Dobry Indie Rock zawsze w cenie

car-seat-headrest-2016-tourNajistotniejsze media dokonały już podsumowań całorocznych, a ja wciąż z dziennikarskiego obowiązku nadrabiam muzyczne zaległości. Rok 2016 nie był szczęśliwy dla muzyki. W globalnym znaczeniu należy przypomnieć muzyczne osobowości, które odeszły z tego świata: David Bowie, Prince, George Michael czy też Leonard Cohen. Natomiast w moim przypadku świadczy o tym ilość słuchanej muzyki. Prawie wcale nie poznawałem nowej muzyki, dlatego też recenzja takiego zespołu jak Car Seat Headrest to w jakimś stopniu rarytas.

Rok 2017 a ja wciąż słucham Indie Rocka, gatunku od którego zaczęło się u mnie obcowanie z muzyką na poważnie. Co prawda ilość przesłuchanych płyt z tego szerokiego kręgu gitarowego grania jest coraz to mniejsza, jednak zawsze znajdę jakąś perełkę. I taką właśnie jest najnowszy album grupy Car Seat Headrest „Teen of Denial„. Grupa z Leesburg w stanie Virginia istnieje już od 2010 roku i dała się poznać jako zespół niezwykle płodny w albumy. Niestety ilość nie szła w parze z jakością, dlatego też większość z słuchaczy usłyszała o nich dopiero w tym roku za sprawą „Teen of Denial„.

teen-denialTegoroczny krążek to zestaw niezwykle chwytliwych indie rockowych kawałków. Amerykanie grają bezpretensjonalnie, lekko i przyjemnie. Album zaczyna się dość niepozornie, nudnie nawet można by rzec. Jednak na wysokości 3 kawałka „Destroyed by Hippie Power” zespół odkrywa swoje prawdzie oblicze na tym krążku. Świetnie riffy z pazurem przypominają o co tak na prawdę chodzi w tego typu graniu. Dalej jest oczywiście niemniej ciekawie i porywająco. Mamy przecież psychodeliczne odjazdy niczym na najlepszych utworach Arcade Fire w „Just What I Needed/ Not Just What I Needed„, zimne gitarowe solówki przywołujące na myśl dokonania Interpolu w „Cosmic Hero” oraz beztroskę The Strokes w „Unforgiving Girl” a także kapitalne perkusyjne solówki w „Connects The Dots„.

Minusów raczej się nie dopatrzyłem. Przynajmniej nie takich by można sobie nimi zawracać głowę. Nie wiem czy album ten jest na tyle dobry by do niego wracać po 5, 10 latach. To jak zwykle pokaże czas Jest jednak na tyle wartościowy by uznać go za jeden z lepszych indie rockowych krążków minionego roku. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Książe życia umiera

david-bowieNo i wykrakał ten Bowie. Gdy wróciłem tego dnia z pracy do domu, to zastanawiałem się, czemu wszędzie mówią o Davidzie. Aż mnie olśniło. Przecież kogoś w ten sposób się wspomina, gdy ten już nie żyje. Szybko wbiłem frazę Bowie w Google i… Nie mogłem w to uwierzyć, ale to miał być dopiero początek. Potem ten sam los podzielił Prince, Leonard Cohen i George Michael. A gdy zaczęli mówić w radiu o Dylanie to aż mi włos stanął dęba, na szczęście chodziło o przyznanie nagrody Nobla. Uff

Na swoim najnowszym i zarazem ostatnim albumie Bowie śpiewa: „Look up here, I’m in heaven / I’ve got scars that can’t be seen / I’ve got drama, can’t be stolen / Everybody knows me now”. Bardzo wymowne. To czy przewidział swoją śmierć to w zasadzie najmniej istotna sprawa. Artysta spodziewał się takiego obrotu sprawy. I o tym jest ten album. Historie z pogranicza życia i śmierci, czyli z etapu na jakim był Bowie. To sprawia, że płyta ta ma wydźwięk najprawdziwszy. I zarazem sprawia się obcujemy z czymś wyjątkowym, WAŻNYM. To słowo klucz, gdyż „Black Star” to z całą pewnością najważniejszy album minionego roku.

bowiestarA czy się broni muzycznie? Zdecydowanie tak! David Bowie pożegnał się w wielkim stylu. W jego dyskografii znajdziemy zarówno albumy wybitne jak i te mniej udane. Ten zdecydowanie należy zaliczyć do tych pierwszych. Zarówno pod względem lirycznym jak i muzycznym. Rozbijanie tej płyty na poszczególne utwory nie ma sensu. Całość tworzy unikatowy klimat i nastrój. Warto jednak nadmienić, że nagrywając ten album Bowie inspirował się „To Pimp A Butterfly” Kendricka Lamara oraz twórczością Death Grips. I jak mu to wyszło? Fenomenalnie!

Generalnie o „Black Star” jaki i samym muzyku  napisano już absolutnie wszystko, nawet to, że Bowie miał grać w Władcy Pierścieni. Dlatego nie ma sensu rozpisywać się dalej. Podsumowując, gdyby artysta wciąż stąpał po ziemi, to ocena końcowa byłaby taka sama. Szkoda tylko, że nie dowiemy się co będzie dalej. Ocena: 9/10.

22 miliony powodów by posłuchać nowego Bon Ivera

bon-iverPo pierwsze na prawdę daje radę.

Po drugie Justin Vernon to prekursor mody na nieokrzesanego drwala. 2007. PAMIĘTAMY!

Po trzecie cała akcja rozgrywa się w niespełna 34 minuty.

Po czwarte głos Vernona wciąż działa, chociaż piosenki do Emmy o wiele piękniejsze, ważniejsze.

Po piąte Pitchfork dał 9.0 na 10.0. Dla mnie to jednak o czymś świadczy.

Po szóste słuchając tej płyty w samochodzie złapała mnie policja i wlepiła dwie stówki za prędkość. Jak to się stało nie wiem.

Po siódme Bon Iver to jednak klasa sama w sobie, symbol artystycznej niezależności. Dziś takich artystów jest na pęczki, jednak TAKICH jak ON, nie ma. Niestety.

Po ósme „22, a million” to przyjemna w odbiorze płyta, która w najlepsze czerpie z elektroniki i… „Yeezusa” Kanye Westa.

Po dziewiąte tytuły są napisane w przystępnym języku dla młodzieży porozumiewającej się za pomocą hashtagów i snapujących o pierdołach.

Po dziesiąte na płycie nie ma ani jednego utworu nagranego z Kendrickiem Lamarem.

bon-iver-22-milionPo jedenaste Justin Vernon zamówił na eBayu do swojego domku w lesie w stanie Wisconsin syntezator. I użył go.

Po dwunaste to bardzo minimalistyczny album, ale za to jaki podniosły. Chet Faker niech się schowa i nie wychodzi.

Po trzynaste dla indie smutasów to nie lada gratka.

Po czternaste zapomniałem.

Po piętnaste już sobie przypomniałem… albo nie….

Po szesnaste… a już WIEM! To jeden z tych albumów, który zachwyci zarówno słuchacza niezależnego, jak i tego mainstreamowego.

Po siedemnaste to w jakiś sposób innowacyjny album, który potrafi przykuć uwagę. JA to szanuje.

Po osiemnaste mam nadzieje, że nie nabrałem się na jakąś mistyfikacje i spod maski Justina Vernona nie wyłoni się Kanye West niczym przestępca w Scooby Doo.

Po dziewiętnaste Justin Vernon jest spoko

Po dwudzieste Justin Vernon ma takie same imię jak Justin Timberlake i Justin Bieber.

Po dwudzieste pierwsze przemawia do mnie ta muzyka

….

….

Po dwudzieste drugie milionowe (nie wiem jak to odmienić) daje tej płycie ocenę 8/10.

Posłuchaj