Perfume Genius – Put Your Back N 2 It

Powiada się: „Do trzech razy sztuka”. Mike’owi Hadreas’owi wystarczyła ta druga szansa.

Perfume Genius to projekt za którym kryje się Mike Hadreas. W 2010 roku zadebiutował płytą „Learning”, jednak to nie był dobry debiut (Już nazwa wskazuje, że był to dopiero etap nauki). Słuchając jego drugiego, najnowszego krążka ma się wrażenie, że ten genius w nazwie już nie jest taki nad wyrost.

„Put Your Back N 2 It” to bardzo smutna a zarazem dobra płyta. Utwory są krótkie, rzadko kiedy dociągają do 3 minut jednak w tak krótkim czasie przeważnie udaje się uchwycić sedno. Pisze „przeważnie” bo chwilami czułem pewnego rodzaju niedosyt. Niektóre momenty można było pociągnąć jeszcze troszkę dłużej, można je było rozwinąć dalej. Taki właśnie muzyczny niedostatek występuje w utworze „Hood”, który jest single na płycie z dość dziwnym teledyskiem (z gwiazdą filmów porno w roli głównej).

Nie chciałbym przesadzać z zachwytami jednak część kompozycji z „Put Your Back N 2 It” spokojnie można określić mianem epickich. Hadreas wydaje się być mistrzem oraz wirtuozem na małej, ciasnej powierzchni (w tym przypadku jest to krótka i zwięzła płyta). To płyta uboga w dźwięki, perkusja pojawia się spontanicznie, gitara troszkę więcej. Wszystko oparte jest przeważnie na klawiszu i wokalu z tym, że jego głos gra tutaj raczej drugoplanową rolę bo na pierwszym miejscu z pewnością są melodie i brzmienie klawiszów. Na „Put Your Back N 2 It” Jest akustycznie, nastrojowo, melodyjnie, schludnie i po prostu ładnie. Polecam każdemu, czasu nie zmarnujecie. Ocena: 8/10.

Off’owe propozycje część druga

W dzisiejszej części cyklu zapowiadającego artystów tegorocznego Off Festiwalu zwrócę uwagę głównie na jeden gatunek: hip-hop. W tym roku scena trójki będzie poświęcona czarnym rytmom. Muszę przyznać, że mocno ucieszyła mnie ta wiadomość! W poprzednik roku scena hip-hopowa była bardzo, bardzo, bardzo uboga. A apetyty na hip-hopowych artystów po występie Raekwona w 2010 były duże. Poniżej trójka reprezentantów muzyki rapowanej, którą będziemy mieć przyjemnościowy posłuchać w pierwszy weekend sierpnia.

Das Racist – Shut Up, Dude (2010). Mimo, że ich kariera rozpoczęła się cztery lata hitem internetu „Combination Pizza Hut and Taco Bell” to trójka raperów z Brooklynu jest już rozpoznawalną marką. Na koncie mają tylko jedną płytę „Relax” ze zeszłego roku oraz dwa mixtape’y z 2010, z czego jeden chciałbym przedstawić. Na „Shut Up, Dude” zespół zaskakuje nas niekonwencjonalnym oraz nowatorskim podejściem do tematu hip-hopu. Nowoczesność połączona z oldschoolowym minimalizmem bitów, przyprawiona sporym poczuciem humoru trójki nowojorczyków dała nad wymiar dobry efekt końcowy. Trzeba przyznać, że chłopaki są oryginalni i co najważniejsze wyluzowani. Czuć w tym radosnym rapowaniu pewnego rodzaju luz. Nie spodziewali się, że staną się sławni i przez to dziewczyny, które normalnie ich olewały teraz stoją pod barierkami na koncertach. Das Racist to jeden z tych hip-hopowych projektów, który trafia w każde gusta (Nowe Beastie Boys?) i jest idealna pożywka dla hipsterskiego narybku. To będzie dobry koncert.

Dominique Young Unique – Stupid Pretty Mixtape (2011). Za tym projektem stoi 19-letnia raperka Tampa Bay. Absolutna debiutantka, która jeszcze nie wydała żadnego albumu a jej twórczości można spróbować ściągając z jej strony internetowej mixtape’ów. Ja właśnie jeden, najnowszy zassałem ze sieci i uważnie przesłuchałem. Co od razu słychać na pierwszy rzut ucha? Ludzie porównują ją do Nicki Minaj i z pewnością mają rację, bo Tampa Bay to jedna z tych dziewczyn, które mają w spodniach jaja i nie boją się mówić brzydkich słów. Oczywiście to nie jest jeszcze tak wysoki poziom jak Nicki Minaj jednak słychać potencjał, póki co Panią Minaj przewyższa urodą. Przejdźmy jednak do samego Stupid Pretty Mixtape. Troszkę kuleje tutaj produkcja, te piosenki to nie jest jeszcze to co można wyciągnąć z możliwości Tampy Bay. Jednak trzeba pamiętać, że to dopiero mixtape wydany swoimi własnymi środkami. Wydaje mi się, że mamy do czynienia z przyszła gwiazdą r’n’b. Nicki Minaj póki co przeciera drogi tego typu muzyce w świecie mainstreamu jednak pojawiają się już pierwsze zdolne artystki, które chcą iść tą sama drogą. A Tampa Bay ma te cechy by móc zawojować rynki muzyczne, jest zdolna, młoda, ładna i ma rewelacyjną nawijkę. Przy dobrych wiatrach może się jej udać. Trzymam kciuki.

Shabazz Palaces – Black Up (2011). Sub Pop i hip-hop? Czemu nie? Właśnie dzięki tej wytwórni w 2011 roku Shabazz Palaces wydali swoją debiutancką płytę „Black Up”. Duet Ishmael Butler – Tendai ‚Baba’ Maraire udowadnia na tym wydawnictwie, że rapowanie to nie bezmyślne plucie wulgaryzmami a sam hip-hop to nie tylko złote łańcuchy, baseny i białe podkoszulki. Ta płyta jest specyficzna. Mroczne bity, psychodeliczny nastrój, nietypowe rymowanie. Jeżeli miałbym ich porównywać do jakiegokolwiek zespołu to byłby to Joy Division. I śmiało mogę powiedzieć o duecie z Seattle, że są oni Joy Division czarnej muzy. Ciężka i duszna atmosfera na „Black Up” jest momentami trudna w odbiorze jednak warto wsłuchać się w te brzmienia i wyłapać rożne nawiązania do muzyki spod znaku indie, których jest tu wiele. Na tym albumie nie ma hitów, jednak każdy utwór trzyma dobry, równy poziom. Największym plusem tego wydawnictwa wydaje się bogate brzmienie podkładów, które na prawdę tworzą świetny, mroczny i momentami transowy klimat. Żeby nie zrazić potencjalnych odbiorców Shabazz Palaces to dodam jeszcze, że chwilami jest melodyjnie. Yo.

Paul McCartney – Kisses On The Bottom

Kolejny muzyczny „dinozaur” na łamach Paweuu Alternativ Blog.

Dinozaur z tego względu, że tego typu muzycy są już na wymarciu. Gdy patrzymy jak niektóre legendy muzyki staczają się lub zupełnie na starość im odpieprza (Lou Reed, Mick Jagger) to cieszymy się, że są jeszcze tacy starsi panowie jak Paul McCartney. Mimo, że ponad siedemdziesiąt lat już za nim to nadal w sercu pozostaje młodym chłopakiem, zakochanym w dodatku. Oczywiście wszystko z umiarem.

Wydawałoby się, że były członek Fab four osiągnął już praktycznie wszystko w muzyce. Jednak mimo to nadal nagrywa kolejne albumy, które może już nie zmieniają świata, ale wciąż cieszą się dużym zainteresowaniem. Co tym razem sprezentował nam eks-beatles? „Kisses On The Bottom” to typowy miłosny album składający się z starych, klasycznych i jazzowych (z początku XX wieku) utworów. Dzięki pomocy takich nazwisk jak Clapton oraz Stevie Wonder a także miejsc nagrywania (te same studio w którym nagrywał między innymi Frank Sinatra) udało się uchwycić na tej płycie nie powtarzalny klimat lat ’30. McCartney wciąż ma świetny głos a jego dwie autorskie kompozycje „My Valentine” oraz „Only Our Hearts” pokazują, że jego dar pisania rewelacyjnych piosenek nie zniknął wraz z upływem lat. Nie wielu tak potrafi.

Możemy trochę kiwać nosami na to, że jest zbyt spokojnie, zbyt nużąco. Jednak ta płyta idealnie trafi jako podkład do romantycznych spotkań z lubą Panowie. Trochę romantyzmu zamiast wulgaryzmu nie zaszkodzi. To wciąż działa. Ponadto jazz ostatnim czasem przeżywa swój renesans dlatego warto sprawdzić „Kisses On The Bottom” bo to piękna, romantyczna płyta. Z pewnością jest to ciekawsza propozycja niż skomercjalizowany (ukrzyżowany) dub-step. Ocena: 6/10.