Les Savy Fav – Inches

inchesJeszcze nie tak dawno temu jak wychodziłem na dwór to było widno a drzewa walczyły ze sobą o moją uwagę pokazując mi to coraz różowsze kolory kwiatów. Teraz ciemno, wieje a do butów przyklejają się opadłe mokre liście. Wiadomo, że jesień to okres wałkowania smętów spod szyldu Arcade Fire bądź Jeffa Buckleya. Ja polecam Les Savy Fav.

Pamiętam, że poprzedniej jesieni męczyłem niemiłosiernie tą płytę ciągłymi odsłuchaniami. Powiem, że jesień przy muzie Tima Harringtona i reszty chłopaków jest zupełnie ciekawsza. Bardziej żywa i energiczna. Jednak nadal pozostaje powaga towarzysząca jesiennym rozmyślaniom przy oknie. Generalnie zastanawiasz się czy śnieg spadnie jutro i jeśli tak to czy znowu będzie leżał do kwietnia, może maja? Wkurzasz się, że znowu słonce widzisz przez 5 minut dziennie a ciągłe wiatry nie dają Ci spokojnie myśleć. Polecam wtedy antybiotyk w postaci Inches. To działa. Nie rozweseli wam życia raczej w tym okresie, ale nie tego oczekujemy. Poszukujemy ukojenia a to nam daje album Les Savy Fav.

Na prawdę nie ma chyba niczego lepszego niż wyciągnięcie fajki do Hold On To Your Genre. Wdech, wydech. Od razu luźniej człowiekowi.Wogóle klimatycznie zaczyna się ta składanka „przebojów” spod ręki Harringtona. Meet Me In The Dollar Bin. Pojawiają się ciarki. Serio. Wspaniałego nastroju dodaje wokal Tima. Jego osoba wiele daje tej muzie. Charyzmatyczna osobowość na plus także. Czasami się zastanawiam czy to czasem Tim Harrington nie jest moim ulubionym wokalistą. Oczywiście chodzi o barwę głosu. Bo wyglądać tak jak on bym nie chciał, wiadomo.

Inne pozytywy to oczywiście perkusja. Klasyka jeżeli chodzi o moje oceny. The Sweat Descends pod tym względem wymiata, One Way Window także. W zasadzie w każdym utworze na płycie jest mocno istotny punkt. Gitara? Yawn, Yawn, Yawn oczywiście mega plusior. Jeden z tych najbardziej przygniatających kawałków. No i nawet pojawia się fajny syntezator pod koniec. I te powtarzane: „so let’s get-get-get-get-het it on!”. Masakra człowieku.

Minusów jest mało, ale jednak. Głównym chyba jest to, że to zbiór, składanka wcześniejszych kawałków Les Savy Fav. Rozpatruje się to także jako plus, ale czasami zdaje się, że utwory są po umieszczane nie właściwie. Brakuje jakiejś spójności. Widoczne jest to już pod koniec płyty, która mniej porywa niż pierwsza część. Jednak nadal uważam, że ten album jest wyśmienity. Podobno Rome i Go Forth lepsze, ale nie mogę potwierdzić. Także polecam na początek Inches jeżeli ktoś nie zna a chciałby poczuć się cool w te długie jesienne wieczory. Ocena: 8/10

P.S. Miejmy nadzieje, że zjawią się w Polsce na jakimś koncercie. Live wymiatają. Sprawdźcie sami tutaj. Pozdro!

Yo La Tengo – Popular Songs

PopularsongsNo na początku myślałem, że tytuł płyty jest ironicznym żartem w stylu Mogwaia i ich Happy Songs for Happy People. Znamy Yo La Tengo. Ich piosenki nie są popularne, ale te najnowsze jak najbardziej mogą takie być!

Nie spodziewałbym się po „Jolce”, że wyda typowo wakacyjną płytę. Bo tak trzeba mówić o Popular Songs i zawartości w środku zapakowanej w kolorowy papier. Oczywiście Yo La Tengo nie odchodzi jednocześnie od swoich mrocznych, depresyjnych klimatów. Jednak trzeba przyznać, że ta płyta nadaje się jako tło do leżenia brzuchem do góry i wygrzewaniu się na słońcu. W końcu jakaś alternatywa dla indje młodzieży. Jeżeli jednak nie jesteśmy na plaży w Tunezji to możemy sobie zamknąć oczy, wsłuchać się w dźwięki a wyobrażenie pięknych, malowniczych miejsc samo przyjdzie. Przy takim Nothing to Hide jeździmy małym skuterem bo wąskich włoskich uliczkach, Periodically Double or Triple to kolejne skojarzenie z małym europejskim miasteczkiem w upalny dzień. Ahhh szkoda, że idzie zima…

Nie jest to oczywiście najlepsza płyta w szerokiej dyskografii amerykańskiej niemal już legendy indie. Jednak mocny punkt. Trochę szkoda, że im dalej idziemy to płyta jakby traci swoje jaskrawe barwy. Taki początkowy Here To Fall jest wyśmienity. Chwila niepokoju, werbel niczym cios Kliczki, bas. By było wakacyjnie pojawiają się skrzypce jak w zeszłorocznym Coldplay’u. No po prostu jest dobrze. Jednak trzy ostatnie kawałki zdecydowanie za długie. Ostatni And the Glitter Is Gone w szczególności. Można było to bardziej po mogwai’owsku rozwiązać a tak pojawiają się dłużyzny i nie jest tak fajnie jak na początku albumu.

Czekamy teraz na koncert w Katowicach. Ocena: 6/10. Posłuchajcie Here To Fall


The XX – XX

the-xxRaz do roku pojawia się mała ilość płyt, których hype określa się tym słusznym. Mówimy wtedy o odkryciu muzycznym roku, debiucie mijających dwunastu miesięcy. W tym momencie chyba jest już taka płyta i jeżeli nie pojawi się nic ciekawszego to o Londyńczyków nie zabraknie na żadnej liście podsumowującej rok 2009.

Mimo, że nazwa mało radiowa to muzyka interesująca. Początkowo nie byłem zbyt chętny posłuchać tego albumu. Screenagers wcale nie zachęcił zwłaszcza, że u nich każda płyta dostaje 7. Daje radę. Najmocniejszym punktem płyty jest fakt, że te piosenki podobają się od pierwszego odsłuchu. Spodobać się powinna każdemu. Najbardziej chyba jednak fanom „zimnego” grania. Joy Division na pewno mocno wpłynął na ich muzykę. Fakt, że wokal jest podzielony pomiędzy dwie osoby płci przeciwnych powoduje u mnie skojarzenia z Iowa Super Soccer. I mimo, że nasz polski duet ma swój urok to Romy Madley Croft i Oliver Sim wywołują dreszcze. Idealnie się dopełniają wokalnie. Pojawią się magia.

Posłuchajcie sobie płyty w zaciszu domu, czy tam gdzie chcecie. Udzieli się wam niepowtarzalny klimacik. Taki Shelter na przykład. Przywołuje na prawdę fajne myśli. Płyta cała nie mal, że akustyczna. Jest w dodatku melodyjnie. Mocny punkt to partia basu w każdym utworze.15 kawałków może na początku odstraszać, ale jest to szybka, przyjemna i wygodna podróż w głąb Londynu. Przy Basic Space można spróbować nawet baunsować. Każdy kawałek trzyma poziom i generalnie warto polecić płytę znajomemu bez siary. Chociaż jak mówiłem na wstępie The XX to hype tego roku. Nie znanie to w pewnych snobistycznych kręgach faux pas.

Warto odnotować także dobre teksty co coraz częściej jest rzadkością u młodych, debiutujących zespołów. W szczególności fajna wymiana zdań w Stars„But if stars, shouldn’t shine/ By the very first time/ Then dear it’s fine, so fine by me/ ‚Cos we can give it time/ So much time With me”. Podsumowując. Płyta bardzo dobra, może bez szału. Nie wali na kolana, ale cieszy uszy. Ocena: 7/10.