Toro y Moi – Causers Of This

W czasie gdy jedni kończą sesję, inni podsumowują dekadę w muzyce a jeszcze inni jarają się Vancouver ja napiszę coś o Toro Y Moi.

O Chazwick’u Bundick’u, znanego również z projektu Les Sins było już głośno w 2009 roku, głównie za sprawą singli, które pojawiły się w internecie. Była w nich wystarczająca magia by stwierdzić, że koleś ma jaja do robienia muzy i środowisko dziennikarskie, muzyczne oraz entuzjaści dźwięków czekali w wypiekami na twarzy na debiutancki album młodego (1986) chłopaka z Stanów.

Czy spełnił oczekiwania? Większość powie, że tak. Borys dał 9,7. Sms od kumpla z tą wiadomością po pierwszej w nocy to rejony dziesiątkowe. Dla mnie ta płyta nie jest aż tak przełomowa, ale przyznaje, że mocno wkroczyliśmy w nową dekadę z Causers of This. Czy jest To Kid A naszej dekady? Ciężko powiedzieć, myślę, że czas pokaże. Na pewno wielu obierze tę samą drogę co Bundick, nie mam jednak pojęcia jak sie to przełoży na muzykę pop. Nie myślmy jednak teraz o przyszłości, spójrzmy na to co mamy teraz.

11 kawałków, najdłuższy z nich ma 3 minuty 44 sekundy. Czyli? Bez przeciągania, nie ma dłużyzn serio. Idealne proporcje. Poza tym słuchając tej płyty wydaje się czasem, że jest to jeden mocno rozbudowany i zróżnicowany utwór co jest absolutnie w tym przypadku na plus. Przeskakujemy z brzmienia w brzmienie i jest wciąż ciekawie. Last.fm podpowiada, że jest to granie spod znaku Neon Indian. Hmmmm. Nie do końca, ale jest coś w tym, zgadza się. Neonowi Indianie mają to do siebie, że ich moja mama prędzej rozkminiła niż Toro y Moi. Nie uważam tego za wadę, ale różnica znacząca jest. Jednak co by nie napisać, co nie powiedzieć to jest to kawał dobrej muzy, już na  starcie 2010 znowu mamy faworyta corocznych podsumowań na wielu muzycznych portalach i licznych blogach. Nie będę opisywał muzy, sprawdźcie sami. Jeżeli lubicie coś nowego, coś alternatywnego a zarazem melodyjnego, ambitnego i czasami w domu słuchacie Animal Collective to myślę, że warto. Ocena: 8/10

Posłuchaj

Vampire Weekend – Contra

Istna nowojorska dżungla, ciąg dalszy. Po głośnym w mediach debiucie Vampire Weekend wraca z nową płytą, która (co nie jest zdziwieniem) absolutnie, kategorycznie nie wnosi nic nowego…

Jest to po prostu kontynuacja debiutu sprzed dwóch lat. Łączenie Indie z elementami muzyki afrykańskiej. Pomysłowe co prawda, można było się zachwycić na moment dwa lata temu przy singlach Vampire Weekend i zapomnieć. Dziś chłopaki wracają. Przyznaje, że utrzymują poziom. Nawet wydaje się nowa płyta być ciut lepsza od debiutu, z pewnością niezeszli niżej. Jednak fakt, że grają dalej swoje w pewien sposób ich „upupia”. Bo tak na prawdę Contra to nic innego jak ciąg dalszy tych samych pomysłów, które w pewien sposób sie sprawdziły w 2008 roku przy okazji wydania debiutanckiego krążka.

Nie ma czym się zbytnio ekscytować. Contra to zlepek średnich piosenek, najczęściej nie trwających dłużej niż 180 sekund (dzięki Bogu), dopiero przy końcu pojawiają się jakieś 5 minutowe nutki. Cousins, czyli pierwszy singiel jest co prawda przebojowy, melodyjny i wpadający w ucho, ale słuchając jego masz wrażenie, że cofnąłeś się w czasie dwa lata. Chyba nie ma sensu się rozwodzić, który utwór najlepszy. Wszystko wydaje się być na równym poziomie, co czyni tą płytę w sumie lepsza od debiutu, gdzie pojawiły się gorsze i nudne momenty. Nie zmienia to jednak faktu, że płytę tak jak szybko się jej słucha tak równie szybko się o niej zapomina. Wieczorem nie pamiętasz już o bułce z masłem, którą wcinałeś rano. Ja osobiście nie czekałem na ta płytę, z góy było wiadome czego będzie można się po nich spodziewać mimo, że niektóre media lansują ich na gwiazdy Indie. Widocznie już taki los tych celebrytów… Ocena: 5/10

Zobaczcie teledysk do Cousins.

Piosenki o miłości nietylko na walentynki

Tak jak w tytule. Dziś 14 luty, dzień zakochanych. Zdania na temat tego dnia są podzielone. Jedni uważają, że komercja, Ameryka, po co? Inni natomiast obdarowują soje sympatie prezentami, wychodzą w ten dzień do kina na specjalna walentynkową produkcję, krążą po centrach handlowych z kwiatami. Fajnie, że jest taki dzień kiedy ludzie czują miłość. Moim zdaniem walentynki powinny być każdego dnia, w każdej nawet najzwyklejszej chwili. Jeżeli się kocha, to w każdej sytuacji. Dlatego przedstawię wam zestaw kilku piosenek miłosnych, które można posłuchać nie tylko 14 lutego, ale każdego dnia.

Elton John – Sacrifice. Czyli wyrzeczenie, poświęcenie. Bez tego nie możemy mówić o miłości. Ta druga osoba powinna być najważniejsza. Elton śpiewa o miłości, która straciła kierunek. Zabrakło poświęcenia. Nie będę wnikać jak to odnosi się do samego Eltona Johna. Piosenka jest uniwersalna dla wszystkich. Niech przypomina co powinno być najważniejsze. Poza tym jest miła do słuchania. Lekki sielankowy klimacik, powolne tempo, głos Eltona no i ten motyw gitary. A i sprawdźcie jeszcze to, tak przy okazji.

Lionel Richie – Hello. Klasyk. Tylko w oryginalnym wykonaniu, bez żadnego Liroya. On jest zbędny. Pomińmy fryzurę Lionela i jego wąsik. Piosenka mocno wymiata w kategorii wyciskacza łez. Historia tak mocnego uczucia, przeżywanie tego całym sobą i silna chęć powiedzenia prostych, ale czasem tak trudnych słów „I Love You”. Oraz refrenowe Hello wyśpiewane przez Richiego. Wymiękam. „It’s me you’re looking for?” czyjeś spojrzenie czasem tyle nam mówi. Chłopie wiemy o czym śpiewasz, podoba nam się to. I mimo, że CKOD to dissuje to nie uważam, że jest tutaj banalnie. A i nie zapomnijmy o saksofonie, który dodaje tego klimatu.

Muse – Endlessly. Matthew Bellamy, specjalista od liryki miłosnej. Czasem ciężko zrozumieć go, czasem rozumie się go zbyt dobrze. Jednak przyznam, że teksty i muzykę piszę pasującą w moje gusta. I gusta wielu, którzy docenili. Dlaczego Endlessly? Bez końca. „Hopelessly, I’ll love you endlessly. Hopelessly, I’ll give you everything”. Esencja w tych dwóch zdaniach. Posiadanie nadziei na to, że będzie się kochało zawsze, do końca i da się tej osobie totalnie wszystko. Może być coś piękniejszego? Dlaczego tylko nadzieja a nie całkowite przekonanie? Można tylko zgadywać. Być może nie mógł być z tą osobą, może inny powód? Teraz muzyka. Ten klawisz, ta linia melodyjna, perkusja, chórki. Wszystko oddaje ten podniosły klimat. Wykonanie live zdecydowanie lepsze.

Seweryn Krajewski – Wielka Miłość. Czas na reprezentanta znad Wisły. Któż nie zna Seweryna Krajewskiego? Znany zarówno z Czerwonych Gitar jak i twórczości solowej. Tyle znanych piosenek. Wielka miłość. Szlagier każdego wesela. Lekki klawisz, disco bit, chórki i wokal samego Krajewskiego, narodowego wymiatacza jeżeli chodzi o serie hitów na skalę całego kraju, zapisujących się mocno w naszą świadomość. Na pewno znacie nie jeden jego utwór bardzo dobrze. Tak odnosząc się do tekstu, to zgadzam się, że czasem czas szybko leci. „Wielka miłość nie wybiera”

The Beatles – Oh! Darling. Nie mogło zabraknąć Beatlesów. Klasyka, klasyki, ponadczasowi, zawsze modni, zawsze na miejscu. Tylko oni. Paul, John, George i Ringo. Ich twórczość to głównie piosenki miłosne, było w czym wybierać. Zdecydowałem się na Oh! Darling. Uwielbiam ten kawałek. Prośba o uwierzenie, o zaufanie. „Believe me when I tell you I’ll never do you no harm”. Chyba bez sensu jest się rozpisywanie na ten temat. Każdy wie o co chodzi. Po prostu The Beatles.

The Beach Boys – Wouldn’t It Be Nice. Czyż nie byłoby wspaniale cieszyć się razem każdym dniem? Spędzać go ze sobą w radości, szczęściu? Mieć zawsze uśmiech na twarzy? Być ze sobą zawsze? wsiąść ślub? budzić się każdego ranka ze sobą? Być dla siebie wszystkim? Czuć miłość? Czuć to, że komuś zależy i dawać to samo uczucie drugiej osobie? Bądźcie szczęśliwi. Posłuchajcie Beach Boysów.

Whitney Houston – I will always love you. Tytuł jest już fajny, reszta także. Hit znany równie tak dobrze jak film z którego pochodzi. Mowa o Bodyguard. Spokojne wejście, saksofonik i ten wokal w refrenie: „And I will always love you”. Nie ma co polemizować. Whitney ma głos, potężny, wspaniały głos, którego używa w dobrym celu, ale nie zawsze w dobrych piosenkach. W przypadku tej piosenki świetnie się składa, że ona ją śpiewa. Wszystko pasuje. O ile film nudzi się po którymś obejrzeniu na Polsacie czy TVN to piosenkę spokojnie można słuchać i słuchać. To by były wszystkie propozycje z mojej strony. Jest mnóstwo piosenek o miłości, ja wymieniłem ledwie parę. Na koniec życzę wam byście poczuli to o czym marzycie.