Z chaosu w stronę światła. Recenzja płyty „Violins” Blondshell.

Na początek słów parę o wykonawcy recenzowanej dziś płyty. Blondshell to pseudonim artystyczny Sabriny Teitelbaum, nowojorskiej wokalistki, autorki piosenek i gitarzystki, która dziś jest jedną z ciekawszych postaci amerykańskiego indie rocka. Jej droga do tego miejsca jest o tyle interesująca, że Blondshell nie było jej pierwszym podejściem do muzyki — było raczej próbą odnalezienia własnego głosu po okresie poszukiwań i podporządkowywania się oczekiwaniom innych. Zanim stała się Blondshell, Teitelbaum występowała jako BAUM. Był to projekt znacznie bliższy współczesnemu popowi i elektronice. Zdobyła nawet całkiem sporą popularność – jej muzyka trafiała do dużej liczby słuchaczy, a utwór „F—boy” przekroczył dwa miliony odtworzeń. Problem polegał na tym, że nie czuła, że ta muzyka rzeczywiście ją reprezentuje.

Przełomem okazała się pandemia. Izolacja sprawiła, że Teitelbaum wróciła do słuchania muzyki, którą kochała jako nastolatka, przede wszystkim gitarowego rocka. Zaczęła pisać bez zastanawiania się, czy ktoś będzie chciał tego słuchać. Jak sama później mówiła, właśnie wtedy pojawiła się możliwość tworzenia muzyki dla siebie, a nie według wyobrażeń o tym, czego oczekuje publiczność. I tak narodziła się Blondshell. W 2023 roku ukazał się debiutancki album „Blondshell„. Płyta przyniosła jej rozgłos przede wszystkim dzięki temu, że połączyła estetykę alternatywnego rocka lat 90. z bardzo współczesnym, bezpośrednim sposobem pisania o seksie, uzależnieniach, relacjach i własnej psychice. Dwa lata później pojawił się jej drugi krążek pt. „If You Asked for a Picture„. Głównym tematem tego dzieła była próba zrozumienia skąd się wziął chaos w jej życiu.

I w tym miejscu pojawia się najnowsze dzieło Pani Teitelbaum. Album „Violins” ukazał się parę dni temu. Najnowsza propozycja od artystki to ponownie duże, wyraziste partie gitarowe, narastające aranżacje i mocne melodie. Jednocześnie album nie jest wyłącznie gitarową ścianą dźwięku – obok rockowej energii pojawia się sporo przestrzeni i bardziej subtelnych momentów. Gatunkowo zahacza o grunge, alt-pop oraz indie rock. Płyta wydaje się być bardziej rozbudowana i przestrzenna. Wśród muzycznych inspiracji można się doszukać takich nazw jak Gang of Four, The Go-Betweens czy też Pavement. Bardzo trzeba się postarać, żeby nie wyczuć na „Violins” ducha lat 90. A ten mocno gitarowy klimat tej dekady bardzo przypadł mi do gustu.

Zapytacie o czym jest ten krążek? Już śpieszę odpowiedzieć. „Violins” to płyta, która nie próbuje już zamieniać bólu w spektakl. Teitelbaum nadal śpiewa o rzeczach trudnych, ale zamiast rozpamiętywać przeszłość, próbuje nauczyć się żyć w świecie, który pozostaje jednocześnie brutalny i piękny. W porównaniu z wcześniejszymi albumami Teitelbaum jej pisanie stało się mniej pamiętnikarskie, a bardziej przypomina swobodną, konwersacyjną poezję. Nowa płyta zajmuje się m.in.: próbą odnalezienia piękna w świecie pełnym przemocy, trudnymi przyjaźniami, relacją z własnym ciałem, kobiecością i mizoginią, duchowością, procesem zdrowienia oraz dorastaniem. Czuć, że artystka stara się odciąć od demonów przeszłości i nauczyć żyć od nowa. W tym miejscu warto także wspomnieć o samym głosie artystki, który jest jednym z najważniejszych elementów charakterystycznych Blondshell. Teitelbaum nie próbuje być wokalistką perfekcyjną technicznie. Jej śpiew często brzmi momentami niemal niedbale oraz szorstko. Ta niedoskonałość jest częścią estetyki. Co ciekawe, sama artystka mówiła o coraz większej akceptacji własnego głosu i niedoskonałości występów – jako elemencie artystycznej wolności.

Czy „Violins” jest kolejnym krokiem w rozwoju Blondshell, czy już momentem, w którym Teitelbaum znajduje własny, w pełni dojrzały język? Trudno orzec. Z pewnością jest to album warty uwagi i jedna z mocniejszych pozycji wśród kobiecego indie rocka, który pojawił się w ostatnich latach. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.