MGMT – Congratulations

Hmmm komu oni dziękują? Co to za podziękowania? Przeważnie dziękuje się na końcu a oni już na starcie mówią „Dziękuje”. Nie ma za co, ale i tak to nie wpłynie na ocenę tej płyty.

Ok walnę z grubej rury, nie jest dobrze. Ta płyta nie wygląda tak jakbym tego oczekiwał, jakby oczekiwali fani debiutu nowojorczyków, recenzenci, entuzjaści i chyba muzycy sami. Co oni kombinują na tej płycie? Po pierwszych przesłuchaniach mam takie skojarzenia: Lata ’70, dzwony, Scooby Doo i jakieś stare klawisze. Już na pierwszej płycie czuć było tego rodzaje wariacje, ale były one nie groźne i w zasadzie przesłonięte hitami. Nie byle jakimi hitami bo taki Kids to jeden z hymnów dekady, istny power-indie-pop, killer danceflooru, prosty a zarazem taki miażdżący. Pierwsza cześć płyty Oracular Spectacular była mocno przebojowa. Na najnowszym krążku nie ma takich hitów. Są tylko te utwory, które mają klimat „nie-hitów” z debiutu. Jakieś narkotyczne, hipnotyzujące odjazdy, które chyba nie mają jakiegoś większego celu. Dziwnie się słucha tej płyty.

Oczywiście są jasne punkty jak na przykład taki Siberian Breaks, czyli 12 minutowa zlepka rożnych melodii, która wpływa na naszą wyobraźnie. Raz jesteśmy gdzieś na łące, siedzimy na kurtce. Obok Las a w środku niego jakiś stary most, płynie strumyk, słońce świeci, uśmiech na twarzy. To są te dobre momenty. Innym razem budzimy się na asfalcie i dookoła jest mgła. Brakuje tej płycie między innymi jakiegoś utworu, który powali swoją przebojowością. Takiego utworu do którego chętnie będziemy wracać, każdy będzie go lubił i chętnie słuchał długo, długo później jeszcze. Do tego nas przyzwyczaili. Rozumiem, że chcieli odegrać rolę zbawicieli muzyki, jakiś przewrotny, współczesny Pink Floyd w dwójkę. Niestety nie powiodło się i w zamian tego dostaliśmy taką papkę, gdzie mieszają się dobre momenty, ze zbędnymi i takimi co są po prostu słabe. I w ogóle te tytuły piosenek. Brian Eno? WTF? Lady Dada’s Nightmare? heh. Poindyczyć przy tym się nie da. Natomiast okładka może być. Pasuje.

W sumie to nie miałem jakiś wielkich oczekiwań. Czekałem na jakiś przebój chyba. Podświadomie liczyłem, że na płycie będzie jeden – dwa utwory, które będę wałkował przez dłuższy czas a na koniec roku powiem, że to są wypas  single. Niestety nie mogę powiedzieć tak o piosenkach z Congratulations. Nie ma tu materiału na singla, Nie ma też pomysłu na dobrą, równą płytę. Jest średnio. Nic nadzwyczajnego, ale też i nic totalnie beznadziejnego. Trójka w dzienniku by była. U mnie jest piątka ale w skali do dziesięciu. Ocena: 5/10

To może sprawdźcie… Siberian Break nie, bo na You Tube nie można dłużej niż 10 minut. To może Flash Delirium. ehhh, gdzie się podziały te przeboje?

Gorillaz – Plastic Beach

Damon Albarn nie próżnuję, wydawało się, że grupa Gorillaz poprzestanie na „Demon Days” na rzecz innych projektów Albarna: The Good, The Bad & The Queen, solowa działalność lidera Blur oraz parę koncertów (prawdopodobnie ostatnich) angielskiej formacji. Tymczasem na początek nowej dekady goryle wracają z nową płytą.

I jak się okazuje Damon dalej ma jaja do robienia muzy, tego nie można mu odmówić. Jednak chyba nie tego się spodziewaliśmy. Nie ma wielkiego rozczarowania. Bynajmniej z mojej strony bo oczekiwania też nie były wielkie. Gorillaz ceniłem głównie za kozackie single, całościowo nigdy nie byłem fanem. I tym razem spodziewałem się paru dobrych piosenek i tak jest w ostatecznym rozrachunku tej płyty. Kilka naprawdę dobrych utworów pojawiło się na albumie, do których chętnie wrócę. Do całej płyty raczej nie.

Doceniam ich za umiejętność wypromowania. Kolesie zrobili sobie animowany image, który oprócz sławy lidera grupy przyciąga potencjalnych odbiorców. Na ostatniej płycie obrali drogę mnogości tak zwany „featuringów”. Na „Plastic Beach” występów gościnnych jest jeszcze więcej. Pojawiają się głosy, że może przesadzają. Jednak jest to już pewna charakterystyka ich muzy. Już w 2005 Albarn zapowiedział, że od czasu do czasu pojawi się jakiś „Demon” w utworze. Tym razem jest ich sporo. I to nawet nie byle jakie nazwiska. Mamy przecież Snoopa już na początku. Pojawia się De La Soul, Paul Simonon, Lou Reed, Little Dragon i wielu innych. Także z tej strony jest mocno. Poza tym w teledysku do pierwszego singla pojawia się entuzjasta wódki Sobieski – Bruce Willis. Dlatego też jest o nich głośno przy premierze płyty.

Gorillaz jest lubiane przez wiele jednostek. Jest to spowodowane miedzy innymi mieszaniną gatunkową. W ich muzyce znajdziemy przecież wszystko. Od hip-hopu do muzyki orientalnej. Przeglądając kanały muzyczne trafiałem na videoclip Stylo na kanale rockowym, hip-hopowym czy też stacjach komercyjnych. Wszędzie Gorillaz! Na Laście póki co też szaleją, zobaczymy jak długo potrwa nawijka na „Plastic Beach”.

Wracając jednak jeszcze do samej płyty. Jest różnorodna dźwiękowo, jednakże równocześnie jest cholernie nie równa. Momentami wieje na niej nudą, ale są też i dobre momenty jak choćby Rhinestone Eyes” czy też „On Melancholy Hill”. Singlowe „Stylo” jest dla mnie nagrane na jedno kopyto, nie za wiele się tam dzieje by padać na kolana. Brakuje w moim odczuciu jednak singla killera jakim były takie hity jak  taneczne „Dare”, nieodżałowane „Feeling Good inc.” czy też legendarne „Clint Eastwood”. Ocena :5/10.

Posłuchajcie Rhinestone Eyes.

Hot Chip – One Life Stand

W sumie zgodnie z oczekiwaniami Hot Chip nie załamuje, ale również nie szokuje. Solidny chleb razowy.

Zaznaczę na wstępie, że nie jest to płyta zła ani tak mega wypasiona jak by można sądzić po ocenie przyznanej przez portal Pitchfork Media. Z całym szacunkiem, ale na tej płycie nie ma ani jednego kawałka, który chociażby troszkę nawiązał do największych hitów z The Warning bądź Made in The Dark. Płyta wydaje się bardziej wyrównana, spójna, ale no kurcze brakuje tutaj tego killera w stylu Over and Over albo Ready for The Floor (Najlepszy kawałek grupy). Nie wiem, jak słucham choćby takiego openera jakim jest Thieves In the Night albo I Feel Better to nie jest tak zabawowo prawdę mówiąc. Lepiej jest już przy odsłuchaniu pierwszego singla o tym samym tytule co album.

Przy pojawieniu się Brothers odczuwam pewnego rodzaju patos. Jest jakoś smętnie przez większą część płyty. Duża  w tym zasługa barwy głosu Alexisa Taylora. We Have Love znowu dodaje troszkę ożywienia. Taki Hot Chip mi się podoba, przebojowy. Granie Electropopu zobowiązuje w pewnym stopniu. Całość zamyka Take It In, z lekksza dla mnie bezbarwny.

No cóż, wiele niby nawiązań, ale widoczna równia pochyła. Płyta w kategorii przesłuchać i zapomnieć, wątpię czy jest sens do niej wracać i się nią ekscytować, jeżeli tak na prawdę jest czym się ekscytować. Pojawią się w tym roku w Gdynii, ale ich czas chyba minął. Już nikt nie jara się nimi tak jak jeszcze jakieś cztery lata temu, kiedy każdy chciał by Ci chłopcy zremiksowali jakiś kawałek. Brakuje już chyba takiego uśmiechu jaki pojawił się pewnej babci poszukującej zielonej sagi. Chyba nie ma co zbytnio się nad tym rozwodzić, sprawa jest jasna.

Ocena:5/10

Do i Feel Better nagrali nawet fajny teledysk, ale okładka płyty za to paskudna.