Violens – True

Tylko prawdziwy malkontent powie, że w tym roku brakuje dobrych płyt. Grupa Violens udowadnia, że jest inaczej wydając trzeci album, który okazuje się najlepszym ich dziełem w dorobku.

„True” to zdecydowanie jedna z lepszych płyt jakie dane było mi słuchać w tym roku. Zapoznałem się z nią już parę tygodni temu, ale by o niej cokolwiek sensownego napisać musiałem sobie wyrobić zdanie notorycznie słuchając cały album od „Totally True” do wieńczącego dzieło „So Hard To See”.

Już pojawiające się w sieci single zapowiadały bardzo ciekawy album. I nie było żadnej przykrej niespodzianki, gdy przesłuchałem całość. „True” to bardzo miły w odbiorze, lekki, troszkę smętny, troszkę radosny album oparty o fajne gitarowe brzdąkanie. Dzięki specyficznemu wokalowi Jorge’a Elbrechta i Iddo Arada całość ma niepowtarzalny klimat zamglonej, tajemniczej wyspy, którą można odkrywać codziennie na nowo. Dobrze powie ten, kto uważa, że to fajny album na lato, ale nie będzie w błędzie także osoba, która będzie zakochiwać się w tych utworach podczas jesiennych, deszczowych wieczorów.

Poza typowo indie-popowymi balladami mamy tutaj także do czynienia z bardziej energicznymi utworami takimi jak: „All Night Low”, gdzie Vilolens pokazuje wyjątkowo ostrego pazura wprowadzając troszkę punkowej rebelii. Podczas odsłuchiwania „True” nuda nas nie dopadnie, w pełni gwarantuje. Oj czuje, że dzięki takim utworom jak „When to Let Go”, „Unfolding Black Wings” czy też „Sariza Spring” będzie pierwsza dziesiątka roku 2012. Ocena: 9/10. A jak by, że inaczej?

Off’owe propozycje część piąta

Wszystkie karty rozdane, znamy cały zestaw artystów tegorocznego Off Festiwalu. W piątym już odcinku off’owych propozycji pragnę przedstawić dwóch szczególnych wykonawców.

MF DOOM – Operation Doomsday. Pisałem wcześniej, że mocno liczę na scenę hip-hopową tegorocznego Offa? Tak, tak pisałem przy okazji drugiego odcinka. Niestety odwołany został występ Das Rascist (zasmuciłem się), ale na szczęście będziemy mieli okazję zobaczyć legendę undergroundowego rapu – MF DOOM. Ten czarnoskóry i zamaskowany raper jest ulubieńcem każdego fana porządnego hip-hopu (i nie tylko!). Zasłyną głównie z błyskotliwych nawijek, dobrego flow oraz wielu, wielu, wielu nawiązań w swoich nieprzeciętnych utworach. Z tym wszystkim możemy się zetknąć na albumie „Operation Doomsday” z 1999 roku. To pierwszy album DOOM’a. Obecnie uznawany jest za klasyk gatunku i mimo, że za opus magnum tego artysty uznaje się inną płytę („Madvillainy”) to dla mnie osobiście fajnie byłoby usłyszeć parę kapitalnych utworów z tej płyty na offowym koncercie. No bo jak nie docenić genialnego „The Finest”, „Doomsday” czy też „Dead Bent”? Nie da się. A teraz apel do wszystkich hip-hopowców. W tym roku zapomnijcie o złotych łańcuchach, przyszykujcie oryginalne maski!

Chromatics – Night Drive. Parę tygodni temu zachwycałem się nad nową płytą Chromatics „Kill For Love”, jednak tak na prawdę „Night Drive” z 2007 roku jest o wiele, wiele lepszym i ciekawszym albumem. Po pierwsze nie jest tak nie równy, po drugie nie ma tutaj dłużyzn, wszystko jest dopracowane no i po trzecie znajdziemy tutaj „Running Up To The Hill”, czyli chyba najlepszy ich utwór EVER. Oczywiście „Night Drive” nie nazwiemy płytą jednej piosenki, gdyż opcja zagrania na koncercie TYLKO piosenek z tego albumu byłaby nawet całkiem niezłym pomysłem. Pomijając kwestie koncertowe, wrócę jeszcze do samego albumu. Ta płyta idealnie odnajduje się jako soundtrack do nocnej jazdy samochodem. Nie nakierowała mnie na to nazwa (która jest tak oczywista, że aż tajemnicza) a sama muzyka. Troszkę transu, troszkę klimatycznego basu no i ten wokal (podobno live nie brzmi za dobrze, ale co tam) to podstawowe elementy składowe tej płyty. Czekamy na koncert!

Regina Spektor – What We Saw From The Cheap Seats

Trochę popu w oczekiwaniu na ćwierćfinały.

Tak, faza grupowa Euro 2012 już za nami. W dniu wolnym od pojedynków europejskich gigantów warto posłuchać troszkę niezobowiązującego popu.

Regina Spektor idealnie może w tym momencie się odnaleźć. Mimo, że jej nowa płyta dupy nie urywa to została okrzyknięta najlepszym dotychczasowym albumem w dość bogatej kolekcji. „What We Saw From The Cheap Seats” to album cholernie nie równy i momentami nudny. Jednak warto posłuchać jej dla tych kilku na prawdę ciekawych i fajnych utworów. Mam tutaj na myśli szczególnie pierwszą część krążka. Początkowe utwory takie jak: „Don’t Leave Me (Ne Me Quitte Pas)”, „Patron Saint” czy „Oh Marcello” to pop z kategorii umilającej podróż do pracy z rana. Jednak im dalej idąc w las to tym ciemniej i nudniej. Całe szczęście nie muszę chodzić daleko do pracy, a co za tym idzie nigdy nie dobrnąłem do końcowej części płyty. A gdy już ją słuchałem to się dołowałem. Jest smętnie, nijako i nawet fajny głos Reginy nie rekompensuje mi czasu poświęconego dla tych paru piosenek.

Dlatego też ocena końcowa nie może być siła rzeczy wysoka a co najmniej przeciętna. Osobiście wiele bym zmienił na tej płycie. Zabrakło tutaj power popowych singli, które pozamiatałyby. Zamiast tego zaserwowano nam parę smętnych, szarych ballad z mało ciekawym tekstem. Wokalista o rosyjskim pochodzeniu ma dość spory potencjał, który słychać w bardzo przyjemnej dla ucha barwie głosu. Szkoda, że nie został do końca wykorzystany. Ocena: 5/10. Sprawdźcie tych parę piosenek o których wyżej wspominałem.