Monika Brodka wciąż jest Cool

brodkaChyba każdy z nas pamięta rok 2010, kiedy to Monika Brodka przestała być gwiazdą pop a stała się artystką INDIE (Jezu, jak ja nie lubię tego sformułowania!) Co prawda „Granda” pozostawiała w wielu niedosyt, jednak dla mnie to był dobry album. Na kolejny krok ze strony artystki trzeba było czekać 6 lat. W świecie muzyki to ogromny kawał czasu. Czy warto było czekać? O tym poniżej.

Zacznijmy od tego, że „Clashes” to najdojrzalszy album w dyskografii artystki. Wiem, brzmi to jak słabe usprawiedliwianie nudnej płyty. Jednak tak nie jest. „Clashes” to dobry album, aczkolwiek nie rewelacyjny. Podejrzewam, że nie będę do niego wracał tak jak wracałem do przebojowej „Grandy„. Jednak w świadomości mojej pozostanie fakt, że Brodka nie nagrywa słabizny.

clashesBrak tu trochę tej przebojowości z jakiej słynie laureatka 3 edycji Idola. Szkoda też, że wszystkie utwory są w języku angielskim. Zdecydowanie wolę Brodkę w ojczystym wydaniu. Jednak trzeba pochwalić za szeroki wachlarz inspiracji i wydźwięk tej płyty. Jak słucham „Clashes” to cały czas wydaje mi się jakbym słuchał jakiejś klasycznej wokalistki w stylu PJ Harvey, Bjork czy Kate Bush. Słuchanie tej płyty jest przyjemne i dość szybkie. Podoba mi się zarówno rockowe wydanie Brodki w „My Name Is Youth” jak i te bardziej sentymentalne w „Horses„.

Generalnie każdy utwór to osobna historia i to mi się chyba najbardziej podoba w tym albumie. Ta różnorodność. Jest nastrojowo, klimatycznie, klasycznie oraz momentami energicznie. Sam wokal Moniki Brodki brzmi też dojrzalej. Już nie słyszymy młodej dziewczyny bawiącej się w muzykę. Słyszymy kobiecy, pewny siebie głos. Brawo! Brodka to artystka kompletna i tylko szkoda, że tak długo trzeba było czekać na ten krążek. Ocena: 6/10.

Schoolboy Q – Blank Face

school-boy-qqJak to mają w manierze czarnoskórzy raperzy, najlepsze rzucają na początek. Tak też jest w przypadku najnowszego albumu członka Black Hippy. „Blank Face” – jego najnowsze dziecko rusza z rozmachem, jednak im dłużej trwa tym więcej z siebie potu wylewa. Pilny uczeń Quincy po raz kolejny udowadnia, że dobre rymy ma w naturze. Oczywiście momentami odrzucają nachalne wulgaryzmy wrzucane w dziury wersowe związane z brakiem pomysłów. To przecież nie komedia z młodym Sthurem i Michałem Milowiczem w roli głównej, a poważny rap album. Schoolboy Q daje popis, dzięki czemu album ten słucha się dobrze. Co nie było dla mnie oczywiste po pierwszych odsłuchach. Spodobały mi się single „John Muir” oraz „That Part„. Reszty jednak nie chciało mi się słuchać. OK OK OK OK OK.

Poza tym zastanawiam się co będzie z panem Bertolaccim, gdy wyleczy kontuzje? Formacja pomocy Milanu w tym sezonie, o dziwo robi wrażenie. Niezastąpiony, wątpliwej klasy kapitan Montolivo musiał ustąpić miejsca młodemu wilkowi Locatelliemu, a walczący o każdy metr boiska Kuco rywalizuje o miejsce w wyjściowej jedenastce z młodziakiem Pasaliciem. A przecież jest też Sosa, Bonaventura oraz nieokiełznany Poli. Przypominający Joeya z Przyjaciół Pan Samolocik Montella ma trudny orzech do zgryzienia.

blank-faceO tak, zawsze chciałem to zrobić. Nie pisać o Milanie, bo już to kiedyś robiłem na blogu. Pamiętne wpisy z okazji dnia sportu, OMG. Czy ktoś jeszcze czyta moje recenzje? Mam nadzieje, że tak. Wracając jednak do „Blank Face„. Schoolboy Q robi tutaj na prawdę dobrą robotę. Szanuje to jak snuje tu te swoje gangsterskie historie, które zapewne zna wyłącznie z telewizji oraz zachwyty nad bogatymi kobiecymi wdziękami (Te już pewnie zna z reala). To po prostu kawał dobrego czarnego rapu, który być może nie jest czymś odkrywczym. Sorry, nie łudźmy się, że Quincy wymyśla proch tymi bitami. Są wybuchy, ale to jednak nie będzie nigdy album na jakiejkolwiek liście dekady. Pomimo to propsuje „Blank Face„, jeżeli podobały się wam ostatnie krążki Schoolboy’a, to ten też powinien przypaść wam do gustu. Mnie przypadł. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

Czesław Śpiewa – Gliwice, 14.10.2016

czeslaw-spiewaNo i kto by się spodziewał! Czesław Śpiewa na łamach Paweuu Alternativ Blog! I to po ponad 8 letniej przerwie! Po negatywnej ocenie „Debiutu” nie sądziłem, że wspomnę jeszcze o tym artyście na blogu. A tu relacja z koncertu.

Nie będę się usprawiedliwiał faktem, że moja żona jest fanką Czesia. Sam chciałem pójść i byłem ciekaw tego występu. Otrzymałem to czego można było się spodziewać. Mnóstwo gadki Czesława Mozila. Artysta, a raczej celebryta ten rozgadywał się na tyle, że niecierpliwi muzycy poganiali go do śpiewania. A tematy poruszał standardowe: polityka, emigracja i nowa płyta. Czasami były to śmieszne uwagi, czasami nie, a przeważnie nie zrozumiałe. Ale taki urok tego artysty. Dodatkowo reklamował nowy film z jego udziałem – Szkołę uwodzenia Czesława M. Pewnie się na niego też wybiorę.

Przejdźmy jednak do najważniejszej sprawy na koncercie. Muzyki. Było całkiem nieźle. Odświeżone stare kawałki podobały mi się, zwłaszcza „Maszynka Do Ćwierkania„, która w nowej formule jest znacznie lepsza dzięki podkręceniu tempa i kapitalnej robocie perkusisty. Ponadto Czesław Śpiewa zaprezentował utwory z najnowszego albumu oraz te z płyt: „Pop„, „Księgi Emigrantów” oraz „Grać nie Srać„. Był to ciekawy zestaw.

Na ciepłe słowa zasługuje zespół. Okazuje się, że za pomocą klawiszy, instrumentów dętych i jednej gitary można zrobić wciągające widowisko. Jednak perełką występu był unikatowy perkusista. To jak wyglądał i to co wyrabiał przy perkusji… Nie potrafię na to znaleźć słowa.

Swoje też zrobiło miejsce koncertu, czyli Ruiny Teatru Victoria w Gliwicach. Kto nie był niech zajrzy i koniecznie ubierze się ciepło.