Chromatics – Kill For Love

Włosi robią to lepiej?

Tak nazywa się nazwa wytwórni w której zostały wydane dwa ostatnie albumy grupy Chromatics. Słuchając ich nie mamy pewności czy ci włosi faktycznie robią to lepiej, ale na pewno robią to dobrze.

„Kill For Love” spodobał mi się od razu. Grupa z Portland w stanie Oregon wytworzyła na nim niesamowity nastrój smutku i melancholii, zawarty w niezłych, energicznych synth-popowych kawałkach. Poza typowymi elektronicznymi melodiami można się doszukiwać tutaj pewnych elementów post-punku i indie, natomiast te Italo-Disco, które znajduje się przy każdym opisie grupy odnosi się chyba tylko do wizerunku muzyków.

Album jest troszkę przydługawy i przez to nierówny. Szukając dobrych momentów na pewno trzeba zaznaczyć singlowe „Lady”, gdzie syntezatory poszły w ruch a zespół poszukuje odpowiedzi na odwieczne pytania zwracając się ku latom ’80. Ponad 8-minutowy „These Streets Will Never Look the Same” ma niezły wstęp i jeszcze lepszą końcówkę wyrwaną niczym z ostatniej płyty Junior Boys. Kolejny plus za fajną, synth-popową balladę „Candy”. Tytułowe „Kill For Love” zwraca na siebie uwagę głównie dzięki energii skupionej na tym tracku. Ah i zapomniałbym o oczywistej, oczywistość. Sam gitarowy opener, dodaje na prawdę fajnego klimatu.

Jednak idąc dalej (druga część albumu) utwory stają się coraz to bardziej rozciągnięte i instrumentalne. Stanowią zaprzeczenie dla działalności takiego Perfume Genius, gdzie aż się prosi by niektóre kawałki pociągnąć dalej. Tutaj jest na odwrót, niektóre momenty można było pominąć. Całość kończy 14-minutowy potwór „No Escape”, który spokojnie mógłby być soundtrackiem do jakiegoś filmu dokumentalnego pokazującego bezkres wszechświata. Mimo to „Kill For Love” zostawia po sobie całkiem przyjemne wrażenie. Warto posłuchać. Ocena: 7/10.

Medium

Kto powiedział, że w Polsce nie można nakręcić dobrego filmu?

Ostatnim czasem jesteśmy świadkami typowo polskiej żenady. Producent filmowy posądza recenzenta filmowego o to, że ten namawia do bojkotu jego nowo wypuszczony do kin film. Dodatkowo spoglądając na ostatnie polskie produkcje nóż sam otwiera się w kieszeni. Oczywiście są wyjątki, ale większość filmów to bezmyślna zrzynka z zachodnich produkcji osadzona w polskie realia. Producenci i reżyserzy chcą na siłę dać rozrywkę nowo wytworzonej klasie średniej słuchającej Adele i spędzającej większość wolnego czasu w galeriach handlowych.

Dlatego radość po obejrzeniu polskiego, dobrego filmu jest podwójna. A jak to jest film grozy (mój ulubiony gatunek) to radość jest nawet potrójna. Tak było z filmem Medium z 1985 roku. Film zapomniany, gdzieś sprzątnięty pod dywany, ale jak najbardziej godny odkurzenia.

Mamy Lata 30 XX wieku, Sopot a właściwie Zoppot (Hitler dochodzi do władzy). W mieście zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Pewna nauczycielka nagle opuszcza klasę i udaje się do muzeum by stamtąd ukraść drogocenną suknie. W tym samym mężczyzna z Warszawy pod wpływem dziwnego transu wsiada w pociąg i wyrusza do Sopotu, inny mężczyzna z Berlina także znajduje się w tym mieście, natomiast komisarz policji codziennie rano budzi się na plaży. Wyżej wspomniana czwórka bohaterów jeszcze nie wie, że jest pod wpływem bardzo silnego medium, które pragnie odtworzyć za ich pomocą scenę, która wydarzyła się kilkadziesiąt lat temu.

Dzieło Jacka Koprowicza w wielu kręgach uważane jest za najlepszy polski horror. I trudno z tą teza się nie zgodzić, gdyż wszystkie elementy tego obrazu tworzą niesamowity nastrój. Mamy ciekawą fabułę, nastrojową muzykę, klimat lat 30 oraz rewelacyjną grę aktorską (Michał Bajor!, Jerzy Sthur, Grażyna Szapołowska). Groza tutaj nie skupia się na gore, które mamy w postaci dwóch sieknięć siekierą. Cały niepokój związany jest z wszędobylskim złem, które czai się za każdym rogiem ulic Sopotu oraz tą zapadającą w pamięć muzyką. „Medium” to chyba najlepszy film o tematyce okultystycznej jaki widziałem. Szkoda, że na naszym podwórku równie dobry film trafia się raz na 10-15 lat. Polecam każdemu fanowi horrorów znudzonych kolejnymi amerykańskimi remake’ami i japońskimi slasherami oraz każdemu wielbicielowi talentu Davida Lyncha. Ocena: 9/10.

Beach House – Bloom

Muzyka bez dream popu byłaby tym czym ludzkość bez marzycieli.

Dobry dream pop jest w cenie. Nie wiem czy moje uwielbienie dla tego gatunku jest efektem ciągle zmieniającej się  mojej wrażliwości muzycznej czy może po prostu wczesną oznaką starości. Aczkolwiek to drugie bym skreślił bo jak pokazuje licznik na last.fm to ostre granie wciąż jest w topie. A dream pop wydaje się w tym przypadku idealną alternatywą na spokojną niedzielę przy herbatce i pierniczku.

By dało się tego słuchać musi być melodyjnie, łagodnie, kreatywnie. Beach House wydaje się podążać tą drogą konsekwentnie. „Bloom” nie wiele się różni od „Teen Dream” z 2010 roku. Można się doszukiwać pewnych różnić, ciekawostek itd. Jednak na pierwszy rzut ucha słychać, że Victoria Legrand i Alex Scally podążają sprawdzoną ścieżką. I dobrze!

Z pewnością jest troszkę bardziej energicznie. Tym razem nie można mówić o tym, że podczas słuchania tej płyty zaśniemy wraz z pierwszą piosenką. Wystarczy wspomnieć jakim świetnym openerem jest „Myth”, gdzie samo wejście perkusji daje fajny efekt. Wydawałoby się, że wszystkie piosenki będą oparte na miłym pitu pitu gitary, usypiającym wokalu oraz iście anielskich melodiach. A jest jednak kilka dość mocniejszych momentów. Przykłady? wstawki gitarowe z „The Hours” niczym wyrwane z debiutu Interpolu czy też epicka końcówka „Irene”. Utwór „New Year” brzmi natomiast jak lajtowa wersja którejś piosenki z zeszłorocznej płyty Ringo DeatStarr.

Nie zgodzę się z niektórymi zdaniami, że ten album rozczarowuje i podąża nie wiadomo gdzie. Wydaje mi się, że duet z Baltimore dokładnie wie gdzie ma podążać. „Bloom” to dobra płyta, równa i miła w odbiorze. Nie zawiedzie żadnego miłośnika formacji spod znaku Sub Pop. I nie jest to primaaprilisowy żart jak śnieg za oknem. Ocena: 7/10.