Pissed Jeans – Honeys

honeys pissed jeansPowrót obsikanych jeansów.

„Honeys” to nie mokry sen, to trzeci longplay grupy z Allentown. Zespół dobrze znany wam za pewne za sprawą zeszłorocznego występu na Offie trzyma wciąż poziom. Nowy materiał jest energiczny, hałaśliwy, jazgotliwy i trafny. Amerykanie wykorzystują sprawdzone środki jakby jeszcze bardziej. Słuchając ich wcześniejszych płyt przyzwyczaiłem się do ich ciężkiego klimatu. Na „Honeys” nie jest inaczej. Już otwierający całość „Bathroom Laughter” daje się poznać jako idealny soundtrack do palenia opon na ulicy. „Chain Worker” natomiast potwierdza moją wcześniejsza tezę na temat „ciężkości” tego materiału. Rozciągnięta, toporna, jazgotliwa gitara ciągnie się niczym stary, zepsuty autobus, którego nie można wyprzedzić. Nie wiele tutaj melodyjności, no może poza „Cafeteria Food”, który jest najbardziej radiowym utworem na „Honeys”.

Trudno nie docenić tej płyty. To kawał dobrej muzy nie tylko dla fanów punkowej rewolucji i wszelkiej maści hardkorów. Muzycy z Pissed Jeans to równe chłopaki z dużym dystansem do siebie i ironicznym sposobem bycia. Również nie lubią hemoglobiny, ale mistyfikacja to jest to z czym się utożsamiają. Żadna inna nazwa do nich by nie pasowała tak dobrze jak obsikane dżinsy. Geneza nazwy: Brudne rękawki byłoby zbyt lajtowe, natomiast obsrane majty zbyt brudne. Obsikane dżinsy są zatem jak najbardziej ok .

Jedynym, ale za to głównym minusem tego materiału jest jego wtórność. Muzycy nie podają nam niczego, czego byśmy wcześniej nie słyszeli. Na razie formuła grania krótkich, topornych i mocnych utworów się sprawdza. Jednak z czasem może przestać nas to bawić, tak też jest z tą płytą. Pierwsze odsłuchania są przyjemne, jednak wątpię by ktokolwiek z przyjemnością wracał do tego albumu po latach. Ocena: 6/10.

Patrick The Pan – Something of an End

Patrick The Pan - okładkaNa początek przyznam się, że jestem wiernym czytelnikiem head phones porno. Wiernym – gdyż mimo, że przez cały poprzedni rok pojawiły się tylko dwie notki (jedna w styczniu, a druga w sylwestra) to przynajmniej raz na dwa tygodnie zaglądałem tam z nadzieję na coś nowego. Przez długi czas widniała lista ulubionych albumów z 2011, aż do 31 grudnia. Wtedy dowiedziałem się, dlaczego blog został porzucony. Otóż Szadi (Piotr Madej) nagrał w swoim mieszkaniu płytę pod szyldem Patrick The Pan.

Brzmienie ów albumu zatytułowanego „Something of an End” nie było dla mnie większym zaskoczenie, gdyż wiedziałem jaką muzyką pasjonuje się 24-letni krakowianin. Zaskoczeniem jednak był fakt, że album ten jest wyjątkowo dobry na tle innych, podobnych projektów muzycznych. Piotr Madej nie popełnił standardowych błędów wielu młodych artystów/kapel, które często przesyłają mi swoje wypociny w nadziei na jakąś wzmiankę. Przykładowo liczne grono zespołów nawet fajnie zaczyna, ale im dłużej ich słuchamy to tym bardziej mamy ich dość. Przynudzają, smęcą, grają cały czas to samo i przekraczają cienką granice kiczowatości. Na „Something of an End” jest zupełnie inaczej. Im dłużej słuchamy tego krążka to tym bardziej jest ciekawie.

Zaskakujące jest również to, że cały album od początku do końca został stworzony w mieszkaniu Piotra. Płytę nagrał i wydał sam. Sam też ją sprzedaje (szczegóły tutaj). I zrobił to tak, że zupełnie nie słychać różnicy a w ruch poszedł zwykły mikrofon do Skype’a! Oczywiście natręt powie, że przy obecnej technice to nic takiego nagrać płytę w domu. Zgadza się, ale by taka płyta była dobra, trzeba mieć jednak talent. Piotr Madej taki talent posiada.

Poza talentem posiada również ciekawe pomysły i jeszcze ciekawsze inspiracje. „Something of an End” jest rozliczeniem z przeszłością młodego krakowianina, słychać tutaj wyraźnie wpływy Sigur Rós, Radiohead, amerykańskiego folku oraz Lenny Valentinto. Sam autor płyty śpiewa momentami jak Artur Rojek a najstarszy na płycie i jedyny zaśpiewany po polsku utwór „Hełm grozy” brzmi jak zagubiona piosenka z „Uwaga Jedzie Tramwaj!”

Ciężko jednoznacznie scharakteryzować tą muzykę. Znajdziemy tutaj wiele gatunków, przykładowo czwarty na płycie „Pov” brzmi jak połączenie Tindersticks z Fleet Foxes, „The Moon and The Crane” po klawiszowej części pierwszej nagle zamienia się w taneczną elektronikę, „Slowly” momentami brzmi jak Radiohead z okresu „Ok Computer”. Natomiast końcówka „Remains” (a zwłaszcza gitara) silnie przypomina nam wcześniej wspomniane Lenny Valentino. Przede wszystkim jednak znajdziemy tutaj sporo dobrej muzy, którą mogę polecić z szczerym sercem. Patrick The Pan ożywiło smętną ostatnimi czasy polską alternatywę. Mam nadzieje, że Piotrek się nie sprzeda nagrywając kolejną płytę (którą już ma w głowie) i zagra kiedyś na Offie (koncerty też mają się odbyć lada moment).  Ocena: 7/10.

Posłuchaj

 

 

Toro Y Moi – Anything in Return

toro-y-moi-anything-in-returnBrzmienie tej płyty nie jest dla mnie zaskoczeniem. Chaz Bundick zawsze oscylował z swoją muzyką w regionach sentymentalnej muzyki tanecznej. Tym razem jednak jest jakby mnie sentymentalnie a bardziej tanecznie. Nie każdemu przypadło to do gustu. Zamiast fachowej, rzetelnej i jednocześnie cholernie nudnej analizy literackiej przedstawie czym jest dla mnie (a w zasadzie z czym mi się kojarzy) „Anything in Return” Toro y Moi w kilku zdjęciowych migawkach.

toroymoinewalbum

Ocena: 7/10