Animal Collective – Centipede Hz

Legendarny zwierzęcy kolektyw wraca z nowym materiałem.

Animal Collective ma problem. Problem ten jest dość nie typowy. Jego unikalność polega na tym, że każdy zespół / muzyk / twórca / artysta chciałby taki problem mieć. Problem ten nazywa się „Merriweather Post Pavilion”. Ostatni długogrający album Animal Collective w wielu kręgach muzycznych, dziennikarskich (włączając w to blogosferę) uznawany jest za przełomowy, idealny a nawet boski. Przy takich ocenach każda następna płyta grupa siłą rzecz wpisywana jest w kanon post-Merriweather Post Pavilion. Wiem brzmi to pokracznie, ale taka jest nowa rzeczywistość. Czy to dobrze, czy źle? Można to rozpatrywać pod wieloma względami.

Problem mam też ja. Jako samozwańczy recenzent. Ciężko jest coś napisać mądrego, nowego i nieoczywistego o nowej płycie Animal Collective. Poza tym pisząc o ich muzyce łatwo zabrnąć w ślepą uliczkę banału. Nie chcę również zbytnio heroizować każdej ich piosenki. Co zrobić zatem by sterta bełkotu stała się recenzją najnowszej płyty Animal Collective? Jeżeli w ogóle jest to jeszcze możliwe to należałoby postawić tezę, że ta płyta jest bardzo dobra. Dla wielu jest tylko dobra albo co najmniej dobra. Wynika to z wyżej omawianego problemu „Merriweather Post Pavilion”. Zaślepieni genialnością poprzedniczki nie jesteśmy w stanie rzetelnie docenić nowego materiału. Wydaje mi się, że gdyby Panda i spółka nigdy nie wydali albumu z 2009 roku to „Centipede Hz” zebrałoby znacznie lepsze oceny.

A zdecydowanie ten krążek zasługuje na coś więcej niż tylko: „Nowa płyta AC? Spoko jest, przesłuchałem ze dwa razy”. Zasłuchiwałem się w niej wiele razy i za każdym razem miałem inne wrażenia. Może to zależy od czynników zewnętrznych jak nastrój itd? Jednak pewne uniwersum dotyczące Animal Collective jest niezaprzeczalne. Oni nie nagrywają słabizn, dłużyzn (Mowa o albumach bo na niektórych ep-kach odlatują tak daleko, że nawet David Lynch by tego nie ogarnął). Najlepiej będzie jak sami posłuchacie „Centipede Hz”. Ocena: 8/10.

Plum – Emergence

Najnowsza płyta poznańskiego zespołu Plum „Emergence potwierdza pewne stare, dobre powiedzenie: „polak potrafi”.

Lekcje zostały odrobione. Słuchając „Emergence” łatwo można wyłapać wpływy prawie wszystkich najważniejszych zespołów niezal rockowych przełomu lat 80 i 90. Przykładowo taki „Crawl” przypomina nam lata świetności Sonic Youth, „Down The Ground” przywołuje na myśl Polvo a „Who is Mad?” nie może kojarzyć się z nikim innym jak Modest Mouse. A to nie wszystko. Takich smaczków jest znacznie więcej. Nie będę jednak psuł wam zabawy w „jaki zespół zagrał to wcześniej”.

Pisząc na wstępie o wpływach tych wszystkich genialnych zespołów nie mam namyśli tego, że album Plum to wyłącznie sentymentalna podróż w przeszłość. „Emergence” to energiczny album, który co prawda czerpie pełnym garściami z dorobku starszych kolegów, ale robi to w sposób świeży i nowoczesny. Wszystko jest zrobione na mocno przyzwoitym poziomie. Szkoda tylko, że ten krążek jest cholernie nie równy. Są momenty, które potrafiły mnie zadziwić, wybić z równowagi. Coś w stylu „hej to brzmi prawie jak „Inches” Les Savy Fav! A może to faktycznie Les Savy Fav?”. I to było jak najbardziej pozytywne.Jednak zdarza się tutaj sporo dłużyzn, nierówności i pewnego rodzaju nijakości. Poza tym te multum nawiązać powodują, że album staje się chwilami przewidywalny. A szkoda bo mogłaby to być jedna z lepszych polskich płyt tego roku.

Jednak końcowa ocena jak najbardziej będzie pozytywna (w końcu wrześniowe recenzje mają przedstawiać tylko dobrą muzykę) i nie ma w tym żadnej taryfy ulgowej tylko i wyłącznie ze względu, że to polski band. Osobiście nie wstydziłbym puścić się naszym zachodnim sąsiadom tej płyty. Język angielski, którym posługuje się wokalista stoi na bardzo dobrym poziomie, muzycznie także jest dobrze. Mimo, że te stare stereotypy Polaka mieszkającego w szałasie i pijącego spirytus własnej roboty dzięki nowym technologiom zanikają to wciąż niektórym należałoby pokazać, że tutaj nad Wisłą znamy Sonic Youth, Gang of Four czy też Pavement. Ocena: 6/10.

posłuchaj

Jessie Ware – Devotion

Zaczyna się wrzesień, zmora wszystkich uczniów. Jednak pod pewnymi względami jest to mój ulubiony miesiąc, jest to także dobry okres dla muzyki. Dlatego też w tym miesiącu będziecie mogli znaleźć tutaj dużo dobrej muzyki. Na start Jessie Ware.

Jessie Ware to tegoroczne odkrycie muzyki pop. Ta 27-letnia Brytyjka swoją drogę muzyczną rozpoczynała już w 2010 roku udzielając się wokalnie na utworach SBTRKT. Jednak dopiero teraz zrobiło się o niej głośno za sprawą debiutanckiego albumu „Devotion”. I to właśnie o tej płycie chciałbym troszkę opowiedzieć.

Lubicie pop? Ten album to odpowiedź na odwieczne pytanie „jaka muzyka powinna lecieć w radiu?”, by zadowolić bardziej wymagające ucho (oczywiście) i te drugie, mniej wymagające. Po przesłuchaniu „Devotion” jest to już oczywiste. I wcale nie zostało to osiągnięte w nie wiadomo jaki sposób. Prostota. Utwory na „Devotion” mają pewnego rodzaju urok, momentami są takie nieśmiałe, ale potrafią pokazać pazur. Dodatkowo pozytywnie na nasze odczucia oddziałuje wybitnie miły dla ucha i jednocześnie specyficzny wokal samej Jessie Ware. Po przesłuchaniu takich rewelacyjnych piosenek jak „Wildest Moment” czy też „Running” nie można być nie ZACHWYCONYM. W takich chwilach marzy się o jakimś wybyciu gdzieś, tam, w TE nasze miejsca. Chyba żadna płyta w tym roku tak mocno mnie nie rozmarzyła jak te piosenki.

Pomimo tego, że jest to debiutancka płyta Jessie Ware to jest ona bardzo dojrzała. Poza wyżej wspomnianymi singlami dużą rolę na „Devotion” odgrywają także takie utwory jak: „110%”, „Night Light” oraz „No to Love”. Natomiast sam opener, którego niektórzy się czepiają uważam za klimatyczną zapowiedź nadchodzących fajnych melodii. Polecam każdemu. Dosłownie każdemu powinien się spodobać ten krążek. Ocena: 8/10.

P.S. W listopadzie odbędą się dwa koncerty Jessie Ware w Polsce. Myślę, że warto tam być.