam ten film na któryś październikowy wieczór. Ocena: 9/10.

Diabeł / Devil (2010). Już sam tytuł tego filmu wskazuje z czym będziemy mieli do czynienia. Piątka przypadkowych ludzi zostaje uwięziona w zepsutej windzie. Są to nowo przyjęty ochroniarz, starsza kobieta, były żołnierz, cwaniaczek i młoda, atrakcyjna kobieta. Z początku wydaje się, że sytuacja zostanie szybko opanowana, jednak obsługa biurowca nie potrafi poradzić sobie z tą nie typową usterką. Pasażerowie windy zaczynają się niepokoić. Dramaturgii dodaje fakt, że po odcięciu światła z windy młoda kobieta zostaje ranna w plecy. Wszyscy zaczynają o to podejrzewać cwaniaczka, jednak gdy drugi raz gaśnie światło sprzedawca materaców leży na podłodze martwy. Do akcji zostaje wezwany detektyw Bowden, który sam nie dawno przeżył dramat, gdyż stracił żonę i dziecko. Muszę przyznać, że mocno wciągnął mnie ten film. Nie jest to typowy horror. Akcja sprowadza się do jednego wieżowca i zepsutej windy. Skromna ilość bohaterów pozwala na dokładny zarys psychologiczny każdej postaci. Okazuje się, że nie są to jednak przypadkowe osoby. Każda z nich ma „coś” na sumieniu, czego skutkiem będzie bliższe spotkanie z diabłem. Można ten film odnieść do sfer religijnych, kwestii wiary, sumienia i morlaności. Jednak ja bym upatrywał w tym filmie czegoś innego. W świetle ostatnich wydarzeń, kryzysu itd można rozpatrywać „Diabła” pod wieloma społeczno-politycznymi wymiarami. Sam diabeł jest tutaj postacią drugoplanową. Na koniec dodam jeszcze na zachętę, że bracia Dowdle wykonali kapitalną robotę. Film jest klimatyczny a atmosfera osaczenia, napięcia powoduje, że sami zaczynamy czuć duszność tej zamkniętej widny. Ocena: 7/10.

Sierpniowe propozycje filmowe

Zabić Irlandczyka / Kill the Irishman (2011). Któż z nas nie lubi filmów gangsterskich? Wydawać by się mogło, że Trylogia Ojca Chrzestnego czy też takie filmy jak „Człowiek z Blizną”, „Nietykalni”, „Dawno temu w Ameryce” lub „Chłopcy z Ferajny” wyczerpały temat gangsterskiego żywota. Jednak nie. Wciąż można stworzyć coś świeżego w tej materii. Jest jeszcze wiele ciekawych, nieopowiedzianych historii. Jedną z nich jest biografia Danny’ego Greene’a znanego również jako „Irlandczyk”. Film „Zabić Irlandczyka” jest oparty o prawdziwą historię Greene’a, który w latach 70 przewodził „Celtic Club” w Cleveland. Akcja filmu zaczyna się w latach 60, kiedy Greene pracował w dokach przy rozładunku kontenerów. Dzięki jego charyzmie i rosnącej popularności wśród pracowników udaje mu się zostać prezesem związków zawodowych w porcie Cleveland. Kontakty z włoską mafią i nieczyste interesy z czasem powodują utratę tego stanowiska. Greene traci majątek i musi zacząć wszystko od nowa. W powstaniu na nogi pomaga mu Shondor Birns. Wrodzone umiejętności po raz kolejny pomagają mu się stać ważnym i popularnym mieszkańcem. Jednak jak to bywa w kryminalnym półświatku nie wszystko idzie po jego myśli i po pewnym czasie staje się wrogiem numer jeden. Lato 1976 roku będzie wyjątkowo gorące dla Pana Greene.

Ok, zacznijmy od tego, że „Zabić Irlandczyka” to niezły film, przepełniony szybkimi zwrotami akcji. W końcu jego reżyserem jest Jonathan Hensleigh, spec od filmów trzymających w napięciu („Armaggedon”, „Szklana Pułapka 3”, „Punisher”). W odróżnieniu od innych dzieł traktujących o mafii „Zabić Irlandczyka” nie skupia się na sposobie działania gangów, a jedynie na osobie Danny’ego Greene’a. Jest to biografia najbardziej intensywnej części życia Irlandczyka. Ważnym zabiegiem dodającym realizmu są bez wątpienia archiwalne fragmenty wiadomości telewizyjnych z tamtego okresu. Innym atutem tego obraz jest obsada aktorska. Ray Stevenson stworzył bardzo przekonującą kreację irlandzkiego gangstera. Natomiast udział w tym filmie Vala Kilmera czy też Christophera Walkena należy uznać jedynie za pewnego rodzaju ozdobnik i dodatek.

Warto zobaczyć ten film, gdyż sama postać Danny’ego Greene’a jest postacią interesującą i na pewien sposób tragiczną. Ponadto formuła filmu gangsterskiego na swój sposób została odświeżona. Mam dobrą wiadomość dla osób zachęconych recenzją do zobaczenia tego obrazu . Film ten będzie można zobaczyć na stacji Canal Plus w niedzielę, 26 sierpnia. Polecam.

Elena / Элена (2011). Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć wszystkim, że dobre kino powstaje nie tylko za zachodnią granicą Polski. Warto czasem zobaczyć filmy, które powstają u naszych wschodnich sąsiadów. A proszę mi uwierzyć, że wcale nie są w tyle i potrafią tworzyć bardzo dobre dzieła. Jednym z takich filmów z pewnością jest „Elena” Andrieja Zwiagincewa. Tytułowa bohaterka tego obrazu Elena to kobieta już doświadczona, mieszkająca z mężem Vladimirem w bogatej dzielnicy apartamentowców. Małżeństwo Eleny i Vladimira wygląda jak biznesowy układ. W zamian za pieniądze i bezpieczeństwo Elena daje swojemu mężowi opiekę. Jednak oboje mają swoje problemy związane ze wcześniejszym małżeństwem. Córka Vladimira to rozpieszczona przez ojca hedonistka, która nie utrzymuje bliższych kontaktów z ojcem. Natomiast syn Eleny, który żyje niczym Ferdek Kiepski, co miesiąc pobiera emeryturę od matki, gdyż sam nie potrafi utrzymać swojej własnej rodziny. Jednak pewnego dnia pieniądze matki to za mało. Syn Eleny chce wysłać swojego pierworodnego na studia, by ten nie musiał iść do wojska. Elena prosi o pomoc męża, jednak sprawę komplikuje zawał Vladimira i chęć spisania testamentu, który ma przyznać cały majątek jego córce a Elenie jedynie dożywotnią rentę. W głowie Eleny rodzi się okrutny plan.

Reszty fabuły nie zdradzę by zaciekawić do obejrzenia. Jednak z góry ostrzegam, że w porównaniu ze wyżej omawianym filmem, tutaj akcja toczy się w bardzo powolnym tempie. Brakuje typowo filmowego dynamizmu, który może odrzucić niejednego widza. Jednak czym innym ten film nas zachwyca. Po pierwsze ta statyczność scen i śladowe dialogi powodują, że nasza uwaga skupia się na innych, ważnych rzeczach takich jak gesty, zachowania, sceneria. Każdy z tych elementów bardzo wiele nam mówi o bohaterach filmu. „Elena” to obraz bogaty w metafory, przenośnie, nawiązania oraz pełen różnorakiej symboliki. Wystarczy wspomnieć sceny wypadku z koniem czy też odcięcie światła w bloku syna Eleny. Film można ten rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Można go odnieść do obecnej sytuacji społeczno-finansowej Europy, można również go analizować w oparciu o rosyjską literaturę. ile głów, tyle pomysłów i każdy będzie bliska prawdy. Za to cenię „Elenę” chyba najbardziej. Z pozoru półtorej godziny nudnego seansu zamienia się w wielogodzinne rozmyślanie. Zobaczcie ten film, najbliższa okazja 28 sierpnia na Canal Plus.

Babycall (2011). Ostatnim filmem w moim zestawieniu jest skandynawski thiller opowiadający historię Anny, która wraz z 8-letnim synkiem Andersem wprowadza się do nowego mieszkania w Oslo. Anna i jej syn są objęci programem ochrony światków, gdyż obydwoje są ofiarami przemocy ze strony męża Anny. Dodatkowo co jakiś czas odwiedzają ich pracownicy socjalni by sprawdzić czy Anna jest w stanie opiekować się swoim synkiem. Przykre doświadczenia i nowe miejsce zamieszkania są powodem wielu niepokojów Anny. Postanawia ona zakupić elektroniczną nianię by nasłuchiwać Andersa w nocy. Jednak zamiast niego słyszy ona krzyki innego dziecka. Dodatkowo dowiaduje się, że ojciec nawiązał kontakt ze swoim synkiem. Młoda matka popada w obłędne koło czego świadkiem będzie nowo poznany sprzedawca ze sklepu elektronicznego Helge.

Muszę przyznać, że pomimo powolnego początku, film ten trzymał mnie mocno w napięciu do samego końca. Skandynawscy twórcy od jakiegoś czasu słynną z tego, że potrafią stworzyć ciekawy, fajny film, który pozbawiony jest zbędnej typowej dla hollywood napinki i bełkotu. Największym plusem tego obrazu jest Noomi Rapace, która wcieliła sie w rolę Anny. Ta aktorka o bardzo charakterystycznej urodzie stworzyła kreację nie gorszą niż sama Catherine Deneuve w „Wstręcie” Romana Polańskiego. Razem z nią przeżywamy wszystkie lęki, niepokoje aż w pewnym momencie sami zaczynamy się martwić o Andersa jak nadopiekuńczy rodzice. Innym pozytywem jest obraz opieki socjalnej w krajach skandynawskich. Możemy się przyjrzeć jak wygląda system w którym tak wiele zależy od tak nie wielu. Groźba wytworzenia się w ten sposób sytuacji patologicznych została wyraźnie zaznaczona. Ostatnim powodem dla którego „Babycall” warto obejrzeć jest zakręcona akcja. Mimo, że nie znajdziemy tutaj niczego nowego, czego byśmy nie widzieli już chociażby u Lyncha albo Polańskiego to warto te sprawdzone motywy obejrzeć jeszcze raz w odświeżonej formule.

Prometheus / Prometeusz

Ridley Scott – reżyser takich filmów jak „Helikopter w Ogniu”, „Gladiator”, „Łowca Androidów” czy też „Hannibal” wraca do swoich początków i nawiązuje do swojego najlepszego filmu „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo”.

Gdy tylko się dowiedziałem o tym, że kolejną częścią sagi o Alienie ma być prequel nawiązujący do wydarzeń z pierwszej części Obcego z zadowolenia zacierałem ręce. Z czasem jednak projekt ten upadł a Ridley Scott postanowił stworzyć film science-fiction, który w delikatny sposób nawiązuje do filmów o kosmicznym potworze. Jednym słowem to nie jest kolejny film o Obcym. I dobrze!

Mimo, że na taki film czekałem to cieszę się, że mogłem zobaczyć coś innego. Ridley Scott zaserwował mi obraz pełen ważnych, fundamentalnych pytań. Skąd pochodzimy? Czy obca kosmiczna rasa stworzyła ludzi? Jeżeli tak to dlaczego? Te i inne pytania przewijają się przez blisko dwie godziny seansu „Prometeusza”. Fabuła filmu skupia się na wyprawie statku „Prometeusz”, która ląduje na odległej planecie LV-223. Celem załogi jest dotarcie do „inżynierów”. W nienaturalnie wyglądającej jaskini przechadzają się przez sieć tuneli. Po szczegółowej penetracji odnajdują jedynie zwłoki inżynierów oraz dziwną, czarną maź, która z biegiem czasu jest coraz bardziej aktywna. Nieświadomie ich obecność wywołała szereg wydarzeń.

Przeglądając opinie w sieci możemy odnaleźć multum malkontenckich narzekań na braki logiczne w filmie. Jednak na dobrą sprawę, każdy film posiada wiele nielogicznych rozwiązań fabularnych, nawet filmy postrzegane jako arcydzieła kina. Dlatego nie postrzegałbym tego za minus, jeżeli wszystko inne gra. A tutaj gra! Świetna praca kamer Pana Wolskiego, jest napięcie, film nie nudzi, rewelacyjne efekty specjalne, gra aktorska na solidnym poziomie. Świetnie ze swojej roli wywiązał się Michael Fassbender (filmowy robot David), który de facto grał już wcześniej (sex)maszynę w filmie „Wstyd”. Brak tutaj głupich, amerykańskich dialogów, które zastąpione są fajnymi cytatami z klasyka kina. Jedyny minus dostrzegam jedynie w sposobie dystrybucji, mianowicie nie przepadam za 3D, ale to temat już na inną rozprawkę.

Po seansie byłem zadowolony z tego co zobaczyłem. To kolejny, ważny film Ridleya Scotta, który koniecznie trzeba zobaczyć. Ma wymiar nie tylko stricte rozrywkowy, ale i egzystencjalny. W pewien sposób zmusza do refleksji, już pierwsza scena filmu daję wiele do myślenia i zapada głęboko w pamięć. Natomiast dobrą wiadomością dla fanów „Obcego” jest to, że w ostatniej scenie pojawia się furtka do kolejnej części, gdzie zapewne będzie nam dane bliżej się przyjrzeć Ksenomorfom. To był na prawdę dobry i ciekawy film. Ocena: 8/10.