Wybudzenie z zimowego snu – przegląd muzyczny z pierwszego kwartału roku

Co tu dużo gadać, nie rozpieszczałem was w ostatnim czasie zbyt dużą ilości publikacji. Jednakże skoro mamy coraz więcej słońca a pogoda staje się coraz to cieplejsza to pora wybudzić się z zimowego snu. Na pierwszy rzut przegląd płyt, które słuchałem minionej zimy.

Slowthai – TYRON. Zdecydowanie najlepsza pozycja jaką słuchałem w minionym kwartale. To wspaniale słyszeć jak Brytyjski raper się rozwija. Co prawda już wcześniejsze „Nothing Great About Britain” było pozycją nietuzinkową, jednak „TYRON” w moim odczuciu jest płytą znacznie lepszą. Nowocześniejsze brzmienie, świetna produkcja, udane występy gościnne (Skepta, James Blake, A$AP Rock) oraz sam Slowthai, który wydaje się dojrzalszy i odważniej depczący po rynku muzycznym. Wystarczy się wsłuchać w genialne „feel away”, by doświadczyć, że obcujemy z rzeczą wielką. „MAZZA„, „terms” czy też „DEAD” udowadniają, że Brytyjczyk idealnie wpisuje się w współczesne rapowe trendy. Co więcej muzyk potrafi też w teledyski. Zobaczcie tylko creepy klip do „feel away” czy też wspaniałe nawiązania do kinomatografii w „CANCELLED„. Sam raper podzielił płytę na dwie części. Pierwsza, pisana dużą czcionką jest bardziej rapowa. Druga, pisana małą czcionką to więcej eksperymentów z innymi gatunkami i znacznie lżejsze brzmienie. Całość jednak daje wspaniały efekt. Widzimy się wysoko w podsumowaniu rocznym. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Wild Pink – A Billion Little Lights. Wild Pink to zespół, których powstał w 2015 roku w dzielnicach Brooklyna i Queens Nowego Jorku. I to jest już zadziwiające, gdyż po pierwszych odsłuchach „A Billion Little Lights” myślałem, że to zespół z jakiejś małej mieściny z centrum kraju, ewentualni Kanady. Dream popowe brzmienie zahaczające o folk zmyliło mnie, gdyż Nowy Jork zawsze bardziej kojarzył mi się z surowym i takim czarno-białym podejściem do muzyki. Jak widać i w tym mieście potrafią bujać w obłokach, bo ta płyta jest jak bujanie w obłokach. Słuchając „A Billion Little Lights” czujemy się jak na wakacjach na wsi. Jest ciepło, leniwie, blisko natury, spokojne i trochę nudno, ale to akurat dobrze. Czasami dobrze jest wyłączyć się na wydarzenia ze świata i odpalić sobie taką płytę. Dobry restart dla umysłu. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cassandra Jenkins – An Overview on Phenomenal Nature. Kolejna pozycja z nowojorskiego Brooklynu i kolejna poruszająca brzmieniem piękno świata. Już tytuł tej płyty mówi wprost o czym ta płyta jest. Niestety nie przemówiła ona tak mocno do mnie jak do redakcji Pitchforka. Mimo, że Pani Jenkins prowadzi świetne monologi i bardzo ładnie łączy elementy jazzu z indie-popem to dla mnie zbyt często jest przekraczana pewna granica, która odróżnia muzykę ambitną od tej, która tylko chce być ambitna. Generalnie nie jest źle, ale nie jest to typ muzyki, której chce teraz słuchać. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Przyznam, że po pierwszym odsłuchu tej płyty byłem rozczarowany. W sumie to nic dziwnego, bo czego się spodziewać po takim albumie jakim był fenomenalny „Norman Fucking Rockwell!”? To w końcu najlepsza płyta artystki i mój absolutny numer jeden roku 2019. Ta całkowicie normalna i naturalna reakcja zmieniła się po kolejnych odsłuchach. Tej płycie trzeba dać czas zrozumieć, że mamy rok 2021 a nie 2019 by spojrzeć na nią z innej strony. Lana Del Rey to wciąż cudowna wokalistka, która cieszy moje uszy i duszę. Być może najnowsza płyta nie powtarza sukcesu poprzedniczki, ale to świetny zestaw piosenek, który pozostanie ze mną na długo. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Playboi Carti – Whole Lotta Red. W muzycznym podsumowaniu za rok 2017 otrzymał ode mnie naklejkę z napisem „nadzieja amerykańskiego rapu”. Minęły trzy lata a raper z Atlanty udowadnia, że wciąż ma ogromny potencjał. Trochę szkoda, że nie przerodziło się w coś więcej. Nie mniej Tylerowi też zajęło trochę czasu by stać się rapowym wyjadaczem. Póki co na „Whole Lotta Red” słyszymy wszelkie zasady jakimi powinien sie kierować każdy sequel, czyli – „WSZYSTKIEGO WIĘCEJ”. Czy to dobrze? Nie wiem, może i tak bo ludzie wciąż chcą słuchać takiego rapu. W moim przypadku tego typu plastikowe beaty i wszędobylski auto-tune stają się coraz bardziej irytujące. Nie zrozumcie mnie źle, bo słuchanie tej płyty przynosiło mi wiele frajdy. Jednak czuje już w kościach, że kolejny tego typu krążek nie spotka się z moją akrobatą. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cloud Nothings – The Shadow I Remember. Chyba nie myśleliście, że nie sprawdzę najnowszej płyty chłopaków z Cleveland będąc ogromnym fanem ich wcześniejszej twórczości? Takie krążki jak „Attack On Memory„, „Here And Nowhere Else” czy też nagrane na spółkę z Wavves „No Life For Me” na stałe wpisały się do mojego osobistego panteonu „CZADERSKIEJ MUZYKI” (określenie to kolejny oryginalny pomysł mojej żony). Niestety nie mogę tego powiedzieć o najnowszej propozycji Dylana Baldiego i ekpiy. Co prawda „The Shadow I Remember” to przyzwoity krążek, który pokazuje, że Cloud Nothings wciąż potrafią doskonale w Lo-Fi. Jednak dla mnie jest on zbytnio przewidywalny, wtórny, trochę za grzeczny by nie mówić nudny. Przesłuchałem kilka razy, jest OK, jednak nie na tyle by wracać do niego po latach. Jednak by nie zniechęcać powiem na koniec, że to wciąż dobra muzyka. Po prostu jako ich ogromny fan, wymagam od nich nieco więcej. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku – recenzja gry „Obcy: Izolacja”

W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku, jednak te które będziesz z siebie wydawać podczas grania w „Obcy: Izolacja” usłyszy cała twoja ulica, zapewniam. Wydana w 2014 roku gra przez Segę to ostatnia pozycja, którą nadrabiałem z uniwersum Aliena. Jak dotąd nie recenzowałem w tym miejscu gier komputerowych, jednak ta pozycja jest na tyle dla mnie ważna, że musiałem poczynić debiut w tej materii.

Obcy: Izolacja” jest bezpośrednią kontynuacją filmu Ridleya Scotta „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo”. Akcja ma miejsce w 2137 roku, 15 lat po wydarzeniach z Nostromo. Główną bohaterką jest Amanda Ripley – córka Ellen Ripley, która wyrusza na stację kosmiczną Sewastopol w celu odnalezienia czarnej skrzynki Nostromo i odkrycia prawdy o zaginięciu matki. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że stacja jest opustoszała a nieliczni ocalali walczą nie tylko między sobą, ale także z androidami oraz tajemniczym, kosmicznym mordercą…

Na czym polega wyjątkowość „Alien: Isolation„? Przede wszystkim, że jako jedyna gra z uniwersum Obcego bazuje w głównej mierze na klimacie oraz świecie przedstawionym w filmie Ridleya Scotta. Wszystkie gry (a nie było tego mało) z obcym w głównej roli, takie jak cała seria „Alien vs Predator” czy też „Aliens: Colonial Marines” nawiązywały do sequelu Jamesa Cameroona „Obcy: Decydujące Starcie„. Rozgrywka polegająca na rozwalaniu hordy ksenomorfów została zredukowana do skradania się i rozwiązywania zagadek. Gra z 2014 roku to gatunkowo horror i głównym zamierzeniem jej jest straszenie. A to jej udaje się wyśmienicie. Zwłaszcza za sprawą muzyki oraz niesamowitego dźwięku. Swoje robi także kapitalna sceneria, która bezpośrednio nawiązuje do wyglądu wnętrza Nostromo. Długie wąskie korytarze, liczne schowki w ścianach, komputery, szyby wentylacyjne czy też rekwizyty sprawiają jakbyśmy faktycznie znajdowali się w środku filmu z 1979 roku.

Jadnak najwięcej strachu nagoni nam pojawiający się nieraz znikąd Obcy. Ripley, mimo tego, że posiada różnorakie skonstruowane przez siebie bomby hukowe, dymne, świetlne a także zestaw broni w postaci miotacza ognia, shotguna czy też rewolweru nie jest w stanie zabić stwora. Każde bliższe spotkanie z obcym kończy się naszą śmiercią i rozpoczęciem gry od zapisu. Wspomniane bronie w innych seriach gier o obcych spokojnie starczyłyby na stado ksenomorfów. Tutaj, co najwyżej przegonimy go na chwilę by móc dostać się do następnego pomieszczenia lub punktu zapisu. I to jest najpiękniejsze w tej grze, gdyż czujemy tę samą niemoc i strach co załoga Nostromo. Jedyną opcją jest unikanie kosmity poprzez chowanie się w zakamarkach, szafkach czy pod stołem (Co też nie daje 100 procentowej gwarancji, że nas nie znajdzie) lub odwracanie jego uwagi poprzez robienie hałasu. Obcy w tej grze nie porusza się także utartymi schematami, które można by zapamiętać i wykorzystać. Ba, można nawet powiedzieć, że to cwana bestia w grze. Uwierzcie, zginiecie z jego ręki (a raczej szponów czy też ogona) wiele razy!

Jednak nie tylko Obcy nam zagraża. Na Sewastopolu poruszają się także uzbrojone grupy ludzi oraz „zepsute” androidy, które przez pomoc rozumieją duszenie i rozwalanie czaszki. Wspomniane przeszkody można zlikwidować bronią, jednak często nie jest to najlepsze rozwiązanie, gdyż przywołujemy w ten sposób obcego. Najlepszym rozwiązaniem jest skradanie, a korzystanie z broni zostawić do absolutnej konieczności. W grze pojawiają się dwie rzeczy, które ułatwiają nam rozgrywkę. Pierwszą z nich jest czujnik ruchu, który nie dość, że wskazuje nam kierunek w którym powinniśmy się udać to pokazuje poruszające się dookoła obiekty. Drugą natomiast jest wspomniany miotacz ognia, który sprawia, że obcy staje się mniej groźny.

Poza kwestiami wizualnymi i dźwiękowymi najmocniejszą stroną gry jest jej fabuła i postacie. Historia jest ciekawa, zaskakująca i wciągająca. Dziwię się, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł zrealizowania serialu opartego na tej historii. Co prawda w 2019 roku powstał 7-odcinkowy serial „Alien: Isolation Digitaj Series„, jednak jest to wyłącznie zlepek scen z gry wzbogacony o parę ujęć nie ukazanych wcześniej, który należy bardziej traktować jako ciekawostkę albo dodatek do gry. Generalnie w historii Amandy tkwi potencjał na coś dużego, co sprawnie wykorzystała Sega wydając grę.

Pomimo tego, że poniższa ocena nie wskazywałaby tego to gra zwiera kilka błędów i minusów. Jednak dla mnie są one na tyle nieistotne, że nie miały wpływu na końcową ocenę. Nie mniej ze względu na rzetelność recenzji napomnę, że wielu graczy może zrazić długość rozgrywki. Momentami ciągnie się ona za bardzo. Zwłaszcza początek rozgrywki jest zbytnio rozbudowany. Denerwująca może być także schematyczność zadań, które powtarzają się. W grze często pojawia się motyw, że pomimo tego, że udało nam się gdzieś dostać i „coś włączyć” to nie ma to żadnego pozytywnego wpływu, gdyż zawsze „coś pójdzie nie tak”. Pojawiają się także bugi w postaci wiszącej w powietrzu broni czy też obcego idącego w miejscu.

Nie mniej „Obcy: Izolacja” to z całą pewnością najlepsza gra z uniwersum Obcego jaka dotąd powstała oraz jedna z najlepszych gier jakie przyszło mi grać. Co prawda, nie jestem wytrawnym graczem i generalnie wolę „popykać” w coś co grałem już kiedyś, jednak ta proporcja strachu i rozrywki urzekła mnie. Swoją drogą ciężko mi opisać swoje odczucia bo nigdy wcześniej nie robiłem sobie przerw w trakcie gry by złapać oddech i odsapnąć. Już wiele emocji wywoływało u mnie samo włączanie gry, gdyż ponownie poczułem te same ciarki gdy pierwszy raz na Polsacie wieczorem oglądałem film „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo„. Co więcej, mimo, że gra wciągnęła mnie na maksa to spędziłem z nią mnóstwo czasu, gdyż robiłem sobie trwające czasem kilka dni przerwy by dawkować te emocje w mniejszych proporcjach. I dlatego też jest to dla mnie totalne arcydzieło. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Na ostatniej prostej – przegląd płyt z listopada

Słabo ten rok się kończy pod względem muzycznym. Pod filmowym z resztą też, wychodzą na wierzch pandemiczne efekty. Niemniej zdołałem przesłuchać parę płyt w ostatnim czasie, o to moje spostrzeżenia:

Action Bronson – Only for Dolphins. Raper z Queens w przyszłym roku będzie obchodził dziesięciolecie swojej rapowego debiutu na rynku wydawniczym. To ciekawe jak potoczyła się jego droga, od ciekawostki w hip-hopie to pełnowymiarowego fundamentu tego gatunku. Co prawda z Panem Bronsonem jestem na Ty dopiero od 2015 roku, kiedy to zachwycił za sprawą kapitalnego „Mr. Wonderful„. Jednak mogę śmiało powiedzieć, że koleś znalazł dla siebie miejsce gdzieś pomiędzy funkiem a rapem. Jego najnowszy album ponownie potwierdza tą tezę. Zabawa z gatunkami muzycznymi w podkładach to znak rozpoznawczy Bronsona. Dostajemy m.in. muzykę orientalną w „Mongolii„, jazz w „Vega” czy też discowo-funkowy „Splash„, a to tylko zalążek bo jest tego więcej. Do tego dochodzi oryginalny, uliczny flow rudobrodego grubaska. Mi to ponownie się podoba. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Kylie Minouge – DISCO. Przyznaję, że ostatnią dekadę w wykonaniu Kylie przespałem. Ostatnia jej płyta, którą słuchałem to „Aphrodite” z 2010 roku… A przecież jako wielki fan Australijki swego czasu zrobiłem przegląd jej twórczości na blogu. Nie mam zatem porównania jak się ma jej najnowszy album do tych wydanych w ostatnim czasie. To jednak nie szkodzi w ocenie, która jest pozytywna. Kylie Minouge to zawsze gwarancja jakości. Tym razem artystka uderza w modne w ostatnim czasie disco. Po wcześniejszych płytach Jessie Ware czy chociażby Arcade Fire można było się spodziewać, że ów trend obierze szerszy zasięg. Płyta słucha się przyjemnie, jest tanecznie, melodyjnie i … troszkę na jedno kopyto. Większość kompozycji brzmi podobnie, co jest dość istotnym mankamentem. Nie mniej na imprezę sylwestrową się nada, a w 2021 na pewno będzie dużo lepszych płyt do słuchania. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Nothing – The Great Dismal. Dobrze słyszeć, że w 2020 shoegaze wciąż ma się dobrze. Czwarta w kolekcji płyta Nothing to mocna pozycja w kategorii alternatywne gitarowe granie. Lider grupy Domenic Palermo ponownie stawia na ciężki klimat i jeszcze cięższe gitarowe przestery. Swoją drogą ta mieszanka dream-popu, shoegaze i post-punku wyjątkowo dobrze brzmi. Już od pierwszych sekund „A Fabricated Life” wiemy, że będziemy mieli do czynienia z czymś klaustrofobicznym, mrocznym i klimatycznym! Być może Nothing nie wymyślają tutaj prochu, ale w ładny sposób układają te klocki. Małe tego typu płyt słuchałem w tym roku, ale jeszcze mnie płyt na tak wysokim, dobrym poziome. A to się ceni. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

TV Freaks – People. Na swoim czwartym już w kolekcji albumie grupa z Hamilton w prowincji Ontario wciąż brzmi jak typowy garażowy punkowy band. W sumie płyta została nagrana w domowych warunkach jednego z członków zespołu, i to w jeden weekend. Można powiedzieć, że Kanadyjczycy nie przerwanie od momentu debiutu w 2011 roku nie spuszczają z siebie part. Jest mocno, energicznie, agresywnie i DOBRZE. Grupa postanowiła zadedykować album zamkniętemu nie dawno klubowi muzycznemu This Ain’t Hollywood znajdującemu się w ich mieście. Ów miejsce było nieformalnym domem zespołu oraz sceną dla lokalnych legend gatunku. Co prawda czasy się zmieniają, miejsca przemijają, bandy się rozpadają, ale siła w punku wciąż brzmi ogromna. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

$NOT – Beautiful Havoc. Edy Edouard nie zwalnia tempa. Nie dawno ( 6 marzec 2020) wydał debiutancki krążek „TRAGEDY +„, (którego nazwa brzmi jak jeden z programów socjalnych od partii rządzącej), by pół roku później wypuścić kolejny materiał. To niezwykłe jak przez te sześć miesięcy udało się młodemu raperowi przygotować jeszcze lepszy, dojrzalszy longplay. Urodzony w Nowym Jorku, a obecnie urzędujący w West Palm Beach na Florydzie całkiem nieźle sobie radzi na hip-hopowym rynku. Nie jest to być może odkrycie na miarę Migos czy też Earla Sweatshirta, ale czuć potencjał. Bardzo dobrze chłopakowi zrobił wyjazd na południe, gdyż czuć w jego muzie ten ciepły chillout. Szóstka na zachętę.

Ocena: 3 na 5.

Taco Hemingway – Europa. Przyznam szczerze, że w ostatnim miałem problem z nowymi wydawnictwami Taco Hemingwaya. Trochę za dużo było naśladownictwa zachodnich, trapowych raperów. Nieznośna maniera opatrzona wąsem na tyle spodobała się szerokiej gawędzi, że moje odczucia do warszawiaka szły w zupełnie odwrotną stronę. Na szczęście na „Europie” raper zauważa, że nie jest Kanye Westem i że rap to powinno być coś więcej niż chwalenie się gadżetami i dupami. Nagrany w pandemicznych warunkach album stara się być koncept-albumem o współczesnych czasach z COVIDEM w tle. Wydany kilka dni wcześniej „Jarmark” jest w sumie podobnym stylu i tonie. Wspominam o tym krążku, gdyż „Europa” ukazała się niespełna tydzień po „Jarmarku„… Który z nich jest lepszy? Oceńcie sami. Osobiście rozpatruje obie płyty jako jedną składająca się z dwóch krążków… Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.