Problem PRO8L3Mu

problem 1Oto nadszedł ten moment, kiedy to legendarny już duet Oskar – Steez, ukrywający się pod nazwą PRO8L3M wydał swój debiutancki album długogrający. Oczekiwania były wielkie, gdyż wypuszczony dwa lata temu mixtape „Art Brut” doczekał się miana kultowego. Połączenie przeglądu polskiej muzyki rozrywkowej lat 70 i 80 z szorstkimi, ulicznymi opowieściami stały na bardzo wysokim poziomie i był na tyle fajne, że od razu kupiły uszy i serca słuchaczy. Co zaprezentował warszawski duet na Self Titled albumie? O tym poniżej.

Od razu zaznaczę, że moje oczekiwania i nadzieje związane z tym albumem zostały spełnione połowicznie. Wizja koncept albumu z futurystycznymi opowieściami i filmowymi nawiązaniami przypadła mi do gustu. Jednak to co wygląda apetycznie na papierze, często w rzeczywistości już tak smakowite nie jest. Przede wszystkim główną bolączką „PRO8L3MU” jest misz masz, który nam został zaserwowany. Jest zbyt pompatycznie i poważnie. Zamachy terrorystyczne w Warszawie? Zupełnie nie moje klimaty. Rozważania na temat bogactwa i luksusu? Nudzi mnie to. Seks, alkohol i hazard? Mało oryginalnie. 99 % rap albumów jest o tym. Za dużo tu roleksów, felg 24 i drogich samochodów, a za mało prawdziwych historii. Podobały mi się za to fajne nawiązania w stylu K-PAX czy też Rodziny Soprano. Jednak to za mało bym wracał do tej płyty jak do „Art Brutu„.

PROBLEM 2016Pozostaje kwestia muzyczna. Steez tym razem serwuje nam zupełnie coś innego. Elektroniczne, bogate dźwiękowo beaty cieszą ucho. Co prawda wolałem PRO8L3M w wersji z „Art Brut„, jednak nie można się rozwijać grając ciągle to samo. Formuła zawsze w pewnym momencie się wyczerpie. Poza tym byłoby to pójście na łatwiznę. Dlatego cieszy mnie taki obrót sprawy. Swoją drogą, to chciałem sprawdzić jakie zdolności twórcze ma Steez. Okazało się, że ma nosa również do nowoczesnych, zgrabnych podkładów. Mój szacunek!

Biorąc po uwagę kwestie produkcyjne i marketingowe to PRO8L3M wykonał duży krok w przód. Jednak gdzieś w tym całym wielkim, hollywoodzkim seansie filmowym o Warszawie przyszłości zgubił swoją prawdziwość i szczerość. A to był zdecydowanie największy atut, za który polubiłem warszawski raperski duet. Ocena: 6/10.

 

Nocny netoperek kontra facet w getrach

batman v superman 2016W ostatnich kliku latach producenci filmowi do zbrzydzenia obrzucają nas nowymi filmami o komiksowych superbohaterach. Spiderman wałkowany na nowo, jacyś skandynawscy bogowie z toporami, super zespoły typu Avengers, człowiek mrówka i wiele, wiele innych. Jedne lepsze, inne gorsze. Mnie te kinowe seriale totalnie nie ruszają, ALE jak pojawia się postać Batmana… To wszystko zmienia. W końcu to najbardziej mroczna postać ze wszystkich superbohaterów, ideał heroizmu z dzieciństwa i żywa deficnicja bycia cool. Przecież nikt nie chciał być Supermanem. Przynajmniej w moim kręgu. Każdy chciał być człowiekiem nietoperzem! Latanie i strzelanie oczami? To takie banalne. Batman miał ludzką siłę i komplet świetnych zabawek. Z tym łatwiej jest się identyfikować.

O Batmanie pisałem już parę lat temu na blogu. Od tamtego czasu pojawił się jeszcze w ostatniej części trylogii Nolana i teraz w filmie Zacka Snydera, reżysera m.in. „300” oraz „Watchmen: Strażnicy„. „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości” to kontynuacja filmu „Człowiek ze Stali” oraz zapowiedź nadchodzącej „Ligi Sprawiedliwych„. Nie będę ukrywał, że postacie DC Comics są mi znacznie bliższe niż, te z Marvela, dlatego też ta koncepcja zainteresowała mnie dość wyraźnie. Jednak nie czarujmy się. Nie są to seanse najwyższych lotów. „Człowiek ze Stali” wynudził mnie niemiłosiernie, a tegoroczna propozycja Snydera? O tym poniżej.

batman v superman affleckBatman v Superman: Świt Sprawiedliwości” to film o niczym. Niby są tu jakieś dramaty, ale ogląda je się bez żadnych emocji. Przede wszystkim przygniata nas ten wszechobecny patos. Superman toczy walkę z najeźdźcami z kosmosu, Bruce Wayne grany przez Afflecka chodzi z tą swoją smutną miną, Dziennikarka Lois Lane (W tej roli Amy Adams) prowadzi jakieś NIEZWYKLE WAŻNE dziennikarskie śledztwo, gdzieś tam w tle rozgrywa się jakiś polityczny problem a Lex Luthor coś tam majaczy o wielkim planie i upadłych aniołach. Każda scena wprowadza nas w nastrój wyczekiwania na wielki pojedynek dwóch superbohaterów, chociaż i tak wiadomo od początku, że po wszystkim Batman i Superman będą kumplami. Jednak kiedy już dochodzi do tytułowej konfrontacji, to reżyser funduje nam istny popis efektów komputerowych i absurdalnych scen z wisienką na torcie w postaci obkładania się umywalką.

Niby jest to mroczny i pełen pesymizmu film, co daje się odczuć w żyjącej przeszłością postaci Batmana. Jednak cała ta historia jest szyta grubymi nićmi i wywołuje w nas mieszane uczucia. Dla mnie ideałem filmu o superbohaterze jest „Mroczny Rycerz” Nolana. W tym filmie mamy wszystko: emocje, zmysł artystyczny, świetne zdjęcia, dobrze napisane postacie. Natomiast tegoroczna propozycja Warner Bros nie trzyma się kupy. Jest zbyt przesadnie i zbyt patetycznie. Fabuła obejmuje za dużo wątków przez co film wydłuża się, nie podnosząc jakości widowiska.

batman v supermanOczywiście nie jest to całkowita klapa. „Batman v Superman” to poprawne widowisko, pełne ładnych ujęć. Gra aktorska jest na różnym poziomie. Ben Affleck raczej się sprawdza w tej formule Batmana smutasa, pozytywne odczucia wzbudza Jeremy Irons grający sługę Alfreda. Irytuje natomiast Jesse Eisenberg, który zbytnio uwypuklił postać Lexa Luthora. Totalnie bez emocji ogląda się wątek miłosny na linii Superman – Lois Lane. W filmie pojawia się także Wonder Woman, którą gra Gal Gadot. Jednak jej wejście nie wnosi za wiele do filmu. Generalnie za kwestie technicznie film ten należy pochwalić. Inaczej wygląda sprawa z kwestiami fabularnymi i samą logiką, a raczej jej brakiem.

Czy warto zobaczyć ten film? Jeżeli jesteście miłośnikami komiksowych ekranizacji to ten seans powinien was zadowolić. Jeżeli szukacie jednak rozrywki na wyższym poziomie, to raczej jej tu nie znajdziecie. Ode mnie ocena: 5/10.

Niezatytułowany Kendrick

kendrick-lamar-untitled-unmasteredEuro 2016 we Francji trwa w najlepsze, a ja wyskakuje z nową recenzją muzyczną. Marketingowo nie jest to dobry czas na promocję czegokolwiek nie związanego z piłką nożną. Trochę szkoda, bo płyta o której chce wspomnieć zdecydowanie zasługuje na uwagę. Na pocieszenie mogę jedynie dodać, że cały hype na „untitled unmastered” Kendricka Lamara miał miejsce kilka miesięcy temu. Jeżeli umknął wam ten krążek, to zdecydowanie powinniście nadrobić tą zaległość. Możecie już po finałowym gwizdku mistrzostw.

O co cały ten szum z najnowszym wydawnictwem Kendricka Lamara? Niektórzy twierdzą, że nowa płyta jest zdecydowanie lepsza od „To Pimp A Butterfly„. Ba, najlepsza w całej jego dyskografii. Ja oczywiście nie zgadzam się z tą teorią. „To Pimp A Butterfly” oceniłem na 10/10 i podtrzymuje dalej swoją ocenę. Ciężko nagrać trzeci z rzędu dobry, innowacyjny album. Raper z Compton to zrobił. Śmiało nawet mogę ten sukces porównać do udanego sequelu Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli. Jednym słowem klasyk.

kendrick lamarJednak nie mam zamiaru ujmować „untitled unmastered„, gdyż to wydawnictwo również stoi na wysokim poziomie. Najnowsza propozycja od Pana Lamara to kompilacja demówek nagranych w okresie nagrywania wspomnianego wcześniej „To Pimp A Butterfly„. To by w pewien sposób tłumaczyło wysoki poziom tych nagrań, gdyż artysta tworzył je będąc w kosmicznej formie. Co prawda to tylko odrzuty, ale za to JAKIE! K-Dota kolejny raz bawi się brzmieniem i miesza rytmy free jazzu, funku oraz awangardy. Tematy jakie porusza nie odbiegają od tego co usłyszeliśmy w zeszłym toku na TPAB, czyli kwestie polityczno-religijne w kontekście różnic rasowych.

Uwierzcie, że wielu raperów chciałoby reprezentować taki poziom jak Kendrick Lamar na swoich odrzutach. Nie będę rozbijał tej płyty na czynniki pierwsze, gdyż o piosenkach rapera można by pisać książki. Sprawdźcie ten album, na prawdę warto. Lamar robi tutaj historię. Ocena: 8/10.