Hannah Georgas – This is Good

This is really good…

Hannah Georgas póki co jest anonimowa postacią, próbowałem się doszukać jakiś informacji na jej temat na allmusic.com. Przewrotny tytuł tego portalu, bo jednak nie cała muzyka jak się okazuje. Płytę This is Good odkryłem na pewnym blogu, który polecam. Sprawdzam tamtejszą muzę i póki co nie czuje się zawiedziony. A jest to sprawdzać i mam nadzieje, że długo tak pozostanie.

To co wiemy na temat tej Pani? Jest z Kanady. Co w pewnym sensie ma znaczenie. Dla mnie nawet istotne. Bo jak wiecie ubóstwiam kanadyjskie klimaty. Gdy zajrzycie na jej stronę myspace możecie zobaczyć długą listę wpływów, gdzie między innymi pojawiają się: The Flaming Lips, The Cranberries, Bjork, Interpol, The Strokes, The National, Radiohead, Jeff Buckley, Broken Social Scene, Modest Mouse i wiele innych artystów, którzy naprawdę dobrze że znajdują się na tej liście. Dobre wpływy to już połowa sukcesu. Teraz wystarczy nagrać równie coś dobrego.

No może This is Good nie jest płyta na miarę Grace albo You Forgot It In People. Jednak jest to naprawdę bardzo fajny indie-pop. Każda z 12 kompozycji na płycie zachwyca pewnym urokiem, taką fajnością jaką ta płyta kipi aż. Pani Georgas ma naprawdę świetną barwę głosu, którą polubimy już od pierwszego: „what’s it like for you/on your own,what do you do/do the walls talk back/do you still do those things that you do”. Warta muzyczna też jest zadowalająca, jest gitarowo ale jednocześnie popowo i melodyjnie. Oj Tak jest sporo fajnych melodii. Ta płyta powinna się spodobać każdemu.

Idealna wręcz na okres weekendu majowego. Jest radośnie, słonecznie, wesoło. Wyobraźcie sobie, że jedziecie gdzieś spędzić majówkę. Pograć w badmintona, pospacerować, pojeździć na rowerze, rozpalić ognisko, grilla, pójść na imprezę. Ta płyta idealnie umili czas w samochodzie. A gdy zabraknie słońca to Hannah Georgas przypomni wam, że radośnie może być w każdej chwili nawet gdy nie jest tak słonecznie. Wyobraziliście to sobie?

Warto wspomnieć także, że jest różnorodnie na tej płycie. The Deep End jest dość folkowy a początek mi się kojarzy z Bon Iver. Shine to typowa ballada, która jest nasiąknięta emocjami. Something for You budzi skojarzenia z latami 30-40. Całość kończy akustyczne You’ve Got A Place Called Home. Muszę przyznać, że w każdym z tych utworów Hannah Georgas jest przekonywająca.Ocena:7/10

Sprawdźcie sami

P.S. Fajna okładka

Modest Mouse – Lonesome Crowded West

Modest Mouse zalegało u mnie już od czasów licealnych, i muszę się przyznać, że odkryłem ich na nowo. Więc moi mili jeżeli jesteście sympatykami amerykańskiego niezalu bądź wszelkich innych alternatywnych szarpnięć o struny gitary to idziecie w dobrym kierunku czytając tą reckę.

Przełom lat ’90 i ’00 należał w pewnym sensie do nich. W zanadrzu kilka wyśmienitych płyt, w tym omawiana teraz Lonesome Crowded West z 1997 roku, sprawiło, że Ci kolesie z Ameryki są uznawani obecnie za żywe legendy indie. Mimo, że w 2007  pojawili się w mediach na szerszą skalę to nie utracili swojej wiarygodności. Ostatnio nawet szło ich usłyszeć na TVN-ie także co drugi polak musiał ich nieświadomie słyszeć. Jednak pamiętajcie to płyty sprzed 10 lat są legendarne.

O co kaman z tym Modest Mouse? Jeżeli jesteś fanem żywiołowego gitarowego grania, pędzącego hi-hatu, świetnych kompozycji to musisz ich sprawdzić. Poza tym ten nie typowy wokal. Isaac Brock co prawda może na początku odrzucać, ale z czasem każdy się przekona, że to co on z siebie wydobywa dodaje tylko specyficznego klimatu. Zapodajcie sobie MM i ruszcie wyobraźnią. Widzicie kaktusy? Ziemia nie widziała wody już od kilku tygodni, może nawet miesięcy. Nie jest zielono. Jedyny przejaw zieleni to gdzieniegdzie pojawiające się kaktusy. Dominuje pomarańcz, żółć i inne ciepłe… gorące kolory. Z tego gorąca koleś ubrany w potargane jeansy upieprzone w kurzu poci się nieustannie (nie jest taki „wyszybciony”) i co chwile wyciera pot w rękaw swojej koszuli w kratę (canadian indie style). Wsiadając do równie zakurzonego cadillaca swobodnie puszcza sprzęgło i rusza do przodu słuchając przy tym spokojnych pierwszych brzmień gitary Doin’ the Cockroach. Bydło na drodze nie pozwala na dalszą podróż. Zanim chłopak z farmy obok zagonił krowy na druga stronę jezdni słychać było już  „And it’s been a long time/Which agrees with this watch of mine/And I guess that I miss you, and I’m sorry/if I dissed you”. Ruszył, dalej już tylko był riff gitary Trailer Trash. Nieznane jest imię tego bohatera, możemy utożsamić go z pewnym kowbojem. Tak chodzi o Cowboy Dan.

Reszta jest już w waszej kwestii. Jeżeli nudzi Ciebie podążanie za nowoczesnymi trendami, mówiącymi „klawisz zamiast gitary”  lub słuchanie obrzydłych nowych, kolejnych, nowych-kolejnych, kolejnych-najnowszych indie kapel itd. Ekstremalnie wiele Kapel w większości po prostu beznadziejnych. To sięgając po tą płytę, która jest przepełniona energią dobrze robisz. Jest w pytę. Muszę szczerze przyznać, że jest też na swój sposób pokręcona, w taki pozytywny oczywiście. I pomijając teksty stojące na wysoki poziomie to jest to muza, którą można nawet nucić w drodze do pracy. Nie ma co zbytnio się rozpisywać dalej. Warto samemu sprawdzić. Ocena:9/10

Posłuchajcie sobie Trailer Trash, ale to jak będziecie w domu. Wykorzystajcie ładną „gniotkową” pogodę wpierw. Peace.

These New Puritans – Hidden

Pisałem już o nich w tamtym roku, kiedy to gościli u Rojasa na Offie. Już na początku tego roku wyszła ich kolejna, druga płyta. I co by nie powiedzieć o tym albumie to trzyma poziom.

Ci kolesie plus jedna pani, mimo szczenięcego wieku mają jakiś pomysł na twórczość, którym skrupulatnie podążają. Pokazują właśnie to na Hidden. Już na debiucie słychać było, że to co robią zawiera jakiś koncept. Poza tym popularności dodało im puszczanie Elvisa w MTV. Na drugiej płycie tak już nie ma. Żaden kawałek nie jest potencjalnym hitem. Brak piosenek typu „freindly radio song” nie wpływa jednak na odbiór tego albumu. Bo jest to kawał dobrej roboty. Od początku do końca robią swoje, wszystko trzyma się kupy.

Rozpoczynają od orkiestrowego Time Xone. By następnie pierwszymi odgłosami bębnów wkroczyć w ponad 7 minutowy We want War, czyli typowy jak na TNP majstersztyk. Ciche szepty, głosy nadają pewnego klimatu temu utworowi ,który towarzyszy nam już do końca Hidden. Mi osobiście każdy kawałek podoba się w takim samym stopniu i ciężko wyróżniać tu coś poszczególnego bo jak mówiłem nie ma tu typowych singli. Jednak brakuje tu czegoś do takiej genialności, który zamyka usta każdemu. Owszem są na prawdę dobre momenty na płycie. Wydaje mi się, że ta płyta nawet jest lepsza iż debiut. Na pewno mniej przebojowa, ale bardziej wyrównana.

Doznawać długo przy niej nie można, jeśli można mówić o doznawaniu w ogóle, ale już w samochodzie jadąc do pracy/szkoły można sobie puścić. Pojawiają się głosy, że są oni na dobrej drodze by zostać wielkimi i zapamiętanymi. Jednak chyba czeka na nich jeszcze jakiś czas by tak się stało. Potencjał jest na pewno, umiejętnie go wykorzystanie może zapewnić im trochę więcej niż kilka wzmianek w internecie. Nie wiem jak zostanie odebrany ten album, na pewno wytworzyła się jakaś grupa ludzi jarająca się matematyką w ich muzie bo jak wiemy już od dwóch lat „Every number has a meaning”. Wszędzie widziana 19, albo wiele określająca 9 z połączeniem pewnej litery. Każdy może interpretować na swój własny sposób. Jednak na pewno troszkę im zaszkodzi brak takiego Elvisa. Ja tam jednak lubię Jacka Barnett’a i trzymam kciuki. Ocena: 7/10.

P.S. Posłuchajcie White Chords