Daft Punk – Random Access Memories

daft-punk-ramOceny i skala hajpu jaka towarzyszy najnowszej płycie Daft Punk wskazują na dwa problemy. Po pierwsze kwestia wpływu korporacji medialnych, wielkich wytwórni i promotorów na postrzeganie muzyki. Trochę razi w oczy różnica w ocenach „Random Access Memories”. Blogerzy i portale niezależne tworzone przez fanów znacznie niżej oceniają najnowszy materiał francuskiego duetu od poratali pokroju Pitchfork. Nie chciałbym sugerować „opłacanie” recenzentów, ale tak to wygląda z mojej perspektywy. Inny problem ma wymiar psychologiczny i jest nim tęsknota za „wielkimi płytami wielkich artystów”, których brakuje od paru lat. Kiedyś byli Beatlesi, Stonesi, Bob Dylan, Led Zeppelin, Nirvana. Dziś trudno znaleźć zespół o którym można by powiedzieć za 20-30 lat – KLASYKA.

Daft Punk jest trochę na siłę wciskany jako WIELKI POWRÓT WIELKIEGO ZESPOŁU. Owszem album „Discovery” z 2001 roku to arcydzieło, które na długo zostanie pamięci słuchaczy. Jednak najnowszy materiał ma się nijak do płyty wydanej 12 lat temu. Po wielokrotnym przesłuchaniu „Random Access Memories” mogę stwierdzić, że jest to pozycja co najwyżej przyzwoita. Nowa płyta Daft Punk jest okropnie nie równa, przewidywalna, momentami nudna. Powtarzające się hasła mówiące „give life back to music” czy też „muzyka przyszłości” pokazują smutną prawdę przerostu formy nad treścią. Przez te wszystkie godziny obcowania z tą muzyką ani razu nie spotkałem się z niczym nowatorskim, przyszłościowym, świeżym. Zamiast futuryzmu, który miał stanowić nie podważalny powód dla zajebistości RAM mamy kolejny skok w tył do lat 70. i 80. Jedynym novum wydaje się teatralność „Beyond”. Poza tym jaka jest różnica pomiędzy „Get Lucky” a „Lose Yourself to Dance”? I jeszcze ta kosmiczna końcówka „Contact”.

daftpunkrandomOk trochę narzekam a przecież mówiłem, że to przyzwoita płyta. Owszem jest tutaj kilka dobrych momentów. Po pierwsze „Giorgio by Moroder”. Ciekawie skonstruowana piosenka, fajna linia melodyjna, gadka Giorgio mimo, że momentami przesadzona to pasuje a rozpierdol w końcówce jest epicki. Chyba najlepszy utwór na płycie. Po drugie „Get Lucky”, które mimo, że jest okropnie podobne do „Lose Yourself to Dance” to jest to idealny utwór na lato. Jest hicior – jest impreza. Po trzecie „Fragments of Time” z gościnnym udziałem Todda Edwardsa to bardzo przyjemna piosenka, która chyba jako nieliczna nie jest obciążona tym całym patosem i napinką RAM. Czwarty i ostatni powód na tak to „Doin’ it Right” z Pandą Bearem. „Random Access Memories” ma bogata listę featuringów, jednak to udział muzyka Animal Collective najlepiej zrobił tej płycie.

Podsumowując 13 piosenek, 4 głosy za, 3 przeciw. Reszta się wstrzymała. „Random Access Memories” to album przyzwoity z kilkoma dobrymi utworami. Dlatego też towarzyszący jej hype jest znacznie przesadzony. Z drugiej strony nie ma też co zbytnio przesadzać z zbyt krytycznymi uwagami. Myślę, że najlepiej RAM oceni czas. Póki co ocena: 6/10.

The Strokes – Comedown Machine

THE_STROKES_ApprovedPiąty album w kolekcji Nowojorczyków nie zmienia absolutnie nic. Nie zmienia muzyki, nie zmienia świata na lepszy, nie zmienia mnie, mojego sąsiada, kota ani statusu zespołu, który wciąż pozostaje legendą new rock revolution (im jestem starszy tym bardziej gardzę tym medialnym określeniem). W 2001 zespół Casablancasa roku nagrywa swój debiutancki i zarazem najlepszy album „Is This It”, których zachwyca nas ze względu na świeże podejście do indie rocka. Zimna kalkulacja zakrywała rzeczywiste emocje a dystans czasowy, który przebyliśmy od tej pory pozwala nazwać tą płytę „klasyczną”. Na „Room on Fire” zespół utrzymuje status quo, natomiast „First Impressions of Earth” wydaje się być najbardziej singlowym, radiowym i energetycznym krążkiem w całej dyskografii. Później zapada cisza na blisko 5 lat a w między czasie Julian Casablancas i Albert Hammond Jr. nagrywają solowo. W 2011 otrzymujemy „Angles”, który chyba dostał troszkę zawyżone oceny ze względu na zwykłą tęsknotę. Do tej pory nie mam określonego zdania na temat tej płyty. Z jednej strony fajnie, fajnie – z drugiej natomiast nie wróciłem nigdy do całej płyty a jedynie poszczególnych singli. Podsumowując The Strokes to band z jedną klasyczną płytą na koncie, czterema fajnymi i absolutnie żadną słabą.

the-strokes-comedown-machineGdy pod koniec stycznia marketingowcy Strokesów podesłali mi na e-mail najnowszy track „One Way Trigger” zawiodłem się. Miałem nadzieje, że to nie najlepszy utwór na płycie, gdyż po pierwszy wrażeniach reakcje były raczej średnie. Z czasem jednak przekonałem się do tej piosenki a po zapoznaniu się z całością wydaje się być chyba jednak tym najlepszym kawałkiem. Generalnie uważam„Comedown Machine” za dobrą płytę. Pomimo, że po przesłuchaniu tego krótkiego, 38-minutowego materiału nie doszukałem się niczego nowego i świeżego. Otwierający całość „Tap Out” to przyjemna, nieco senna, wakacyjna piosenka oparta na fajnym pulsującym basiku z całkiem niezłym refrenem. Słuchając „All The Time” a także oglądając teledysk do ów piosenki ma się wrażenie, że singiel ten stanowi pewnego podsumowanie całej twórczości. Momentami jednak niebezpiecznie balansuje on na granicy autoplagiatu, gdyż wydaje się on utworem za późnym dla „Room On Fire”, ale za wczesnym także dla „First Impressions of Earth”. Warta uwagi jest końcówka „Welcome To Japan” a także typowa strokesowa kołysnaka (prosze nie zakładajcie tylko takiego fanpage’a na fb) – „50/50”.

Generalnie całość jest dobra, ale dupy nie urywa. Melodie są ładne, zgrabne, jest pełno hooków a odpowiedzialny za produkcję Gus Oberg odpowiednio się postarał o to by pachniało tutaj potartymi jeansami z lat 80. Jednakże nie ma tutaj absolutnie niczego nowego, świeżego. Nie ma niczego o co można by się zaczepić na dłuższą chwilę, czegoś co by wpadło w ucho na dłużej niż kilka minut. Poza tym The Strokes wydają się być trochę mało modni ostatnio. Sam miałem problem za zabranie się z recenzją tej płyty, co więcej zacząłem się zastawiać, czy faktycznie jest potrzebna skoro będzie tylko 6/10?

Off’owe propozycje część trzecia

off2013Kolejny Zestaw offowych artystów, którym warto się przyjrzeć. W dzisiejszej odsłonie szwedzki romantyk Jens Lekman, legendarna post rockowa grupa Godspeed You! Black Emperor oraz The Smashing Pumpkins.

Jens-Lekman-I-Know-What-Love-IsntJens Lekman – I Know What Love Isn’t (2012). Zeszłoroczna płyta Lekmana to jedna z tych pozycji, którą chciałem zrecenzować, ale niestety skończyło się tylko na chęciach (jak zwykle zresztą). No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem bo Jensik ma zjawić się na tegorocznym Offie a to dobry pretekst by napisać słów kilka o jego najnowszym wydawnictwie. Trzeci longplay w karierze szwedzkiego wokalisty to kolejny dowód na to, że jego zmysł do tworzenia fajnych, romantycznych popowych piosenek stoi na bardzo wysokim poziomie. Mimo tego, że płyta była nagrywana w różnym czasie i różnych miejscach na przestrzeni trzech lat słuchając jej mamy silne odczucie, że powstała w jakimś małym, drewnianym domku gdzieś pośrodku fiordów w jeden weekend. Muzycznie krążek oparty jest na typowym indie-popowym graniu wzbogaconym o  różną mieszankę instrumentów – w tym momencie warty podkreślenia jest saksofon w „Become Someone Else’s„. Wokal Jensa Lekmana jak zwykle jest czarujący, na pewien sposób słodki i momentami zabawny pomimo tego, że tematem większości piosenek (jak nie wszystkich) jest załamane serduszko. Może to i dobrze, że artysta nie miał za dużo szczęścia w miłości bo w efekcie tego dostaliśmy trzy kapitalne płyty, które za każdym razem działają na mnie tak samo. To wspaniała muzyka na ciepłe popołudnie i fajnie, że będziemy mogli tych piosenek posłuchać w Dolinie Trzech Stawów bo już raz Jens Lekman miał być na Offie w 2008 roku, niestety jednak koncert odwołano. Ocena: 8/10.

gybe dont be ascendGodspeed You! Black Emperor – ‚Allelujah! Don’t Bend! Ascend! (2012). Post rock zawsze miał szczególne względu u Artura Rojka dlatego też obecność na tegorocznej edycji Offa GY!BE nikogo szczególnie nie dziwi. Po przesłuchaniu zeszłorocznej płyty zespołu aż nie mogę się doczekać ich występu live. Ten materiał jak i oczywiście poprzedni może zabrzmieć na żywo tylko lepiej. Pomimo tego, że ta muzyka potrzebuje dużej koncentracji i skupienia to swoim uniosłym brzmieniem wzbudza mocno pozytywne reakcje. „Allelujah! Don’t Bend! Ascend!” składa się z czterech piosenek, czterech monumentalnych kolosów, czterech filarów. Jest nieprzewidywanie, z przytupem, chwilami nastrojowo, chwilami głośno. Podczas słuchania tej płyty cały czas odczuwałem stany lękowe i poczucie, że coś zaraz się stanie w taki sam sposób jak podczas oglądania najlepszych filmów akcji. Ulubiony moment – końcówka „We Drift Like Worried Fire”, która przypomina najlepsze momenty z „Funeral” Arcade Fire. Chciałbym napisać coś więcej, ale Godspeed You! Black Emperor to jeden z tych zespołów o których się nie pisze, je się słucha. Ocena: 8/10.

smashing-pumpkins-oceaniaThe Smashing Pumpkins – Oceania (2012). Mogłoby się wydawać, że grupa The Smashing Pumpkins ma swoje najlepsze lata za sobą. Otóż nie drodzy państwo. Legenda lat 90. powróciła w niezwykle udany sposób za sprawą czarującego, rockowego albumu „Oceania”. O którym de facto także nie zdążyłem napisać w poprzednim roku (Shame on me). Pocieszające jest jednak to, że w 2012 roku Artur Rojek nie przegapił żadnej ciekawej muzycznej pozycji  i dzięki temu mógł wyselekcjonować dla nas, fanów samą esencję. Przejdźmy jednak do samej płyty. „Oceania” to mocny argument na to by powiedzieć, że rozbite dynie jeszcze się nie skończyły. A wydawało się, że to już koniec, gdy słuchało się ostatnich płyt grupy. Ostatni naprawdę porządny longplay pochodzi z 1995 roku i nazywa się „Mellon Collie and the Infinite Sandess”. Na szczęście Billy Corgan – wokalista i autor wszystkich 13 utworów powrócił do formy. Kompozycje są melodyjne, rockowe, momentami popowe, wciągające, intrygujące i stoją na konkretnym poziomie. Podczas odsłuchów „Oceani” ani razu się nie nudziłem, nie pojawiają się dłużyzny ani słabsze momenty. Oczywiście album nie wnosi nic nowego, ale w ciekawy sposób nawiązuje do najlepszych wydawnictw The Smashing Pumpkins. Przykładowo taka prog-rockowa ballada „Violet Rays” niby oparta na prostych środkach a chwyta. Gitarowy riff i sposób śpiewania Corgana w „Panopticon” także wzbudza pozytywne reakcje. Nie należy także zapominać o genialnym „Pinwheels”, przy którym aż łezka w oku się kręci. Nowa płyta The Smashing Pumpkins to idealna pozycja dla fanów muzyki lat 90. jak i entuzjastów każdego rodzaju dźwięków, zwłaszcza tych opartych na gitarze i bębnach. Ocena: 8/10.