Dinosaur Jr. – You’re Living All Over Me

Mówi się, że to oni wymyślili indie. Żywe legendy gitarowego, alternatywnego grania powróciły w 2007 roku z płytą Beyond a dwa lata później dorzucili Farm.

I to raczej kawałkami z tych płyt będą raczyć entuzjastów muzyki, którzy swoje święto będą mieli w sierpniu w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach. Ja chciałbym jednak przyjrzeć się płycie starszej, płycie wręcz mitycznej, która wydana trzy lata po powstaniu zespołu zadziwiła i jest uznawana w wielu kręgach za najlepszą płytę grupy. Mowa oczywiście o krążku o tytule You’re Living All Over Me wydanym w 1987 roku.

Wcześniej wspominałem, że to 1986 był dobrym (Dalej tak uważam) rokiem jednak tym 12 miesięcy później na plus można dopisać właśnie tą płytę zespołu Dinosaur Jr. Trio z Amherst w ciągu około 36 minut energicznego grania zmieściło kawał dobrej, żywej muzyki. Tak, ta muzyka zdecydowanie jest żywa, energiczna. Już od pierwszych perkusyjnych taktów Little Fury Things mamy do czynienia z nutami nie czekającymi zbyt długo na uderzenie w nasze uszy. I pozostanie tam przynajmniej przez jakiś czas.

To chyba jeden z mankamentów tej płyty, czasami mam dziwne wrażenie, że wszystko zlewa się w jedną całość. Przy takim tempie, bez większych przerywników na przerwę i brzmieniu garażowy wręcz może to się tak wydawać. Jednak trzeba oddać im to, że tą płytą odwalili kawał dobrej roboty i ugruntowali drogę dla wielu innych wyśmienitych zespołów takich jak chociażby Built To Spill. Wydawać się może, że największy sukces (komercyjny) święcą obecnie po wydaniu dwóch dobrze przyjętych płytach, serii koncertów i przypinki „To oni wymyślili rację bytu dla zespołów takich jak Arctic Monkeys”.

W pewnym sensie to prawda, ale nie zapominajmy, że muzyka współcześnie nazywana indie mało ma wspólnego z muzyką indie z lat 80. czy początku lat 90. kiedy na scenach szaleli muzycy Dinosaur Jr. Po latach jednak wrócili i mają się dobrze, odnaleźli swoje miejsce na scenie muzycznej i korzystają z niej w pełni.

Raczej mało prawdopodobne by podczas krótkiego festiwalowego występu chcieli wrócić do takich klasyków jak Kracked, Tarpit czy też świetne In a Jar. Jednak warto przesłuchać tą płytę, potraktować to jako odrobienie lekcji, poznanie trochę historii nurtu lub z samej ciekawości. Jest to w pewnym sensie klasyka muzyki niezależnej. Ocena 9/10.

Posłuchajcie In a Jar.

The Flaming Lips – Yoshimi Battles the Pink Robots

THE FLAMIG LIPS to jeden z najbardziej nietuzinkowych zespołów rockowych, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Dwunasty album studyjny „Embryonic” (Warner, 2009) z gościnnym udziałem Karen O (Yeah Yeah Yeahs), MGMT i Thorstena Wörmanna to prawdziwy majstersztyk notowany na szczytach zestawień najznakomitszych płyt ubiegłego roku bądź dziesięciolecia.

Tak wygląda opis zespołu na oficjalnej stronie festiwalu OFF Festival. Krótko, ale po co więcej się rozpisywać? Wiadomo, że są wielcy i głównie to oni uświetniają tegoroczną imprezę Artura Rojka. Tym razem nie Mysłowice a Katowice. Polityka samorządowa… Cóż, dla wielu to nawet lepiej. W obecnym roku Artur zrozumiał, że jeżeli chce zarobić to są dwie opcje: podwyżka cen biletów albo więcej znany zespołów. Wybrał to drugie. Zeszłoroczny OFF wyglądał raczej jak kameralny piknik w porównaniu z masami ludzi w 2008. Dwa lata temu był Mogwai, British Sea Power, Clinic, of Montreal, Meonomea. Jednym słowem miazga. Rok temu Artur postawił na debiutantów i nie jest to głupie, ale trzeba do tego worka jeszcze rzucić coś co ludzie kupią. W tym roku rzucił, ale wymieszał to tradycyjnie z juwenaliowymi pierdółkami.

A Flaming Lips? Mocny punkt. Przybijam piątkę. Dla mnie Flaming Lips to muzyka marzycieli. Marzycie czasami? Ja dość często sobie coś wyobrażam. Słuchając klasyków które nagrał Wayne Coyne oraz reszta chłopaków wydaje mi się jakbym leciał na jakiejś chmurce jak muminki w jednym ze swoich odcinków. Z resztą w teledysku do Do You Realize Wayne sam odlatuje. Apropos tego kawałka, chyba największy hit grupy. Przy odpalaniu płyt tej zacnej ekipy wytwarza się pewnego rodzaju magia. Słyszałem głosy, że na koncertach również się pojawia. Zwłaszcza, że Amerykanie słynną z efektownych widowisk i dobrego brzmienia na żywo. Pod tym względem nie powinni zawieźć.

Z pewnością większość piosenek pojawi się z płyty Embryonic, która wywołuje skrajne emocje. Jest ona dobra, ale większość na pewno liczy na jakieś starsze szlagiery. Miejmy nadzieje, że nie zostaną pominięte. Bo taki Yoshimi Battles The Pink Robots p.1 czy też wspominany Do You Realize? to esencja ich muzyki. A muzykę mają kurcze dobrą. Jest w tym coś takiego popowego, melodyjnego jak i nietuzinkowego.

Najwięcej uwagi należy jednak skupić osobie Wayne’a Coyne. Koleś jest liderem, mózgiem i wszystkim dla tego zespołu. On jest pewnego rodzaju słońcem w układzie Flaming Lips. Nieokrzesane kędziory, precyzyjnie wygolony zarost, jasne garnitury na miarę. Koleś się kreuję na swój sposób dość konkretnie. Jednak w tym przypadku najważniejszy nie jest wygląd tylko jego charyzma, pomysły i przede wszystkim głos. Idealnie się komponuje z tłem muzycznym. Uspokaja mnie niczym ciepła herbatka. Ocena: 9/10.

Do You Realize??

Uffie – Sex Dreams and Denim Jeans

Najjaśniejsza gwiazda tegorocznego Selector Festival o której słyszeliśmy już w 2006 roku w końcu wydaje długogrający album, długo wyczekiwany w porcysowych środowiskach.

Osobiście nigdy nie rozumiałem jarania się Uffie. Po przesłuchaniu Pop The Glock nie ogarniałem fenomenu wokalistki. Jakoś mi nie leżał ten kawałek do następnych nawet się nie garnąłem. Nie rozkminiłem także zachwytów nad dzikimi sesjami zdjęciowymi, ale to akurat każdy ma inną definicje piękna. Ja mam swoją i jest dla mnie wyjątkowa. Wiadomo o gustach się nie dyskutuje. Na plus można odznaczyć udział w The Party na debiucie Justice.

Jakoś ciężko mi było sięgnąć po tą płytę. Hype otaczający pannę Hartley wydawał się nie związany z muzyką co z samą otoczką, która gdzieś cały czas się unosiła nad jej głową. Jak to gdzieś napisali:

a) jest ładna
b) jest nastoletnia
c) nawija o imprezowaniu, chlaniu i seksie
d) jest nastoletnia

A ja chciałem tylko czegoś fajnego posłuchać. I posłuchałem. Muszę przyznać, że pozytywnie się zaskoczyłem. Płyta jest na bardzo dobrym poziomie i w zasadzie mocno daje radę. Chodź zaczyna się sennie i mało przebojowo od Pop The Glock i Art Of Uff to im dalej to już tylko lepiej by w okolicach tytułowego kawałka osiągnąć apogeum. Add Suv z gościnnym występem Pharella Williamsa jest jednym z lepszych utworów na płycie. Razem z Brand New Car oraz MC Can Kiss obrazują tą bardziej imprezową część płyty. Sama Uffie stara kreować się na człowieka imprezkę. „Sometimes I wake up in my bed And I don’t know where I’ve been”. Nabrała także typowo murzyńskich przechwałek typu „I’ve got 12 milions fans”. A kolega Pharell nawija o Memento (widzieliście?), ale pasuje w tych klimatach. Bardziej mi się podobał niż w kolaboracji z Snoopem.

Z drugiej znowu strony jest dużo lekkich przyjemnych dla ucha kawałków a Uffie w swojej nawijce w First Love słyszymy opowieść o pierwszej miłości oraz zwierzenia typu: „I love it when you whisper in my ear/ You say the (sweetest) things that I wanted to hear” natomiast Hong-Kong Garden to powrót do wspomnień z miejsca gdzie dorastała. Aczkolwiek zapożyczone od zespołu Siouxsie and the Banshees. Poza tym jest jeszcze Our Song czy Illusion of Love.

Generalnie jest dość melodyjnie. Podkłady stoją na bardzo dobrym poziomie. Można się doczepić momentami do nawijki Uffie, jednak oceniając całość to wzbudziła we mnie pozytywne odczucia. Dużo dobrych hooków. Muzycznie jest na prawdę bogato. Skumajcie taki Nauneu, no może saksofon w MC Can Kiss niedorozwinięty, ale to specjalnie. Generalnie dobra muza na letnie imprezy. Joł. Ocena: 8/10

Posłuchajcie First Love