Low – C’mon

Czas na przedstawienie reprezentantów tak zwanego slowcore’u, którzy zaprezentują się na tegorocznym Offie.

Już sam Artur Rojek zaznaczył swoją obecność na tym gigu i jeżeli czas mu pozwoli to z pewnością będzie można go gdzieś tam z boku zobaczyć. Z resztą nie od dziś wiadomo, że czas festiwalu jest dla Rojasa ogromnym sprawdzianem, a sam dyrektor artystyczny ma wiele miejsc do zobaczenia podczas eventu w Katowicach. Poza tym należy dodać dwa słowa: SUB POP, czyli ulubiona wytwórnia nagraniowa przez Rojka. Co roku jest jakiś artysta, który nagrywa lub nagrywał w Sub Popie.

Co można powiedzieć o zespole Low? Jak sama nazwa wskazuje grają oni bardzo spokojnie, powoli i kojąco dla uszów. Oczywiście nie oznacza to, że grają kołysanki. To nie wchodzi w rachubę. Na nowym albumie o dowcipnej nazwie  C’mon w odróżnieniu od poprzednich płyt uzyskują bardziej popowe brzmienie. Już sam opener i następny „You See Everything” nas o tym przekonują, że jest melodyjnie itd. Low wykonało bardziej przystępny album dla każdego fana spokojnej muzyki. Zwłaszcza, że duet wokalny Alana Sparhawka i Mimi Parker spisuje się tutaj świetnie i mocno prawdziwie. Czuć w tym moc i jakieś uczucie. Rozkmincie przykładowo Majesty/Magic.

Jedyny mankament tej płyty jest taki, że w żaden sposób nas nie zaskakuje. Trio z Duluth odgrywają kawałek po kawałku to co każda osoba w minimalnym stopniu osłuchana i obeznana w muzyce niezalowej już kiedyś słyszała. Także No surprises i więcej niż 7/10 nie może w takim wypadku być. Warto jednak zapoznać się z innymi płytami grupy: Things We Lost in the Fire (2001) czy też Drum and Guns (2007) i zawitać pod scenę by ich zobaczyć live (pomimo późnej pory, która może sprawiać kłopoty).

posłuchaj

Primal Scream – Screamadelica

Sobotę 6 sierpnia w Katowicach niemalże legendarny Primal Scream odegra równie legendarny album Screamadelica.

Album ten wydany w 1991 roku osiągnął w tamtym czasie niebywały sukces komercyjny. W 1992 roku został on wyróżniony po raz pierwszy przez Mercury Music Prize. Dla mnie osobiście wszelakie nagrody i sukcesy komercyjne nijako wpływają na postrzeganie danego krążka czy też artysty, z względów raczej już znanych wszystkim (wszechobecna komercjalizacja). Jednak w tym wypadku muszę pokłonić się przed szkotami, że udało im się wybić z tego typu muzyką w nastrojach grunge’owych i gangsta rapowych wczesnych lat 90.

Od premiery płyty Screamadelica mija 20 lat, ciężko w tym kontekście napisać coś co odda sens temu albumowi. Zacznę od tego, że mimo upływu 20 lat (niby nie dużo, ale w muzyce przez ten czas wiele się wydarzyło) dzieło Primal Scream nie straciło na wartości i równie dobrze tego się słucha obecnie w czasach dominacji web 2.0. Dla mnie ten album jest zbiorem 11 świetnych, różnobarwnych melodii złączonych w jedną całość i nazwanych przewrotną nazwą, która od razu przywołuje mi w głowie nazwę „Metallica”. Zaczyna się od rewelacyjnego Movin’ On Up, który jest bogato zaaranżowany i mocno kojarzy mi się ze stylem Rolling Stones. Następnie ‚Slip Inside This House” przypomina mi narkotykowe odloty Beatlesów. Utwór numer 3 ‚Don’t Fight It, Feel It” jest odpowiedzią czego słuchali !!! przed nagraniem Myth Takes. Po drodze mamy jeszcze ponad 10 minutowego kolosa Come Together (już wyobrażam sobie kiwający się tłum pod sceną mBanku). Druga część albumu jest już bardziej senna, jednak nie oznacza to, że nudniejsza. Całość kończy Shine Like Stars.

Jest to już klasyczny album, pełen psychodelicznych melodii, świetnych tekstów głoszących haseł generacji tamtych lat oraz ciekawych połączeń rocka z innymi gatunkami, które były furtka dla wielu, wielu zespołów, które lubisz. Ocena: 10/10.

posłuchaj

Deerhunter – Halcyon Digest

Spóźniona recenzja z 2010 roku.

W moim przypadku spóźnianie się z recenzją jest normą. Jednak w mojej samotnej walce z szumem informacyjnym w internecie (by rzesze ludzi poznały fajną muzę) możliwa jest do usprawiedliwienia tendencja „spóźnionej płyty”. Poza tym to zawsze jest modne. 

Skupmy się jednak na samej płycie. Cox’owi (To nazwisko całkowicie nie pasuje do jego postury) udało się stworzyć album wciągający, na pewien sposób hipnotyzujący i ciekawy. A głównie to wszystko za pomocą gitar, PROSTOTY (Nie cierpię przekombinowanych akcji tak samo jak Mateusz Borek) no i pomysłów, które co chwilę się rodzą w głowie Bradforda C. Jest on zresztą znany z płodności twórczej, jednak Deerhunter > Atlas Sound i to dla mnie zdecydowanie. Wystarczy posłuchać takiego Desire Lines (wam też ten kawałek kojarzy się z nowym Arcade Fire?), Coronado czy też Revival by się przekonać o tym co piszę. Sprawa na prawdę nie jest skomplikowana, co sprawia, że album nie jest tak trudny w odbiorze. Nie mam pojęcia jak wygląda to na żywo, ale myślę, że warto będzie sprawdzić, czy te kawałki w w wykonaniu live również tak potrafią pochłonąć nasze umysły. Ocena: 8/10.

posłuchaj