Lana Del Rey – Born To Die

Rok 2011 został już oficjalnie zamknięty. Czas by przejść do roku 2012, który przyniósł nam już pierwsze, ciekawe propozycje muzyczne. Oto pierwsza i zdecydowanie najlepsza płyta jaką usłyszałem w nowym roku.

Lana Del Rey, czyli Elizabeth Grant w świecie muzyki po raz pierwszy zaistniała dwa lata temu, gdy jako Lizzy Grant wydała EP-kę „Kill Kill”. Na początku tego roku już jako Lana Del Rey wydała rewelacyjną EP-kę „Lana Del Rey”, która była pewnego rodzaju zapowiedzią pełnego albumu „Born To Die”, który pojawił się oficjalnie 20 dni później.

Początek krążka stanowią cztery dobrze znane nam piosenki z EP-ki „Lana Del Rey”, ułożone w innej kolejności. Początek jest na prawdę mocny. Tytułowe „Born To Die” wprowadza nas w magiczny świat Pani Grant. Kolejne „Off to the Races” chyba najbardziej mnie oczarowało. Powód? Wsłuchajcie się jak głos młodej wokalistki zmienia barwy, jak czaruje. Jestem zachwycony. Nie mniej fascynuje mnie jej głos na innych trackach. „Video Games” oraz „Diet Mtn Dew” również jest świetnym popisem jej umiejętności. Wydawać się, że reszta piosenek to zapchajdziury. Zdecydowanie tak nie jest. Wysoki poziom został zachowany do ostatniego „Lucky Ones”. Co poza świetnym głosem Pani Grant mnie zachwyciło najbardziej? Warstwa muzyczna, dużo patosu, dużo klawiszy jak i innych, różnych, fajnych zabiegów. Warstwa liryczna również na poziomie.

Teraz pytanie skąd tak duży hype? Nie mała w tym zasługa jej ojca milionera, który zadbał by o córce usłyszały odpowiednie kręgi. Oczywiście nie przeszkadza mi to ze względu na świetny materiał na płycie. Gorzej by było gdyby bogaty tatuś promował małą zdolną córkę. Lawina krytyki spadła również na młodą piosenkarkę za występ na żywo podczas Saturday Night Live. Ja osobiście jestem przekonany, że to kwestia czasu aż Lana Del Rey „się wyrobi”. Z uwagę będę śledził jej dalszej karierę. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Zaległości z roku pańskiego 2011

Jak zwykle rok jest za krótki by napisać o tym wszystkim co bym chciał. Wiele płyt nie zdążyłem zrecenzować, wiele nie poznałem a niektóre były za słabe by o nich pisać (Nie chce mi się już znęcać nad płyciznami). Tak więc by zamknąć tą kwestię postaram się w paru zdaniach napisać o paru albumach z poprzedniego roku, które należałoby poznać zanim przejdziemy do zasłuchiwania się w nowościach.

The Horrors – Skying. Zespół straszydeł ubrany w zbyt ciasne spodnie po raz kolejny wydał dobry, równy album. Wydaje mi się nawet, że najlepszy jak do tej pory. Podoba mi się droga, którą obrali. Jest bardziej mrocznie, duszno i psychodelicznie . Warstwa muzyczna jest bogata, gitary, klawisze i perkusja zostały wzbogacone o rożne dźwięki trąbek itd. Droga rozwoju jest zdecydowanie lepszym wyborem niż zejście na manowce w poszukiwaniu mamony i poklasku. A pomyśleć, że kiedyś myślałem, że to kolejny angielski indie band z doczepionym The i ‚s  w nazwie. Dodatkowo image zespołu nie jednego zdemobilizował do przesłuchania ich twórczości. Każdy popełnia błędy, jednak nie popełnijcie go Wy. The Horrors to porządny, klimatyczny zespół nagrywający intrygująca muzykę. Warto wsłuchać się w Skying i wyłapywać te wszystkie inspiracje psychodelicznymi zespołami z lat 70. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Wilco – The Whole Love. Niemal legendarne Wilco wróciło w poprzednim roku z dość fajnym, miłym w odbiorze albumem. Już sam opener The Whole Love udowadnia, że będzie dobrze. Początek niczym jak z In Rainbows, później wchodzi nieco popu by wyjść z tego niezłe, ostre, punkowe zakończenie. Po świetnym początku przechodzimy jednak to chleba razowego w wydaniu Wilco. Dalej jest ładnie, przyjemnie, momentami cukierkowo, momentami kwaśnie. Generalnie dobrze się tego słucha. Jednak od zespołów wydających płyty dziejowe zawsze wymaga się troszkę więcej. A to przecież Wilco stoi za „Yankee Foxtrot Hotel”. Na „The Whole Love” nie brakuje spokojnych, akustycznych gitarowych ballad („Black Moon”, „Rising Red Lung”) oraz bardziej energicznych utworów („Born Alone”). Całość wieńczy 12-minutowy „One Sunday Morning (Song For Jane Smiley’s Boyfriend)”. Mimo, że zespół prochu już raczej nie wymyśli to realizuje swój sprawdzony sposób na nagrywanie, równych, dobrych płyt. Ocena: 6/10. Posłuchaj.

James Blake – James Blake. Młody Anglik, który w świecie muzyki debiutował dwa lata temu przy okazji wypuszczenia singla „Air & Lack Thereof” dopiero na początku lutego 2011 zaprezentował się pełnym albumem. Płyta nazwana po prostu „James Blake” łączy w sobie elementy popu wymieszane z elektroniką i dubstepem. Dość minimalistyczne podejście do muzyki oraz pójście śladami Junior Boys w kierunku smutnego popu opłaciło się. Eksperyment o nazwie James Blake wypalił. Blake odrobił lekcje z dyskografii Radiohead, Bon Iver (udzielał się wokalnie na płycie) czy Destroyer bo elementy twórczości tych artystów słychać wyraźnie na tym trwającym 38 minut krążku. Mimo, że nie lubię dręczyć umysłu zbyt depresyjnymi nutami to Jamesa Blake’a słuchałem dość często w ciszy, spokoju, w samotności. Inaczej z tym artystą nie można obcować, tylko podczas późnych pór i gęstej mgły, którą czuć w każdym utworze. Polecam. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Fucked Up – David Comes to Life. Nie tylko David, ale cała ekipa Fucked Up wraca do życia wydając świetny, energiczny album. Co do energii zawartej na płycie to  nie powinno być żadnych zastrzeżeń. Jest to kontynuacja tego co usłyszeliśmy na The „Chemistry of Common Life”. Charyzmatyczny Pink-Eye wydziera się przy dźwiękach indie-punkowych brzmień gitar i niestrudzonej perkusji. Tradycje rozpoczęte przez legendy hardkoru zostały przy życiu w troszkę zmienionej formie. Co odróżnia to granie od innego demonicznego rocka? Fucked Up to nie jest zespół gdzie gra się wszystko na jedno kopyto, to nie jest zwykłe walenie w talerze i szarpanie strun. W tym całym anarchicznym chaosie słychać to „coś”. Mimo, że momentami pojawiają się dłużyzny i 18 piosenek to o dwie za dużo to polecam ten album. Konsekwencja to najważniejsza cecha Kanadyjskiego zespołu. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Łona i Webber – Cztery i Pół. Raper ze Szczecina to ten typ kolesia, który nie nagrywa po prostu rzeczy słabych. Na polskim rynku zdołał się już wyróżnić stabilnością poziomu swoich wydawnictw. Cztery i Pół to również dobry, równy album. Mimo, że daleko mu do wcześniejszych płyt Łony to warto wsłuchać się w nawijkę Zielińskiego do dość topornych bitów Webbera. Tradycyjnie Łona krytykuje różnorakie aspekty życia społecznego a historie, które opowiada nie nudzą a wciągają. Mimo, że wszystko raczej powinno być na półserio to Łona wydaje się być całkiem poważny udzielając uwagę babci by założyła konto bankowe online. Natomiast promujący całość „To Nic Nie Znaczy” jest ciut dla mnie przekombinowany. Na uwagę zasługuje klimatyczny „Nocny Ekspres” oraz „Kaloryfer”. „Nie Ma Nas” brzmi jak tribute dla zeszłorocznego Mesa a „Kończ Te Rozmowę” pokazuje, że mimo tego całego kryzysu jest dalej z czego się pośmiać. Co więcej? Pamiętajcie o urodzinach swojego dziesięć. Ocena: 6/10. Posłuchaj.

Toro Y Moi – Underneath The Pine. Chaz Bundick nie odpuścił i w roku 2011 również wypuścił, świetną płytę. Nie traci pędu a rozpędził sie chłopak dość szybko. Wszyscy trzymają za niego kciuki, słuchacze, redaktorzy niezalowych serwisów itd. Kto się nie zachwycał debiutanckim „Causers Of This”? Chyba wszyscy ogarnięci w temacie. No a chillwave stał się już nie tylko ulubionym gatunkiem muzycznym każdego szanującego się hipstera i entuzjasty muzyki, ale i pewnego rodzaju stanem umysłu. Wracając jednak do Toro Y Moi i drugiego albumu. Lepszy? Gorszy? Ciężko powiedzieć. Na pewno na tym samym, równym poziomie. Bundick nie dał się syndromowi drugiej płyty i poszedł za ciosem. „Underneath The Pine” to fajny, luzacki album. Hipnotyzujące melodię tutaj łączą się z prostotą brzmienia. Tak dobrych motywów nie usłyszymy na żadnej innej płycie, Chaz wydaje się być genialnym umysłem układania układanek. Z kilkunastu elementów potrafi ułożyć rewelacyjny, kolorowy obraz, który potrafi zadziwić. Ocena: 8/10. Posłuchaj.

The Weeknd – Echoes Of Silence

Styczeń to miesiąc nadrabiania zaległości z roku 2011 a także wszelkich podsumowań, które ukażą się tutaj troszkę później. Póki co wróćmy jeszcze do poprzedniego roku, który muzycznie był całkiem niezły.

W dużej mierze dzięki młodziakowi Abelowi Tesfaye (rocznik 1990), który rok 2011 spędził pracowicie. Jego zeszłoroczna trylogia rozpoczęła się w marcu od „House of Balloons”. Debiutancki album był głośno komentowane wśród hipsterskiego narybku i spec portali od niezalu, które zostały oczarowane ostatnim czasem wszystkim co się wiąże z r’n’b. Drugi krążek „Thursday” wypuszczony w okolicach września umknął co poniektórym, natomiast ostatni „Echoes Of Silence”, który będzie omawiany lada moment postawił kropkę nad i.

„Echoes Of Silence” jest z pewnością najlepszy z całej trójki. Warto w tym momencie odnotować, że wszystkie produkcje The Weeknd są wypuszczone w eter bez pomocy jakiejkolwiek wytwórni. To co ten koleś zrobił w 2011 zasługuje na duże brawa. Wydanie tyle materiału w jednym roku, równego, dobrego i co najważniejsze oryginalnego to coś czego nie jeden „artysta” nie zdołał zrobić przez wszystkie lata swojej działalności. Ta wybuchowa mieszanina r’n’b z trip hopem dała całkiem ciekawy i efektowny efekt. A „nowość” i „oryginalność” to słowa klucze w recenzowaniu The Weeknd. Widać, że Abel Tesfaye ma spore zdolności muzyczne i nie brakuje mu polotu przy tym co robi. To, że po wpisaniu jego zdjęcia w wyszukiwarce pojawiają się zdjęcia Drake’a to nie przypadek. Poza tym słychać tutaj pewne inspiracje zeszłorocznym The-Dream. Pozostaje tylko trzymać za niego kciuki by nie podążył drogą innego młodziaka, który też kiedyś nieźle się zapowiadał. Ocena: 8/10.

posłuchaj