Purity Ring – Shrines

PURITY-RING-SHRINESDługo zabierałem się za recenzję tej płyty.

Niektórzy na mieście mówią, że to najlepszy album tego roku. Być może. Lecz nie dla mnie, słuchałem w tym roku o wiele lepsze płyty. Oczywiście nie wiele można zarzucić kanadyjskiemu duetowi. Na robieniu muzyki się znają a na miano debiut roku w pełni zasługują. Czym sobie zasłużyli? Przede wszystkim doborem kapitalnych sampli, które złożone w całość dały fajny rezultat. Czuć tutaj sporo murzyńskiego rapu w podkładach, to z pewnością plus. Poza tym do tej wybuchowej mieszanki dołączono melodie synth-popowe. Wisienką na torcie jest natomiast wokal Megane James, który jak ktoś słusznie zauważył jest słodki, ale nie przesłodzony.

Nie jest to album piosenkowy, żaden utwór zbytnio nie wyróżnia się od pozostałych. Nadrabiają jednak równością całego materiału. Generalnie brzmi to bardzo fajnie, jednak z czasem „Shrines” zaczyna okropnie nużyć. Hype, który towarzyszy temu krążkowi jest całkowicie usprawiedliwiony i uzasadniony. Popieram i sam na koniec recenzji przyznam dobrą ocenę. Jednak musze też zaznaczyć, że tak na prawdę nie ma nad czym się tutaj rozpływać. Owszem szybujmy w powietrzu, ale do liźnięcia nieba jeszcze trochę brakuje. Może następnym razem? Jeżeli nie zostały wyczerpane wszystkie pomysły na „Shrines” to czekam na ciąg dalszy, który być może będzie strzałem w dziesiątkę. Póki co 8/10.

Raime – Quarter Turns Over A Living Line

Raime-Quarter-Turns-Over-a-Living-LineJeżeli jesteście fanami seriali typu American Horror Story czy też The Walking Dead, w wolnych chwilach gracie gry typu Silent Hill a do kina chodzicie wyłącznie na produkcje pokroju „Sinister” to jest to płyta dla Was!

Oczywiście przesadzam w tym momencie i w okropny sposób szufladkuje, ale coś jest na rzeczy. Pytacie dlaczego? Otóż muzyka londyńskiego duetu Raime, tworzonego przez Joe Armstrong’a oraz Toma Halstead’a jest niczym soundtrack najstraszniejszego horroru waszego życia. I nie mam namyśli tego, że płyta jest strasznie słaba. Jest zupełnie odwrotnie. Jest strasznie dobra, jest mroczna, klimatyczna, niepokojąca, duszna, momentami dziwna, momentami zdumiewająca. Dark ambient w najlepszym wydaniu. Grupie Raime udało w dobry sposób zadebiutować i zaistnieć w świecie pokręconego dubstepu i mrocznego ambientu.

Początek płyty jest mocno filmowy. „Passed Over Trail” brzmi jak ścieżka dźwiękowa do jednego z tych zakręconych filmów Davida Lyncha. Miałem nieodparte wrażenie, że już gdzieś to słyszałem w którymś z filmów mistrza surrealizmu. Ta płyta jest równie surrealistyczna jak obrazy twórcy „Mullholand Drive” czy też „Wild At Heart”. W kolejnych kompozycjach nie opuszcza nas poczucie minimalizmu zawartego na tej płycie.

Początkowo nie potrafiłem się przekonać do tego krążka. Szybko jednak zrozumiałem gdzie popełniłem błąd. Ten album potrzebuje klimatu, odpowiedniego nastroju. Nie będzie na nas działał tak samo podczas porannych przysiadów jak podczas nocnego, ciemnego i spokojnego obcowania z „Quarter Turns Over A Living Line”. Podczas nocnej aury wpływa na nas niczym jakiś narkotyk. Uwaga, to płyta wyłącznie dla osób otwartych na nowe brzmienia. Ocena: 8/10.

P.S.

Rewelacyjna okładka!

Twin Shadow – Confess

confess twin shadowFala pozytywnych ocen nowej płyty Twin Shadow’a zalała internet i prasę kilka miesięcy temu. Modnie się spóźniam i również dorzucam swoje trzy grosze.

Szczerze powiedziawszy to żadna z tych recenzji nie przekonała mnie zbyt mocno do przesłuchania „Confess”. W którymś z numerów Polityki czy też Newsweeka przeczytałem w trzy-zdaniowej notce na temat albumu Twin Shadow’a o ciekawych utworach. Natomiast każda jedna recenzja serwisów i blogów muzycznych skupiała się na wszelkich nawiązaniach do lat 80. Aha, pewnie jakieś średniej jakości pitu, pitu dobre na zapełnienie czasu między obiadem a podwieczorkiem – pomyślałem.

Być może za dużo myślę, ale chce pisać o „Confess” Twin Shadowa a nie o sobie. Otóż nie, ta płyta taka nie jest jak „pomyślałem sobie”. Faktycznie są tu ciekawe utwory, brawa za przenikliwość recenzji zawartych w tygodnikach polityczno-społecznych. I faktycznie sporo tutaj lat ’80. Twin Shadow nagrał album melodyjny, równy, osobisty, na swój sposób przebojowy i czarujący. Już otwierające całość „Golden Light” ukazuje w pełni potencjał tego albumu. Synth-popowe brzmienie, mocny refren, zapadające w pamięć „Some People Say It’s Golden Light”, fajne gitarowe wstawki. Udany opener.

Kolejny utwór za sprawą jazgotliwej gitary brzmi bardziej rockowo i brudno, ale tylko na początku. W refrenie pojawiają się syntezatory, a gitara brzmi bardziej reggae’owo. Apropos syntezatorów. Cały album oparty jest na ich brzmieniu, ale w dopiero „Five Seconds” w pełni czarują. Pozytywną cechą tej płyty jest mnoga ilość hooków, którą nam serwuje Twin Shadow. Pod tym względem wyróżniające wydają się być takie kawałki jak „Patient” oraz „When The Movie’s Over”, który prawdopodobnie jest najlepszym utworem na „Confess”.

Na koniec parę słów na temat samego Twin Shadow’a. Nasz Georgie w dobry sposób uzupełnia wokalnie „Confess”. Nie gra może pierwszych skrzypiec, ale ma jakiś swój dźwięk. Zadanie spełnione, płyta fajna i kompletna. Nie chce mi się czepiać paru szczegółów, lekką ręką daje 8/10.

twin-shadow

P.S. Dobrze zmienił image. Portert czarnego Rumuna mu nie pasował.