Dinozaury Indie Rocka żyją! – recenzja „Sweep It Into Space” Dinosaur jr.

Co prawda, już od paru dobrych dni mamy rok 2022. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do minionego roku, gdyż warto przyjrzeć się najnowszej płycie pewnego legendarnego zespołu. Mowa o Dinosaur Jr, czyli pionierach indie rocka, którzy zaczynali przygodę z muzyką 37 lat temu. Ich debiutancki album „Dinosaur” nie przyniósł im wielkiej sławy, dopiero wydany w 1987 roku „You’re Living All Over Me” wpisał się na stałe do kanonu muzyki gitarowej. Od tamtego czasu grupa wydała dziesięć krążków, ich zeszłoroczny „Sweep It Into Space” jest już dwunastym w kolekcji.

Wydawać by się mogło, że przy okazji wydawania już dwunastego longplayu indie rockowego i mając na karku grubo ponad pięć dych nie wymyśli się już prochu. Nic bardziej mylnego. Grupa od momentu kiedy reaktywowała karierę w 2005 roku potrafiła zaskoczyć. Tak było przy okazji wydania krążka „Beyond” i „Farm„, o którym pisałem TAK. Tak też jest w przypadku „Sweep It Into Space„.

Jest moc, energia, powiew świeżości a to wszystko opatrzone dojrzałością twórczą. Tak w skrócie można by opisać najnowsze wydawnictwo Dinosaur Jr. Oni nie grają jak typowe dziady. Grają tak, jakby wciąż mieli coś do udowodnienia. J Macis – wokalista, gitarzysta i twórca tekstów, wciąż nosi długie włosy i trampki. Może i są już siwe, a na twarzy pojawiły się zmarszczki jednak w jego muzyce wciąż słuchać młokosa z dawnych lat. Posłuchajcie takich utworów jak „Walking To You„, „I Met The Stones” czy też „Garden” by się o tym przekonać.

Generalnie, najnowszy krążek Dinosaur Jr. to pozycja pod wieloma względami wyjątkowa. Gdyby nie rozpatrywać go pod względem, że twórcami są legendarni już J Macis, Lou Barlow i Murph to można by pisać o indie rockowym okryciu roku. Fajnie, że chłopaki wciąż potrafią zachwycić. Zwłaszcza, że indie rock sam w sobie wydaje się być gatunkiem w którym ciężko jest nagrać coś świeżego. Dinozaurom to się udało. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Popowa twarz Nathana Williamsa – recenzja „Hideaway” Wavves

Tradycyjnie nie mogło również zabraknąć na blogu recenzji najnowszej płyty Wavves. Mimo, że od premiery mija prawie pół roku to nadrabiam zaległości i śpieszę donieść o najnowszej propozycji od Kalifornijczyków.

O tym, że jestem gigantycznym fanem grupy wiadomo od dawna. Co jakiś czas daje o tym znać na blogu przy okazji premiery kolejnych płyt od Nathana Williamsa. Nie mniej w ocenie płyty nie jestem zaślepiony swoją miłością do grupy, także nie jest to laurka od szesnastoletniej groupies. Tradycyjnie także w tym miejscu zaapeluje by grupa wpadła do Polski na koncert, najlepiej tej południowej. Jakoś wciąż nie mogę przeboleć tego odwołanego występu z Off Festivalu 2009… Przejdźmy jednak do sedna tematu, czyli płyty.

„Hideaway” to już siódmy album grupy. Tym razem Williams i spółka prezentują na nim bardziej popowe oblicze. Brzmienie piosenek jest złagodzone, brakuje tutaj dotychczasowego punkowego grania i psychodelicznych odlotów. Jest to muzyka do samochodu, a nie do picia alkoholu z kumplami i jeżdżenia na deskorolce. Williams odwołuje się tutaj do klasycznego, balladowego amerykańskiego rocka. Takie piosenki jak: „Caviar” czy też „Honeycomb” to potwierdzają. Co więcej Williams chyba dużo czasu spędził na pustyni pisząc te utwory, gdyż znajdziemy tutaj nawet elementy country w „The Blame„.

Co więcej, zdaje się, że Wavves zaczyna uderzać także w bardziej mainstremowe tony tworząc przyjazne radiu single w postaci tytułowego „Hideaway” czy też „Sinking Feeling„. Po zmianie kierunku przez takie grupy jak Cold War Kids czy też Arcade Fire nie zdziwiłoby by mnie zbytnio, gdyby zaczęli grać w radiu Zet Wavves. Jednak nie jest to jeszcze pełna metamorfoza, gdyż stary, dobry Wavves znajdziemy pod koniec płyty w „Planting a Garden” i „Marine Wife„.

Generalnie płyta jest OK. Jest letnio, melodyjnie i przyjemnie. Materiał trwa ledwie pół godziny, także warto się zapoznać. Nie mniej i tak w tym roku częściej słuchałem pamiętnego „King of The Beach„. Ocena: 6/10.

Teleporady od Tylera – recenzja „Call Me If You Get Lost”

O tym, że Tyler Gregory Okonma wielkim artystom jest przekonujemy się przy okazji każdej jego kolejnej płyty. Pierwsze wydawnictwa jak „Bastard” i „Goblin” jeszcze tego nie wskazywały, ale już uświadamiały słuchaczowi, że mają do czynienia z nową, nietuzinkową postacią na scenie hip-hopowej. Wydany w 2013 „Wolf” nie wprowadzał rewolucji, jednak już na „Cherry Bomb” oraz „Flower Boy” dowiedzieliśmy się, że Tylerowi w duszy gra r’n’b. Bardziej popowe oblicze rapera w pełni usłyszeliśmy również na jego ostatnim, kapitalnym krążku „Igor”. Wydawnictwa rapera z LA to idealny obraz tendencji wzrostowej, rozwoju, eksperymentowania i nabierania doświadczenia.

Jak ma się zatem sytuacja na jego najnowszym, już siódmym długograju? „Call Me If You Get Lost” to w pewnym sensie powrót do korzeni. Dobrze przyjęte r’n’b ponownie łączy się z dość mrocznymi i dziwacznymi wstawkami hip-hopowymi. Już otwierający całość „SIR BAUDELAIRE” można określić „it sooo 2015”. A wspominane przeze mnie nagłe zmiany stylu już słychać w trackach 4 i 5, gdzie po błogim, popowym „WUSYANAME” wchodzi goblinowy Tyler w „LUMBERJACK„. Dobrym przykładem jest także utwór „MASSA„, gdzie do około 20 sekundy brzmi on jak jakiś soundtrack z filmu Disneya by potem nagle wtargnął posępny beat. Generalnie w strefie dźwiękowej płyta ponownie jest pełna różnorakich wpływów i wachlarzy stylów. Materiału jest całkiem sporo, a wymienianie co tu znajdziemy jest zbędne. Jest tutaj wszystko co jest dobre.

Lirycznie także Tyler zdobywa medal. Błyskotliwe zwrotki, cięte riposty, nawiązania do popkultury, ironizowanie, dziwoty i co chwilę dzwoniący telefon. Czy na taką teleporadę chcielibyśmy zadzwonić? Po paru piwkach chętnie! Poza tym po drugiej stronie telefonu usłyszymy także wiele ciekawych nazwisk. Wśród gościnnych występów znajdziemy m.in. Pharrella Williamsa, DAISY WORLD, Lil Wayne’a czy też Ty Dolla $ign.

Podsumowując, najnowszy album Tylera, The Creatora „Call Me When You Get Lost” to kolejna dobra propozycja muzyczna. Artysta ponownie wrócił do hip-hopu, nie zapominając jednocześnie o swoim bardziej popowym obliczu, które w ostatnim czasie pozwoliło mu wypłynąć na szersze wody. Mimo, że „Igor” oraz „Flower Boy” to dzieła o półkę wyższe, to raper wciąż ma wiele do przekazania. Warto się zapoznać, bo to jedna z lepszych tegorocznych hop-hopowych longplayów. Ocena: 8/10.