Mala – Mala in Cuba

Byliście kiedyś na Kubie? Nie? No właśnie… A ja znam kogoś, kto był i nagrał to i owo.

Mala, czyli połowa składu Digital Mystikz postanowił się wybrać na Kubę. Oczywiście nie była to spektakularna podróż. Nie zabrał ze sobą całego studia nagraniowego ze orkiestrą symfoniczną. W torbie miał tylko laptop i smapler. Poza tym głowę pełną pomysłów a na miejscu niewyczerpalne źródło inspiracji.

Słuchając płyty „Mala in Cuba” czujemy się tak jakbyśmy byli w kraju Fidela Castro. Obrazki, które zwykle widzieliśmy w programach Discovery, teraz stają nam przed oczami. Wynika to głównie z tego, że kubańskie jazzowe melodie grają tutaj pierwsze skrzypce. Dubstep natomiast stanowi tutaj tylko dopełniające tło. W takim „Curfew” mamy do czynienia z świetnym początkiem fortepianowym, natomiast cała elektronika wchodzi później i dodaje skrzydeł temu utworowi. „Como Como”, które wydaje się być najlepszym utworem na płycie jest wzbogacone klimatycznym wokalem. Drugim mocnym punktem płyty jest kończące całość „Noche Sueños”, które jest połączeniem kubańskiej balladay śpiewanej przez Danay Suarez oraz mrocznego, elektronicznego podkładu zahaczającego o Ambient.

„Mala in Cuba” to zdecydowanie najbardziej klimatyczna płyta tego roku. Pokazuje ona jakie możliwości skrywa dubstep, poza tymi oczywistymi funkcjonalnymi w muzyce głównego nurtu. Poza tym połączenie elektroniki z regionalnymi, folkowymi, dźwiękami prosto z Kuby jest strzałem w dziesiątkę. Wyobrażam sobie całą serię tego typu płyt z inspiracjami afrykańskimi czy też azjatyckimi. Mala odkrywa dla nas nowe, zupełnie nie znane wcześniej dla słuchaczy horyzonty. Ocena: 8/10

Muse – The 2nd Law

„It’s not, and the problem isn’t that Muse have gone too far… they haven’t gone far enough.”

Ten dość kontrowersyjny, ale wyjątkowo trafny cytat Iana Cohena idealnie obrazuje najnowszą płytę Muse. „The 2nd Law” to kolejna płyta spod znaku eksperymentów. Wielki szok wywołał trailer płyty, który pojawił się jakiś czas temu. Muse nagrywa dubstep! Oczywiście tego dubstepu jest tyle na tej płycie ile pietruszki w rosole, ale jest i co najistotniejsze dodaje to troszkę smaczku.

Zabawa Muse z rockiem progresywnym trwa już od okresu wydania „Black Holes and Revelations”. To był początek. Dopiero na „Resistance” zespół ukazał nowe oblicze. Oblicze, które niebezpiecznie zahaczało o kicz. Słyszeliśmy wtedy w ich muzyce inspiracje Queen i momentami U2. Tym razem zespół cofnął się do lat ’70 i wczesnych lat ’80 sięgając po rozwiązania takich artystów jak David Bowie, Led Zeppelin, Pet Shop Boys oraz Queen. Tak samo jak wtedy, tak i teraz nowe kompozycje są ciężko strawne i momentami denerwujące. Jednak z upływem czasu oswajają się z naszymi uszami.

Czy zespół poszedł do przodu? I tak, i nie. Idealnie o tym mówi początkowy cytat z recenzji Pitchforka. Po pierwsze ta płyta jest strasznie podobna do poprzedniczki. Mocny, gitarowy opener, singiel, dopełniacz, zapełniacz, coś nowego, patos, rock a la Muse, kombinacja i na koniec totalna wariacja. Rozpoczynający cały album „Supremacy” po pierwszym odsłuchu wydał mi się strasznie podobny do tego soudntracku z Godzilly. To zdecydowanie najsłabszy opener płyty Muse. Następny utwór to singlowy „Madness”. To typowy popowy utwór, który na pewno kiedyś nagrali Depeche Mode, ale tego nie słyszeliśmy. Mimo to jest to strasznie chwytliwa piosenka, która wpada w ucho i pozostaje tam dość długo. Kolejny w kolejce „Panic Station” to utwór w stylu wczesnego Red Hot Chilli Peppers. Brzmi to dość kuriozalnie na początku, jednak z czasem podoba nam się ta piosenka. Wyjątkowym ozdobnikiem w „Panic Station” jest ta trąbeczka w tle i zabawy wokalne Bellamy’ego, który na prawdę pod tym względem dojrzał.

Dalej mamy olimpijski hymn z Londyny „Surival”, który zapowiedziany jest krótkim preludium. Jest to kawałek energiczny, mocny, patetyczny i bardzo, bardzo, bardzo „Resistance’owy”. Gdy pierwszy raz usłyszałem tą piosenkę to pomyślałem, że to musiał być jakiś ukryty track na płycie z 2009 roku. „Follow Me” został zadedykowany nowo narodzonemu synowi wokalisty grupy. Oprócz tradycyjnych dźwięków dla Muse użyte tutaj zostało nagranie bicia serca potomka Bellamy’ego. Poza tym naszą uwagę zwraca dubstepowy refren, jednak osobiście nie uważam by to było coś nowego. Od jakiegoś czasu dubstep mocno zakorzenił się w mainstrem’ie, dlatego tego typu zabieg wydaje się być naturalną koleją rzeczy. Trzy następne utwory to typowe a może nawet standardowe utwory Muse, które przypadną do gustu fanom starszych kompozycji zespołu.

Absolutną nowością na albumie jest dopuszczenie do mikrofonu basisty Chrisa Wolstenholme’a, który wcześniej jedynie odgrywał role chórkowe. „Save Me” oraz „Liquid State”, to jego autorskie utwory opowiadające o problemie alkoholowym basisty. Szczerze powiedziawszy byłem zdziwiony, że te piosenki są akurat o tym, gdyż zawsze sądziłem, że Wolstenholme był TYM RODZINNYM KOLESIEM. W tym sensie, że jako jedyny był żonaty i jako jedyny nie wyjechał z malutkiego Teignmouth. Te dwie piosenki na płycie są tymi najbardziej cennymi i tymi najbardziej prawdziwymi i szczerymi.

Na koniec zespół standardowo zaprezentował się ze strony mocno eksperymentalnej. „The 2nd Law: Unsustainable” łączy w sobie ciężki progresywny rock, muzykę klasyczną i dubstep. Pozostawię to raczej bez komentarza, gdyż nie jestem fanem tego typu plątaniny. „The 2nd Law: Isolated System” brzmi znacznie lepiej, nie jest aż tak przekombinowany i skupia się wyłącznie na elektronice.

Podsumowując „The 2nd Law” to płyta mocno nie równa, nie trzymająca się kupy. Są tutaj fajne, dobre momenty. Jednak nie brakuje na niej po raz kolejny przekombinowania i kombinatorstwa. Bellamy chciałby zmieścić na płycie dorobek całej muzyki, niestety takie próby nigdy nie wychodziły za dobrze. Poza tym to kolejny album Muse, gdzie brakuje własnego stylu. Dwie piosenki Wolstenholme’a to zdecydowanie za mało. Ocena: 5/10.

10 kapitalnych reklam z kapitalną muzyką w tle

Nie ma nic gorszego od natarczywych reklam. Są wszędzie. Przeszkadzają nam w oglądaniu filmu w telewizji, drażnią podczas słuchania radia, marnują strony w gazetach, zasłaniają widoki przy drodze i co gorsza spowalniają nam internet. Nie cierpię tego. Jednak od jakiegoś czasu reklama stara się być atrakcyjna. Ewolucja marketingu doprowadziła do tego, że reklama stała się pewnego rodzaju sztuką. Dlatego postanowiłem stworzyć listę 10 rewelacyjnych reklam wzbogaconych o kapitalne piosenki.

Rapture – In The Grace of Your Love / Nokia Lumia 610. The Rapture ma na koncie wiele fajnych, melodyjnych piosenek. Tytułowy utwór z ich najnowszego albumu świetnie odnalazł się w reklamie smartfona Nokii Lumia 610. Osobiście nie jestem fanem tych wszystkich pierdołowatych dodatków w telefonie lecz jestem pewien, że dziadująca ostatnim czasem Fińska firma dzięki fajnej reklamie podgoniła trochę w wynikach sprzedaży Apple i Samsunga.

Ghinzu -The Dragster-Wave / Peugeot 208. Tą piosenkę odkryłem dzięki ostatniej reklamie samochodu Peugeot 208. Ghinzu to mało znany zespół z Belgii, który swoją twórczością nawiązuje do takich kapel jak Muse. „The Dragster-Wave” to zdecydowanie ich najlepsza piosenka użyta również w filmie Tekken. Jednak to w tej dynamicznej reklamie sprawia najlepsze wrażenie.

Clinic – D.P. / Mentos. Ta piosenka jest znana tylko i wyłącznie z komicznej reklamy Montosa z owcami jeżdżącymi na kosiarkach. Można nawet powiedzieć, że przeszła dzięki temu do historii.

Andras Johnson – Glorious / Nutella. Reklama Nutelli odświeżyła ten fajny, patetyczny kawałek Andreasa Johnsona. Piosenka może nie jest jakaś wybitna ale w połączeniu z dobrze zrealizowanym klipem reklamowym robi wrażenie. Poza tym kto z nas w podstawówce nie chwalił się nigdy kolegom, że „ma dziś z nutellą”?

Eveline – There There / UEFA Fair Play. Mimo, że Euro 2012 już zakończone to warto jeszcze raz wrócić do reklamy, która była pokazywana w przerwie każdego meczu. I nie mówię tutaj o reklamie Sawickiego z bogatym plonem. Chodzi o klip zrealizowany przez UEFA, który ma na celu szerzenie fair play.

Soviet – Candy Girl / EDC Esprit. Nie mam pojęcia czy marka EDC Esprit funkcjonuje na polskim rynku, ale gdy tylko zobaczyłem tą reklamę na MTV to odraz rozpocząłem poszukiwania tej fajnej synth-popowej piosenki.

Lana Del Rey – Blue Velvet / H&M. Ok, wiem, że Lana Del Rey śmierdzi sztucznością na kilometr, ale oglądając tą reklamę czuć klimat wielkiego mistrza Davida Lyncha!

Justice – Civilaztion / Adidas. Wojny reklamowe Nike z Adidasem są najbardziej spektakularnymi. Adidas ma ten plus, że obok gwiazd sportu pojawiają się również muzycy oraz aktorzy. Totalny misz-masz popkultuorwy miły dla oka.

Jose Gonzalez – Heartbeats / Sony Bravia. Reklama telewizora Sony Bravia to istny majstersztyk dla oka i ucha. Bezładnie odbijające się od ulic San San Francisco kolorowe piłeczki przy akompaniamencie delikatnej, intymnej i akustycznej piosenki Gonzaleza wprowadzają nas w stan transu. Po przebudzeniu nie wiemy kim jesteśmy, gdzie mieszkamy i co lubimy najbardziej. Wiemy tylko to, że musimy mieć ten telewizor.

The Cinematic Orchestra – To Built A Home / Chivas Regal. Uwielbiam reklamy napojów wyskokowych. Klipy promujące piwa przeważnie muszą być śmieszne. Inaczej ma się rzecz z mocniejszymi trunkami. Każda reklama gorzałki, whisky oraz innych trunków wysoko procentowych jest taka… niejednoznaczna. Przeważnie do ostatnich sekund filmiku nigdy nie wiadomo czego to jest reklama? W przypadku whisky Chivas Regal nie jest inaczej. Różne obrazy z życia, w tle patetyczna muzyka The Cinematic Orchestra, miły głos lektora. Bardziej to wygląda na reklamę ubezpieczenia niż whisky, ale to działa. Ok, to już wiecie co możecie kupić na 6 urodziny Paweuu Alternativ Blog.

A jakie są Wasze propozycje?