Mikal Cronin – MCII

Mikal Cronin27-letni Mikal Cronin to artysta szczególny. Okie Dokie, Epsilons, Party Fowl, Moonhearts oraz przede wszystkim Ty Segall – to lista zespołów w których udziela lub udzielał się amerykański muzyki. Sporo tego, jednakże najistotniejsza w jego przypadku jest kariera solowa. Do tej pory zgromadził na swoim koncie dwa albumy. Debiut z 2011 roku o tytule „Mikal Cronin” nagrany został w estetyce garage rocka a momentami nawiązywał do radosnej muzyki lat 60. Płyta zebrała dobre oceny dlatego też nie musieliśmy długo czekać na jego kolejny krążek, który pojawił się 15 maja tego roku.

Z „MCII” spędziłem ostatnio sporo czasu i muszę przyznać, że to naprawdę świetna płyta. Mikal Cronin wciąż porusza się w rejonach garage rocka z elementami indie rocka. Momentami jest to typowy noise pop jak w „See It My Way” czy też „Turn Away” aczkolwiek jest tutaj sporo spokojniejszych chwil jak chociażby wspaniały, intymny i akustyczny „Don’t Let Me Go”. Generalnie cały album jest oparty na gitarach, które momentami przypominają chropowatość Dinosaur Jr. jak w „Shout It Out”. Jednak i nie zabraknie blusowych klawiszy w „Am I Wrong” czy też skrzypiec w singlowym „Change”. Całość stanowi całkiem przyjemny i efektowny album pełen energii, która jak ulał pasuje do ciepłych, słonecznych dni.

mikal-cronin-mcIISam Cronin muzycznie wydaje się być opanowanym geniuszem. Jednakże pomimo tego, że panuje nad każdą sekundą tej płyty to lirycznie chwilami okazuje się zagubionym, niezdecydowanym 27-latkiem, któremu brakuje planu na siebie. „Help me out, easy now I’m losing my mind / I’m just struggling to find, what I need to” – to na potwierdzenie, że nie blefuje w tym przypadku. Jednak pomimo tych rozterek typowych dla młodych osób to uważam, że Cronin zrobił tutaj ogromną prace. W odniesieniu do swojej poprzedniej płyty poczynił duży krok w przód. Mam nadzieje, że w najbliższym czasie niektóre media więcej czasu poświęcą mu aniżeli grupie Ty Segall. No i warto też wspomnieć, że kawałki z „MCII” będziemy mieli okazję przesłuchać live na najbliższym OFF Festivalu! Nie mogę się już doczekać, do zobaczyska pod sceną! Ocena: 8/10

Kanye West – Yeezus

Kanye-WestTrzy lata temu Kanye West wydając „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” zaserwował światu uznawany przez wielu (w tym przeze mnie) kapitalny album oparty na przepychu (co akurat momentami ujmowało w odbiorze całości). W tym roku West zrobił coś absolutnie odwrotnego. Jego najnowsze wydawnictwo nazwane „Yeezus” jest surowe, krótkie, szczupłe, momentami niedopieszczone. Bardziej przypomina brudnopis aniżeli poważną płytę. Spójrzcie tylko na sam fizyczny wygląd tego albumu. Pudełko zaklejone czerwony „plajstrem”. Jedynie co się nie zmieniło to ego autora i próby prowokacji.

Które są mizerne. Jezu, Kanye ogarnij się. Nikogo nie bawi Jezus napisany przez Y. I czy kogoś obecnie rusza stwierdzenie jestem bogiem? W polskim hip-hopie  funkcjonuje ono od ponad 10 lat. Beatlesi używali takich porównań jak jeszcze nie było kolorowej telewizji. Już nawet Madonna na krzyżu się nie wiesza, bo to po prostu nuuuuudy. Chcesz prowokować? Ok masz do tego prawo, a nawet artystyczny obowiązek, ale zrób to w sposób oryginalny. Dobrze, że tym razem nie publikowano żadnych zdjęć z swoją kuśką.

kanye-west-yeezusPrzejdźmy jednak do samej muzyki. Po pierwszym odsłuchu „Yeezus” nie dowierzałem, że to nowa płyta Kanye. Gdzie przepych? Gdzie 50 gwiazd r’n’b i hip-hopu w jednej piosence? Gdzie bogate, aż zabardzo nafaszerowane samplami brzmienie? Na starcie Kanye wita nas dziwnymi dźwiękami i pierdami ze syntezatora do których nawija: „Yeezy season approaching / Fuck whatever y’all been / hearing / Fuck what, fuck whatever y’all been wearing / A monster about to come alive again”. Następny utwór „Black Skinhead” oparty głównie na bębnach i jakiś dziwnych okrzykach to napinka Kanye na konserwatywny świat katolików. „I’m A God” próbuje stworzyć podniosły, poważny nastrój. Jednak wypowiadany na spokojnie refren przez Kanye psuje wszystko wzbudzając jedynie politowanie.

Dalej jest lepiej. „New Slaves” to ciekawa kompozycja, która kończy się „Dziewczyną o perłowych włosach” węgierskiej grupy Omega i wokalnymi popisami Franka Oceana. „Hold My Liquer” to jedyny utwór na „Yeezus”, który spokojnie zmieścił by się na poprzednim krążku Kanye nagranym „na bogato”. Nie chodzi tylko o intro wyśpiewane przez Justina Vernona, ale sam wydźwięk całego utworu. Nad tą piosenką raper chyba posiedział troszkę dłużej. W „I’m in It” słyszymy lekkie zalążki muzyki reagge i zatrute pióro rozpustnika w pierwszym porno wersie. W „Blood On The Leaves” słyszymy trendy nowego hip-hopu i to jest zdecydowanym plusem, gdyż momentami wydawało mi się, że Kanye nagrywając ten materiał funkcjonował w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Na koniec West serwuje nam ciekawy miszmasz w postaci „Bound 2”.

Nie doszukałem się niestety w „Yeezus” wielkiego geniuszu artysty o którym sam lubi mówić przy każdej okazji. Doceniam chęć eksperymentowania i serwowania zróżnicowanym materiałem. Imitacja Death Grips to był dobry pomysł, aczkolwiek momentami Kanye West zwyczajnie się zagalopował. Poza tym szokowanie katolików już dawno przestało kogokolwiek wzruszać, nawet Papierz olał sprawę i nie wpisał Westa na listę muzyki złej i propagującej szatańskie zachowania. Jednakże trzeba oddać Westowi, że wciąż potrafi nagrać kawałek, który wyróżnia się na tle reszty. Ocena: 7/10.

My Bloody Valentine – M B V

mybloodyvalentine„M B V” to album na który wielu fanów My Bloody Valentine czekało 22 lat. Kupa czasu, wiele się zmieniło od 1991 roku. W Milanie nie gra już żaden holender, telefony komórkowe nie mają antenek a muzyczna społeczność przeniosła się do internetu, gdzie rozproszona wyczekuje kolejnej wielkiej płyty, wielkiego zespołu. I doczekała się, bo My Bloody Valentine to bez wątpienia legendarny zespół. Pozostaje tylko pytanie czy „M B V” to wielka płyta?

Próbowałem sobie odpowiedź na to pytanie już po pierwszym zapoznaniu się z materiałem w lutym tego roku. Odłożyłem jednak ocenianie tej płyty a co za tym recenzję na później, by nie pisać na gorąco,  przemyśleć wiele spraw i oswoić się z tym co przesłuchałem. Drugim powodem odłożenia recenzji była chęć napisania czegoś innego, niż wszyscy na temat płyty. W internecie dominuje podobny schemat recenzowania „M B V”, to znaczy nikt nie wie od czego tu zacząć. Końcowa ocena jest jednak już wiadoma bez czytania. Minęło kilka miesięcy a ja wciąż jestem w tym samym punkcie. Dlaczego zatem biorę się za My Bloody Valentine? Otóż zespół Kevina Shieldsa będzie w tym roku jedną z gwiazd (jak nie największą gwiazdą) tegorocznej edycji OFF Festivalu. A jak wiadomo tradycją tego bloga jest przybliżanie artystów i ich płyt występujących na festiwalu organizowanym przez Artura Rojka.

mbvOk bez owijania bawełny. Nie będę tutaj wymądrzał się niezliczoną ilością mądrych słówek by zaimponować bezrobotnej klasie hipsterów po studiach europeistyki itd. Nie będę też mówił, że „M B V” to gorące gówno by w mniej wyrafinowany sposób zaimponować tej że samej grupie tyle, że po kulturoznawstwie i socjologii. Miałem nie mały problem z tą płytą, jak ją do cholery ocenić? Niby zespół gra to co zwykle, ale bez tej magii, która powstała na „Loveless”. Niby genialnie, ale jednak to nie jest to. Niby dziewiątkowy krążek, ale jakbym wystawił piąteczkę to czy ktoś by się pogniewał? Raczej starałem się znaleźć złoty środek tak jak zrobił to Shields idąc na kompromis przy nagrywaniu nowego materiału. Nie rozdzielałbym jednak natomiast „M B V” na jakiekolwiek części, ćwiartki itd. Fakt, że pomimo tego, że „Only Tomorrow” oparty jest na kapitalnej gitarze to album generalnie lepiej się kończy aniżeli zaczyna. Mimo to jest to jakaś pewna całość, którą dla mnie osobiście ciężko jakoś dzielić i porównywać.

Nacisk na detale w piosenkach to był dobry krok. Generalnie podoba mi się to co zaprezentowało My Bloody Valentine po 22 latach przerwy, szkoda tylko ,ze kazali na siebie tak długo czekać. Nie jestem pewien czy ten spory okres czasu pomógł nagrać płytę lepszą czy gorszą. W moim przypadku jak i pewnie znacznej części słuchacza nie udzieliła się tęsknota za następna płytą MBV, gdyż gdy „Loveless” miało swoją premierę miałem zaledwie dwa lata i nie rozumiałem co to shoegaze. Ten album po prostu funkcjonował gdzieś w podświadomości jako jedno najwybitniejszych dzieł muzycznych w ogóle. A o następcy od czasu do czasu dużo się mówiło. Generalnie jednak cieszę się, że zespół zdecydował się po tak długiej przerwie nagrać ” M B V” bo to dobra płyta, która jest czymś w rodzaju mocno udanego sequela. Ocena: 8/10.