Prometheus / Prometeusz

Ridley Scott – reżyser takich filmów jak „Helikopter w Ogniu”, „Gladiator”, „Łowca Androidów” czy też „Hannibal” wraca do swoich początków i nawiązuje do swojego najlepszego filmu „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo”.

Gdy tylko się dowiedziałem o tym, że kolejną częścią sagi o Alienie ma być prequel nawiązujący do wydarzeń z pierwszej części Obcego z zadowolenia zacierałem ręce. Z czasem jednak projekt ten upadł a Ridley Scott postanowił stworzyć film science-fiction, który w delikatny sposób nawiązuje do filmów o kosmicznym potworze. Jednym słowem to nie jest kolejny film o Obcym. I dobrze!

Mimo, że na taki film czekałem to cieszę się, że mogłem zobaczyć coś innego. Ridley Scott zaserwował mi obraz pełen ważnych, fundamentalnych pytań. Skąd pochodzimy? Czy obca kosmiczna rasa stworzyła ludzi? Jeżeli tak to dlaczego? Te i inne pytania przewijają się przez blisko dwie godziny seansu „Prometeusza”. Fabuła filmu skupia się na wyprawie statku „Prometeusz”, która ląduje na odległej planecie LV-223. Celem załogi jest dotarcie do „inżynierów”. W nienaturalnie wyglądającej jaskini przechadzają się przez sieć tuneli. Po szczegółowej penetracji odnajdują jedynie zwłoki inżynierów oraz dziwną, czarną maź, która z biegiem czasu jest coraz bardziej aktywna. Nieświadomie ich obecność wywołała szereg wydarzeń.

Przeglądając opinie w sieci możemy odnaleźć multum malkontenckich narzekań na braki logiczne w filmie. Jednak na dobrą sprawę, każdy film posiada wiele nielogicznych rozwiązań fabularnych, nawet filmy postrzegane jako arcydzieła kina. Dlatego nie postrzegałbym tego za minus, jeżeli wszystko inne gra. A tutaj gra! Świetna praca kamer Pana Wolskiego, jest napięcie, film nie nudzi, rewelacyjne efekty specjalne, gra aktorska na solidnym poziomie. Świetnie ze swojej roli wywiązał się Michael Fassbender (filmowy robot David), który de facto grał już wcześniej (sex)maszynę w filmie „Wstyd”. Brak tutaj głupich, amerykańskich dialogów, które zastąpione są fajnymi cytatami z klasyka kina. Jedyny minus dostrzegam jedynie w sposobie dystrybucji, mianowicie nie przepadam za 3D, ale to temat już na inną rozprawkę.

Po seansie byłem zadowolony z tego co zobaczyłem. To kolejny, ważny film Ridleya Scotta, który koniecznie trzeba zobaczyć. Ma wymiar nie tylko stricte rozrywkowy, ale i egzystencjalny. W pewien sposób zmusza do refleksji, już pierwsza scena filmu daję wiele do myślenia i zapada głęboko w pamięć. Natomiast dobrą wiadomością dla fanów „Obcego” jest to, że w ostatniej scenie pojawia się furtka do kolejnej części, gdzie zapewne będzie nam dane bliżej się przyjrzeć Ksenomorfom. To był na prawdę dobry i ciekawy film. Ocena: 8/10.

David Lynch – Crazy Clown Time

Nasz ulubiony reżyser, twórca takich filmów jak „Blue Velvet”, „Mullholland Drive” czy też „Indland Empire” bierze się na poważnie za robienie muzyki.

Wcześniejsze doświadczenia muzyczne Pana Lyncha odnoszą się wyłącznie do tworzenia soundtracków do własnych filmów w współpracy z Angelo Badalamentim oraz wydania kompilacji „Polish Night Music” stworzonej przy pomocy Marka Zebrowskiego. Co tym razem wymyślił rewelacyjny reżyser?

Otóż mistrz klaustrofobicznych ujęć wymyślił sobie (a może wyśnił?) nagrania z muzyką taneczną. Utwory na „Crazy Clown Time”  nie są typowymi utworami pop, które odnalazłby się na byle prywatce. Gdyż jest to muzyka mroczna, psychodeliczna i nadająca się świetnie do leśnych barów żywcem wyjętych z „Twin Peaks: Fire Walk With Me”. Klimat, który został tutaj wytworzony dzięki tajemniczym wokalom i gdzieniegdzie wtrącającej się gitary można porównać do barowych powitań wstającego słońca. Jednym słowem muzyka idealna na powrót do domu po dłuuuugim wieczorze.

Słuchając tej płyty ma się wrażenie jakby po raz kolejny David Lynch chciałby zgłębić tajniki ludzkiej psychiki. Oczywiście w sposób obrazowy, czyli tworzenie filmów wychodzi mu to znakomicie. Z muzyką jest jednak tak, że Ameryki nie odkrywa. Nawet Karen O z Yeah Yeah Yeahs znajduje się na tej płycie jedynie ze względów marketingowych. Mianowicie chodzi mi o to, że gdyby nie nazwisko Lynch na okładce to ta płyta nigdy by nie zaistniała na taką skalę.

Jednak trzeba oddać artyście to, że jest wszechstronny, niemalże renesansowy. I co więcej to co robi, robi dobrze. Bo „Crazy Clown Time” to płyta dobra, ale nie zapadająca w pamięć tak jak ujęcia z filmów  „Lost Higway” czy też „Wild At Heart”. Dlatego tylko 6/10.

Off’owe propozycje część szósta

Powoli rozpoczyna się ostateczne odliczanie. Już za kilkanaście dni wystartuje kolejna edycja najlepszego alternatywnego festiwalu w kraju nad Wisłą. Co warto sprawdzić? Szósta część mojego przewodnika tym razem poleca legendę indie rocka Stephena Malkmusa oraz brytyjski zespół Death in Vegas.

Stephen Malkmus and The Jicks – Mirror Traffic (2011). Stephen Malkmus to nazwisko, które ceni każdy fan dobrej muzyki. Tego legendarnego muzyka znamy przede wszystkim dzięki grupie Pavement, która uważana jest do tej pory za pionierską w dziedzinie alternatywnego rocka. Lata 90 to Stephen Malkmus i jego zespół, ale przecież mamy już rok 2012.Nasuwa się zatem pytanie: co może obecnie zaserwować nam ten artysta? Otóż po rozpadzie Pavement amerykański muzyk nagrywał wraz ze zespołem The Jicks. „Mirror Traffic” to piąta płyta wydana przez Malkmusa wraz z The Jicks. Po kilkukrotnym przesłuchaniu tego albumu nasuwają się dwie myśli. Po pierwsze słychać tutaj zgrabną rękę Malkmusa, który potrafi pisać fajne, gitarowe piosenki. To zdecydowanie plus. Jednak druga myśl podpowiada mi napisanie w tym miejscu słowa: „wtórność”. To już wszystko było, słyszeliśmy to na takich albumach jak: „Slanted and Enchanted”, „Croocked Rain, Crooked Rain” czy też „Wowee Zowee”. Nic nowego się raczej nie wkrada w te utwory. Pomimo to nie można odmówić tym piosenkom uroku i pewnego rodzaju zgrabności. Łatwo to się łyka, ale jeszcze łatwiej zapomina. Jest sympatycznie, na koncercie również tak powinno być.

Death in Vegas – Scorpio Rising (2003). Death Vegas to także wyjadacze. Zespół istnieje od 1994 roku i w tym czasie zdążył wydać kilka dobrych albumów. Najlepszy wydaje się być ten z 2003 roku zatytułowany: „Scorpio Rising”. Dużym atutem tego albumu jest różnorodność. Te piosenki nagrane w rożnych konwencjach i stylach zaskakują. Pierwsze utwory zagrane instrumentalnie wprowadzają nas w transowy „Hands Around My Throat”. Tytułowy „Scoprio Rising” przypomina nam najlepsze lata britrocka w wykonaniu Oasis, akustyczny „Killing Smile” nawiązuje do tego co najlepsze w hipsterskim folku a kolejny w kolejności „Natja” to zabawa z elektroniką. Ciekawy jest przypadek „So You Say You Lost Your Baby”, który próbuje zmierzyć się z typowym amerykańskim podejściem to rockowej piosenki. I co najlepsze wygrywa to starcie. Całość kończy ponad 10-minutowe, beatlesowskie „Help Yourself”. Na prawdę fajnie się słucha tej płyty. Jeżeli na koncercie zespół zaserwuje nam tak zróżnicowany set to wszyscy przynajmniej po trochu będą zadowoleni.