Jamie T – Kings & Queens

jamietDużo ostatnimi czasy się dyskutuje na temat wydawnictw muzycznych. Zwłaszcza o formie w jakiej mają być dostępne. O ile jestem przeciwnikiem sprzedawania wyłącznie bezpłciowych mp3 zamiast płyt cd. Wiadomo półka z płytami lepiej wygląda niż dysk z milionem gigabajtów mp3. Jednak już nagrywanie wyłącznie singli zamiast całych albumów powinno niektórym wykonawcom wyjść na dobre.

Taki Jamie T to tylko kropla w morzu  na brytyjskim (i nie tylko) rynku muzycznym pełnym bezwartościowego grania. Skuszony dwoma singlami postanowiłem sprawdzić całą płytę. Nuuuuudyyyy. Ta płyta Kings & Queens to tylko dwie w miarę fajne piosenki: Sticks ‚N’ Stones oraz Chaka Demus. Oba single. Reszta to totalne zapchaj dziury tylko po to by nagrać cały album. Single jak wiadomo są przebojowe. Jamie T łączy hip-hop z indie rockiem. Chórki dodają do tego popowości. Mamy hity. Całościowo jednak wygląda to dość mizernie. Piosenki są płytki, nijakie, nudne, ciągnące się w nieskończoność. Po przesłuchaniu płyty dochodzi do nas: „Jej co ja w zasadzie słuchałem?”.

Wolę młodego angola jako żywo rapującego kolesia do fajnych melodii o brytyjskim społeczeństwie itd. Na płycie to różnie wygląda. Emily’s Heart to typowy gitarowy wzruszacz. Nie przekonywuje mnie tutaj Jamie. Już taki Castro Dies lepiej brzmi. Słychać inspiracje amerykańskim wpływem. RUN/DMC zapewne jest znany młodej gwieździe MTV2. To taki w zasadzie jaśniejszy punkt tej płyty poza wspomniani dwoma singlami. Earth, Wind & Fire generalnie ma dobre momenty to i by uszło. British Intelligence ma natomiast nawet fajną gitarkę w tle. Jednak to za mało na dobrą ocenę. Za mało. Lubię The Streets bo wiem, że Mike Skinner na pewno miał ogromny wpływ na to co teraz robi Jamie T. Jednak Kings & Queens to słaba płyta. Nie ma co przeciągać tą i tak już naciągniętą recenzje. Ocena: 3/10

Posłuchajcie Chaka Demus.

Muse – The Resistance

The-ResistanceNo i jest. Najbardziej patetyczna, pretensjonalna, przesadzona i oczekiwana (w pewnych kręgach) płyta roku. Panie i Panowie. O to nowa płyta Muse. The Resistance! Yeaaah.

Powiem szczerze, że w tym momencie jeszcze nie wiem jaką przyznać ocenę. Dowiemy się na samym końcu. Jestem jednak pewien, że piąty już album Muse. Jest albumem nawet dobrym, ale najgorszym w całej ich dyskografii. Patos i pretensjonalność sięga tu zenitu.  Z jednej strony dobrze. Nie dadzą się zaszufladkować w britpop czy srindie, ale zabawa w zbawianie ludzkich dusz a la Queen nie wyjdzie im na dobre. Zacznijmy od początku.

Od dawna było wiadomo, że Muse będzie szedł w stronę „rocka progresywnego”, elektronikę i zabawy z orkiestrą. Tytuły piosenek, które zespół prezentował na swoim Twitterze tylko tą tezę potwierdzały. „Exogenesis: Symphony”? WTF? W Lipcu zespół zaprezentował w kawałkach United States of Eurasia. Nie było dobrze. Najgorszy utwór w dziejach tej kapeli nie zachęcał, w dodatku utwierdzał w przekonaniu, że od Black Holes of Revelations będzie już tylko gorzej, gorzej i gorzej. Trochę nadziei na średniactwo przywrócił Uprising, najgorszy do tej pory singiel zespołu.

W końcu nadszedł wrzesień. Można było przesłuchać 30 sekundowych fragmentów, które nie za bardzo wzruszały. W końcu gdy dało się posłuchać całości dochodzi się do pewnego łatwego wniosku: „fajnie, fajnie, ale to najgorsza ich płyta”. Początek eksperymentalny jak to zwykle u Muse bywa. Uprising, z fajnymi momentami i nawet niezłym basem. Resistance, Undisclosed Desires czy Guiding Light poprzez klawisze, syntezatory niebezpiecznie zahaczają już w tym momencie o kicz. Jednak pomijając to warto odnotować dobre teksty i nawet niezłe momenty. Gdzieś na wysokości 2:05 Resistance nabiera ta „coś” co lubię u Muse. Undisclosed Desires to kolejna część przygód z disco a la Supermassive Black Hole. No i tekst niczego sobie. „I want to reconcile the violence in your heart / I want to recognize your beauty’s not just a mask”. Spoko. Widoczne duże inspiracje dokonaniami grup z lat 80 jak wspomniany wcześniej Queen czy nawet Duran Duran. Te solówki gitarowe na Guiding Light czy cały już United States of Eurasia, który generalnie drażni całością. Tekstem, idiotyczną melodyjką wyrwaną niczym z gry „Perskie Wojny” i chórkami. Argghhh.

Fani powinni być bardziej zadowoleni z drugiej części płyty, która dla mnie jest auto kopią z lekksza. Taki Unnatural Selection. OK dynamiczny, fajna perkusja. Nie brzmi wam to jednak jak New Born? Są fajne momenty, ale już ta hardkorową końcówkę można było sobie odpuścić. MK Ultra. Tutaj fani pieją z zachwytów. I generalnie rozumiem tą postawę bo w sumie mocny punkt płyty. Granie spod znaku The Small Print, już wyobrażam sobie Bellamy’ego skaczącego z gitarą większą od niego przy tym utworze. No i dochodzimy do najlepszego momentu płyty. Oj tak, tak. Nie tylko ja podzielam taką opinię, że I Belong To You/Mon Coeur S’Ouvre a Toi to najlepszy kawałek na płycie:

xxx
2009-09-11 15:12:23
szczerze….czy mi sie podoba?

Ja1
2009-09-11 15:12:54
pewnie nie

xxx
2009-09-11 15:12:56
zarąbista,jestem w polowie ale naprawdę fajna!
2009-09-11 15:13:03
no co ty super

Ja1
2009-09-11 15:13:12
to luzacko

xxx
2009-09-11 15:13:19
zaraz druga po Creep,ale fajna jest sciagne ja sobie

mawgli mówi:
wrzesień 12, 2009 o 8:13 am | Odpowiedz edytuj

Ja słuchałam ‘mon coeur s’ouvre a Toi…’ zarąbista.Posłuchaj warto.;))

No i jak się okazuje najlepszy kawałek na płycie to cover. Nie dobrze. Na koniec jeszcze Bellamy spełnia swoje marzenia o albumie z orkiestrą. Fani spod znaku Absolution powinni być zadowoleni. Oczywiście sporo Chopina z nutką wokalu Bellam’ego wyrwanego niczym z Micro Cuts, riffującą gdzieś w tle gitarą i spokojna perkusją. Zespół eksperymentuje na maksa. Brak tutaj radiowych killerów w stylu Starlight. Oni mogą sobie na to pozwolić. Młody rocznik ich ubóstwia a angielskie media ustawiają w jednym szeregu z Radiohead a nawet The Beatles. Muse ma się dobrze. Nie nagrywa już takich płyt jak Showbiz czy Origin of Symmetry. Wystarczy przejechać się po Ameryce z Bono. Efekt Gwarantowany.

Zabawa w robienie z siebie zlepek najlepszych wykonawców w dziejach trwa. Ocena: 6/10. Posłuchajcie sobie Mon Coeur S’Ouvre a Toi.

Dinosaur Jr – Farm

dinosaur-jr-farm-album-artOk. W sumie fajna sprawa z tym nowym wydawnictwem Dinosaur Jr. Nie ukrywam, że jestem zaskoczony. Pozytywnie.

No bo generalnie ile to już było tych wielkich powrotów? The Verve, Guns N’ Roses, Queen (plis) i ostatnio nawet Public Image Ltd. Nie ukrywajmy. To są zwykłe skoki na kasę. Lepiej skończyć w odpowiednim momencie i dać sobie spokój. Sądziłem, że Dinosaur Jr – czyli legenda indie, pionier, lata 80, esencja, jeden z tych wykonawców, który faktycznie można nazwać indie.Sądziłem,że w chwili kiedy weszła moda na trampki i bycie off wracają by dorobić do emerytury.

No myliłem się. Oni faktycznie jeszcze potrafią nagrywać z głową. Może nie porywają już tak jak kiedyś. Może to nie to samo co legendarne albumy z lat 80, ale na pewno wyróżniają się wśród nowych produkcji młodszych kolegów. Chociaż czasem się zastanawiam, może to iluzja? Chęć odnalezienia tego jednego wykonawcy, legendarnego, który nie splamił swojego honoru. No bo taki U2 to wiadomo. Albo jest się krytykiem albo fanatykiem. Podobno Radiohead też już wchodzi w ten etap, ja w to nie wierzę bo jeszcze mimo wszystko nie nagrali słabej płyty. Poza tym Michael Jackson umiera, Madonna wydurnia się a Oasis rozpada. No i ci biedni recenzenci szukają tego jednego zespołu, który zawsze jest OK. Pada na Dinosau Jr.

No bo w sumie. Płyta fajna. OK, ale niektóre oceny znacznie zawyżone. Serio. To nie jest materiał na płytę roku. Tak fajne solówki gitarowe, rozbudowane aranżacje, ale… pojawiają się dłużyzny i momentami jest nie równo. Żeby czerpać przyjemność z płyty trzeba wykazać się nie tyle co miłością do indie, prawdziwego indie (Nie tego w stylu The Killers. W tym momencie można spiewać „It’s indie rock’n’roll for me”) a zwykłą cierpliwością do tego albumu. Serio godzina nawet najlepszych solówek potrafi nieźle zmęczyć. Wiadomo żyjemy w erze hardkorów, ale trochę spokoju w życiu też musi być.

W sumie to nawet nieźle, że jest głośno, rockowo itd. Kolejnej płyty z balladami nagranej przez weteranów nie zniósłbym. Będą teraz musieli uważać na ten sukces, bo za pewne obecnie są bardziej znani niż w latach 80. Znaleźć złoty środek Arystotelesa, może zacząć medytować? Trzeba zawsze pokazywać klasę. No bo jak taki Rolling Stones zostanie zapamiętany? Jako niegrzecznie gwiazdy lat 60, 70 czy brzydkie staruchy z XXI wieku? Mogę tutaj się teraz odnieść do kwestii Oasis. Cieszę się z tego co się stało. Lubiłem ten zespół. Powinni zrobić to może nawet wcześniej? Blur na tym dobrze wyszedł. I tak kończąc moje rozważania. Pointa. Lepiej zakończyć w dobrym momencie niż rozdrabniać się na drobne. A jak wracać to z klasą. Tak jak Dinosau Jr. Najważniejsze, żeby się nie „upupiać”. Ocena: 7/10

P.S. Fajna okładka