Japandroids – Celebration Rock

Powrót naszych rockowych ulubieńców.

o Japandroids pisałem już jakiś czas temu tutaj. Zachwycony wówczas kompilacją „No singles” namawiałem wszystkich do sprawdzenia tego hałaśliwego duetu prosto z Kanady. No bo jak nie zachwycać się zespołem, który ma na tyle zajebiste b-side’y, że może z nich sformować tak dobrą płytę? Tym razem wracam do tego zespołu, gdyż po trzech latach od debiutu Japandroids wydaje swój drugi album zatytułowany „Celebration Rock„.

Ciężko napisać coś nowego o ich muzyce, gdyż wielkie rewolucji zespół nie przeszedł. Obrali drogę ewolucji. Droga długa i żmudna, ale przynosząca korzyści w późniejszym czasie. Kanadyjczycy nagrywając „Celebration Rock” wykorzystali wszystkie sprawdzone metody, które składały się na sukces „Post-Nothing”. Brzmi to troszkę nudnie, ale uwierzcie, że w przeciwieństwie do ich okładek płyt, muzyka ani przez sekundę nie jest nużąca.

Ta płyta to garage rock w najlepszym wydaniu, jest hałaśliwie, ale i jednocześnie melodyjnie. „Celebration Rock” wydaje się nawet być bardziej melodyjny niż jego poprzednik. Fajny opener „The Nigts of Wine and Roses” przypomina mi troszkę jeden z tych świetnych utworów Les Savy Fav z „Inches”, natomiast „For The Love Of Ivy” zespół nawiązuje do złotej ery punk rocka. Z resztą na każdym utworze chłopaki dają radę. Solidna robota, poprzeczka została podtrzymana.

Na koniec odniosę się jeszcze do samej nazwy albumu. „Celebration Rock”. Nie wydaje wam się, że to idealny album na te mistrzostwa w piłkę kopaną? Ja uważam, że jak najbardziej. Polecam każdemu zapalonemu kibicowi by przesłuchał sobie tą płytkę w przerwie między jednym meczem a tym drugim wieczornym. Ocena: 7/10.

Off’owe propozycje część czwarta

Kolejna część sagi zatytułowanej „Off Festiwal”. Tym razem cofniemy się w czasie do lat 60 i początku lat 90. Hakuna Matata.

Iggy & the Stooges – Raw Power. „Raw Power” to opus magnum twórczości The Stooges. Dla znawców tematu nawet nie trzeba bliżej wyjaśniać dlaczego ten album jest kamieniem milowym dla takich gatunków jak punk, garage rock czy też sam rock. Energia, która została wytworzona na tych ośmiu kawałkach miała ogromny wpływ na to co teraz słyszymy na antenie rockowych stacji. Niejeden wokalista marzy o o tym by być jak charyzmatyczny Iggy Pop –  frontmana The Stooges. Pisząc o tej płycie trzeba uwzględnić sytuację Stanów Zjednoczonych z początku lat 70. Końcówka wojny w Wietnamie, kryzys naftowy itd. Tamtejszy nastrój idealnie odwzorowuje fragment tekstu z „Search and Destroy”: „I am a world’s forgotten boy”. Iggy Pop stworzył punk dla zbuntowanych nastolatków, którzy mieli dość grzecznej muzyki. Mimo, że Iggy ma ze sto lat to z pewnością będzie to ciekawe przeżycie zobaczyć tego farbowanego blondasa bez koszulki. A jak uraczą widownią starszymi piosenkami z „Raw Power” to będzie miodzio.

Posłuchaj

The Wedding Present – Seamonsters. Artur Rojek po raz kolejny oferuje nam koncert z serii „legendarna płyta zagrana od początku do końca”. Taką płytą jest „Seamonsters” zespołu The Wedding Present. Swego czasu pisał o niej wyciu tutaj, nie wiedząc jeszcze, że będzie mieć okazje do wysłuchania tego kapitalnego nagrania na żywo. Ja od siebie dodam tylko moje top 3 najlepszych momentów morskich potworów. Po pierwsze rozpędzające się powoli „Blonde”. Jestem niemal pewien, że takich utworów słuchał w młodości Matt Bellamy z Muse zanim chwycił gitarę i napisał  (albo podkradł) Plug in Baby. Piję w tym momencie do rewelacyjnej gitary. Po drugie noisowe zakończenie „Corduroy„, które spokojnie mogłoby się znaleźć na legendarnym „Source Tags & Codes„. Po trzecie genialna perkusja w „Octopussy”.

posłuchaj

Gówno – Czarne Rodeo

Po przesłuchaniu tej płyty na pytanie: „czego słuchasz?” śmiało możecie odpowiedzieć… „gówna”.

O zespole Gówno pisał już na łamach bloga Kuba z The Kurws jakiś czas temu. Jednak od tamtego czasu parę rzeczy się zmieniło. Zespół wydał debiutancką płytę (o niej mowa), automat perkusyjny zamienił na żywą perkusje a określenie punko-polo, które co prawda miało swój niepowtarzalny klimat, niestety się zdezaktualizowało.

Pamiętam doskonale czasy liceum, kiedy nie istniały jeszcze żadne portale społecznościowe (poza fotką.pl) a dużą popularnością cieszyły się różnorakie chaty oraz zapomniany komunikator gadu-gadu. Otóż najmilej w tym wszystkim wspominam tak zwane wyścigi na „fajne opisy”. W tym czasie najwięcej ironii i jadu miały urywki z tekstów Cool Kids of Death, ale jeżeli ktoś błysnął Ścianką albo czymś zagranicznym to respekt także szedł w górę. Dlaczego o tym mówię? Bo słuchając „Czarne Rodeo” dostrzegam świetny materiał na kopiuj -> wklej do ramki z opisem.

Ironia, poczucie humoru przeplatane złością dały nadzwyczajny efekt. Mimo, że nigdy nie byłem fanem brudnego, gówniarskiego punku to ta płyta jest na prawdę dobra. Tak jak pisał Kuba, czuć tutaj tą zimną falę. Poza tym do głosu dochodzi pokolenie skazane na śmieciowe umowy oraz rozrywkę w postaci polskich seriali. Mięsny jeż przechylił szalę. Tego było już po prostu za dużo. Gówno dobrze punktuje wszelkie społeczne dziury. Pojawia się diss na szkolnictwo, Unie Europejską, politykę (wklejenie w „4 Dolary” jednego z „orędzi” Tuska jest bardzo wymowne) i samych polityków, którzy zostali dość trafnie nazwani w utworze „Kwiecień”.

Duży plus za brzmienie, jest ostro, gitarowo, punkowo oraz różnorodnie. Brawa należą się za countrowy wstęp do „Na zachodzie bez zmian”, za śmieciarkę w „13”, której samo brzmienie idealnie odwzorowuje nastroje młodego pokolenia, no i za zabawną punkowa balladę „Przepraszam”, która kończy płytę i jest równoznaczna z pokazaniem gołej pupy.

Mimo, że ten młody zespół ma totalnie nie radiową nazwę, którą jedni będą odbierać jako minus a inni jako plus to udało się im nagrać dobry materiał na płytę, która polecam każdemu sfrustrowanemu obywatelowi tego państwa. Ocena: 7/10.

Posłuchaj