Arcade Fire – The Suburbs

Dobrze znane małżeństwa Wina Butlera i Régine Chassagne oraz reszta gromadki pod szyldem Arcade fire wydaje trzeci długogrający album o tytule The Suburbs.

Data wydania płyty (2 sierpnia), okładka z palmą i pierwszy tytułowy kawałek The Suburbs skłaniały mnie do refleksji, że moje wspaniałe Arcade Fire wydaje płytę z typowo letnim, miłym dla ucha graniem. Takim bezrefleksyjnym. A jednak nie bo już drugi utwór na płycie Ready To Start wzbudził moje skojarzenia z starym dobrym Arcade Fire z okresu Funeral a piosenką Power Out. Utwory, które zawiera najnowszy album grupy jest mieszaniną na prawdę różnych piosenek, ale łączy je temat wspomnień o życiu na przedmieściu. Na co już wskazuje sam tytuł krążka. Daje nam wyraźny znak, że mamy do czynienia z typowym koncept-albumem. In the suburbs /I learned to drive /And you told me we’d never survive /Grab your mother’s keys we’re leavin'”.

Różność tego albumu dobrze nam pokazuje już sam opener, który jest milusi, cieplusi i pogodny a zaraz później powiewa nas zimny, chłodnym, arktycznym powietrzem utwór numer dwa. Modern Man i Roccoco to reprezentatywne kawałki dla kanadyjskiego zespołu. Mamy fajne chórki i wszechobecny patos. Zarówno jak na poprzednich płytach tak i na tej mamy do czynienia z podniosłym tonem i wydźwiękiem. Nie brakuje także tych szybkich i zwinnych partii skrzypiec jak w Empty Room jak i tych powolnych z Half Light. Nie zapomnijmy także o klawiszach zmiękczających nogi jak te z Deep Blue oraz trafiających w sedno tekstach: „And now I see/We’re still kids in buses longing to be free”

Płyta cieszy się jak na razie dużym zainteresowaniem i można uznać, że póki co odnosi sukcesy nie tracąc na walorach artystycznych. Fajny był pomysł z różnymi okładkami dla albumu. Poza tym oni są świetnym przykładem ostatniej panującej mody na off. Idealnie tutaj pasują. Jednak nie umniejsza im to, nie nagrali do tej pory niczego słabego. Może niektórym nie przypadła do gustu neonowa biblia, jednak trzeba docenić taki Funeral czy sam mini album Arcade Fire z 2003 gdzie słuchając piosenek mieliśmy jabłkowe serca.

A teraz mamy The Suburbus.Który co by się nie mówiło jest dobrym albumem, z pomysłem i fajnym typowym dla nich brzmieniem do którego nas przyzwyczaili. Fani nie powinni się zawieść, Ci co jeszcze nie zaznali klimatu Funeral doświadczą 63 minuty ciekawej i dobrej muzy zapakowanej estetycznie w 16 kawałkach. Może ta liczba odrzucać ale na pewno album się nie dłuży a wręcz pezeciwnie ta godzinka upływa nam bardzo szybko. Może nie tak szybko jak niektóre wspaniałe momenty życiowe ale jednak w mgnieniu oka mamy już  ostatni utwór The Suburbs (Continued). Z czystym sumieniem polecam 8/10.

Posłuchajcie Ready to start

Paweuu Playlist Sierpień

Podsumowanie trzech sierpniowych kawałków gdzieś tam zasłyszanych.

The Horrors – Mirrors Image. Po Offie ciężko się dziwić by było inaczej, ale już przed samym festiwalem podczas malowania pokoju zasłuchiwałem Primary Colours. Przedstawiciele „dark music” (hie hie) może nie przeskakują tych kogo chcą naśladować w jakimś sensie (mowa o Joy Division) ale zostali wrzuceni do jednego worka z Interpolem i Editors. Mimo, że na żywo wypadli blado (całkiem możliwe, że gdyby to był koncert klubowy to byłoby lepiej) to na płycie brzmią całkiem, całkiem a opener czyli Mirrors Image w pełni zachęca do przesłuchania. Otwarcie albumu jest świetne, basowe momenty i to wejście perkusyjne wraz z przesterowaną gitarą. Brzmi to w pełni mrocznie.

Posłuchajcie

The Flaming Lips – She Don’t Use Jelly. Po koncercie w Katowicach wielu mogło sobie przypomnieć jak zajebistym zespołem jest The Flaming Lips. Teraz mogący pozwolić sobie na eksperymenty, nagrywanie Dark Side of The Moon po swojemu a kiedyś obok Nirvany i Dinosaur Jr reprezentowali grungowy punkt widzenia MTV kawałkiem She Don’t Use Jelly. Nawet wystąpili u dzieciaków z Beverly Hills 90210. Piosenka generalnie bazuje na nieskomplikowanym, ale za to chwytliwym riffie gitarowym. Dodając do tego tekst o dziewczynie robiącej kanapki bez masła mamy hit. Od tego momentu było o nich głośno a swoją klasę potwierdzali jeszcze wielokrotnie dobrymi albumami i paroma równie mocnymi hitami. She Don’t Use Jelly ma w sobie nutkę sielankowości i pewnej naiwności. Dobrze się słucha tego kawałka w chwila zupełnie nic nie znaczących. Myślę, że w tej prostocie jest tak skomplikowana finezja pana Wayne’a Coyne’a.

Posłuchajcie

Eagles – Hotel California. Oglądając teledysk z ojcem na… uwaga… TV Silesia, gdzie można posłuchać mocarnych śląskich szlagierów pan domu zaskoczył mnie rzuconym hasłem „Led Zeppelin?”. Hardkor. A sam Hotel California jest z okresu świetności Eagles i pachnie nutką smogu, palmy i gorących wakacji oraz przywołuje skojarzenia z ciepłym wieczorem gdzieś na oświetlonej ulicy pełnej ludzi szwendających się to tu, to tam. I nie jest to typowy rockowy wyjadać a raczej fajna, miła ballada, która sobie zasłuchiwałem przed zaśnięciem ostatnimi czasami. Poza tym piosenka idealnie także spasowała z czasem kiedy spoglądałem na bujającego się Davida Duchovnego po ulicach Los Angeles.

posłuchaj

Menomena – Mines

Stara, dobra Menomena wraca po trzech latach z nowym albumem.

Nie będę owijał w bawełnę. Menomena to jedna z moich ulubionych amerykańskich kapel. Zachwycili mnie debiutancką płytą I Am The Fun Blame Monster! gdzie dostawałem ciarek na plecach przy takich klasykach jak The Late Great Libido czy Strongest Man In The World. Nie był to jednorazowy wyskok oczywiście. Albumem z 2007 roku Friend and Foe potwierdzili u mnie ósemkowe rejony a rok później byłem światkiem dobrego występu podczas Off Festivalu w Mysłowicach. Także na najnowszą płytę czekałem z wielkim zainteresowanie co panowie tym razem pokażą.

Trio z Portland w stanie Oregon najnowszym krążkiem Mines pokazują, że dalej są w formie nagrywać kawałki lepiej niż dobre. Jednak ciężko mówić to o podbijaniu kosmosu to mimo to gdzieś w okolicach stratosfery szybują i nie spadają niżej. Na Mines znajdziemy wszystkie sprawdzone z wcześniejszych dokonań grupy zagrywki. Nie odskoczyli zbytnio od swojego stylu, grają swoje i dobrze się tego słucha. Mi nawet bardzo dobrze, uwielbiam wsłuchiwać się w ich melodie. Taki Tithe, ten początek, te cymbałki. Posłuchajcie sobie tego w słuchawkach gdzieś na zewnątrz i poczujcie lekki wiaterek na karku.

Mamy też bardziej energiczne kawałki. TAOS ze świetnym basem i wejście perkusyjnym. Właśnie perkusista znowu miażdży. Koleś jest w moim top 5 najlepszych bębniarzy. W BOTE również  pokazuje, że to nie przelewki. Dla równowagi powstały i kawałki spokojnie brzmiące, wypełnione klawiszami, cymbałkami czy też już dobrze znanym saksofonem. Mowa o Five Little Rooms czy też Oh Pretty Boy, You’re Such A Big Boy. Świetne jest Dirty Cartoons z akustyczną gitarką na wstępie. Całość kończy INTIL który pomalutku nabiera tempa i nie śpieszy się zbytnio by nie kończyć jeszcze płyty. Bo jak wiadomo wszystko co dobre, fajne i wyjątkowe bardo szybko zlatuje i nie jesteśmy w stanie nawet się zorientować kiedy coś się już kończy.

Menomena ma plusiora u mnie za Mines. Może nie przebili dwóch poprzednich płyt, ale winą tego jest fakt, że te płyty znam i mam porównanie. Gdyby nie to zapewne wychwalałbym ten album pod niebiosa. Nie można chłopakom ujmować talentu do tworzenia niebanalnych, ciekawych kompozycji pełnych bogatych warstw melodyjnych i równie dobrych tekstów. Płyta zapewni na pewno każdemu entuzjaście muzyki wiele fajnych momentów z nią. Warto posłuchać w końcu to Menomena, mimo, że nie kosmiczna ale jednak. Ocena: 7/10

P.S. Okładka kojarzy mi się trochę z nowym Yeasayer. Posłuchajcie Dirty Cartoons