Farbowany Frank, Spokojny Ocean

frankoceanNa nowy album Franka Oceana czekałem niespokojnie już od dłuższego czasu. W końcu kalifornijski muzyk uwiódł mnie w 2012 roku albumem „channel ORANGE„. Na swoim debiutanckim krążku dał pełen popis zdolności muzycznych i w pewien sposób odświeżył podejście do muzyki r’n’b. Wówczas nieznacznie przegrał u mnie z Kendrickiem Lamarem o miano najlepszej płyty AD2012. Czy zasłużenie? Do tej pory mam wątpliwości. Aczkolwiek Lamara słucham częściej, jednak o to nie trudno bo gość jest TOTALNIE WSZĘDZIE.

Wróćmy jednak do Pana Christophera Francisa Oceana, autora albumu „Blonde„. Na początek zacznę od wstydliwego przyznania się, że mój entuzjazm i zapał do tej płyty był zerowy. Z resztą widzicie kiedy o tej płycie piszę, a kiedy wyszła. Jednak kiedy już zacząłem jej słuchać, to słuchałem na dobre, cały czas. Oto moje przemyślenia:

blond-frank-oceanPo pierwsze nowy album Oceana niestety nie przeskoczył poziomu „channel ORANGE„. Tam była magia, tutaj jej niestety nie odnajdziemy. Oczywiście jest to absolutnie bardzo dobry krążek, co potwierdzę na końcu wystawiając wysoką ocenę. Jednak oczekiwania był spore, a te niestety nie zostały spełnione. Frank Ocean musiał zmierzyć się z podwójnym problemem. Pierwszy z nich to syndrom drugiej płyty, a drugi to wysoko postawiona poprzeczka świetnego debiutu. Z pierwszym z tych problemów Frank Ocean dał sobie radę. „Blonde” jest na poziomie nie osiągalnym dla wielu współczesnych artystów. Jednak gdy patrzymy na ten krążek przez pryzmat poprzedniczki to brakuje nam tutaj kawałków na miarę „Thinking About You„, „Lost” czy też „Pyramids„.

Druga kwestia to skojarzenia. „Blonde” dla mnie jest mocno czarno-białym albumem. Brakuje mi tutaj epickości i rozbudowanych, transowych i psychodelicznych odlotów na miarę „Pyramids„. Oczywiście doceniam melodyjność i kreatywność w „Pink + White„, zajebistość „Self Control” czy też synthy w „Nights„. Jednak pewnych rzeczy nie da się chyba przebić.

Trzecia sprawa to fakt, że im dłużej trwa album to tym mniej mi się podoba. Początek jest mocny, mamy naprawdę niezłego openera w postaci „Nikes” a dalej jest jeszcze lepiej.  Mamy przecież wciągające „Ivy„, popisowe „Solo” czy też przewrotny skit „Be Yourself„. Jednak końcowe utwory są zbyt dla mnie szare, nijakie, chropowate. A końcowe „Futura Free” to dla mnie przerost formy nad treść.

Generalnie polecam serdecznie „Blonde„. Jest to jedna z lepszych tegorocznych propozycji muzycznych. Frank Ocean jest w dobrej formie. Inaczej wyobrażałem sobie ten album, jednak i tak go gorąco polecam każdemu słuchaczowi spragnionemu dobrej muzyki. Jeżeli nie będziecie go porównywać do „Channel ORANGE” to może być waszym tegorocznym numerem 1. Ocena: 8/10.

Wielki powrót The Avalanches

revised-avalanchesAustralijska grupa The Avalanches postanowiła powrócić po 16 latach. Ich ostatni, legendarny już krążek „Since I Left You” ukazał się w 2000 roku, czyli w erze przed atakami na WTC i w czasach kiedy mało kto miał internet i telefon komórkowy. Co przez tak długi czas robili muzycy Avalanches? Nie mam pojęcia. A czy warto było powrócić z kolejną płytą? Zdecydowanie tak! I nie chodzi mi o wymiar materialny.

Większość recenzentów wpadła w pewnego rodzaju ślepy punkt porównując ten krążek do „Since I Left You„. Oczywiście należy szukać pewnych skojarzeń i porównywać w recenzji. Jednak w większości wypadków wygląda to tak: „Nowa płyta nie sięga do pięt poprzedniczki, nie opłaca się jej słuchać”. To trochę mylne podejście i szkodliwe dla oceny „Wildflowers„. Tak naprawdę to The Avalanches wydali bardzo dobry materiał. Porównywanie go do płyty z 2000 roku mija się z celem, gdyż dzieli je za duża przestrzeń czasowa i kulturalna. Za dużo przez te 16 lat się wydarzyło, by takie porównanie miało sens.

wildflowers-the-avalanchesMam do tego prawo, by nie oceniać nowej płyty przez pryzmat poprzedniczki. Tak jak nie ocenia się nowych zespołów rockowych przez pryzmat dokonań The Beatles, bo przecież wiadomo, że w takim porównaniu nie miałyby najmniejszych szans. Swoją drogą na „Wildflowers” całkiem sporo twórczości Lennona i McCartneya. The Avalanches nie zatracili zmysłu do samplowania co skutecznie udowadniają w nowych kompozycjach. Tegoroczna ich płyta to zbiór przyjemnych, transowych, momentami psychodelicznych utworów. I mówię bez wyjątku o każdym utworze na płycie, nawet szeroko krytykowanym „Frankie Sinatra„.

Podoba mi się dobór utworów, które samplują a także rapowe featuringi z Dannym Brownem czy też Doomem na czele. Poza tym płyta dobrze wpada w ucho. Oczywiście nie będzie to pewnie tak legendarna propozycja jak „Since I Left You„, ale  jest to jedna z lepszych płyt jakie słyszałem w tym roku. Na prawdę jestem ciekaw co dalej. Kolejna płyta za 16 lat? Trochę długo. Szkoda tracić pęd, zwłaszcza jeśli jest się w takiej formie twórczej jak obecny The Avalanches. Ocena: 7/10.

5 powodów dla których koniecznie musicie zobaczyć Stranger Things

stranger-things„Stranger Things” to tegoroczna propozycja serialowa od Netflix w reżyserii braci Dufferów. 8-odcinkowy mini serial urzekł mnie na tyle, że postanowiłem się podzielić moimi spostrzeżeniami na blogu. Mam nadzieję, że zachęcę Was do sięgnięcia po ten serial. Zdecydowanie warto!

1. Klimat. Akcja serialu toczy się w 1983 roku. Klimat jaki udało się tu stworzyć jest po pierwsze prawdziwy, a po drugie genialny. Mamy przecież świetną czołówkę z bardzo mroczną synthową muzyką. Na ścianach pokoi możemy zauważyć plakaty klasycznych horrorów z tamtych czasów takich jak „Martw Zło„, „Coś” czy też „Szczęki„. Poza tym w jednej scenie bohaterowie serialu oglądają dzieło Johna Carpentera i omawiają użyte w nim efekty specjalne. Mamy też przecież walkmeny i kapitalną muzykę z lat 80 (The Clash czy też Joy Division). No i oczywiście swoje robi plakat serialu, który przywołuje na myśl produkcje typu „Gwiezdne Wojny„. Ponadto wszystko jest ujęte na tle politycznej sceny USA tamtych czasów, czyli zimnej wojny oraz prezydentury Ronalda Reagana.

netflix-season-2-stranger-things-112. Akcja. Serial ma tylko 8 odcinków, dlatego też akcja w nim toczy się cały czas. Brak tu miejsca na nudę i długie, nic nie wnoszące dialogi. Tempo jest wręcz zabójcze, co sprawia, że serial ogląda się z zapartych tchem. A to chyba lubimy w serialach, prawda?

3. Fabuła. Nie jest może nowatorska, gdyż sporo tu nawiązań z Miasteczka Twin Peaks oraz Z Archiwum X. Serial opowiada historię zaginięcia dwunastoletniego Willa Byersa. Akcja poszukiwawcza odbywa się na kilka frontów, poszukuje go zarówno komendant policji Jim Hooper oraz trójka przyjaciół ze szkoły, którym pomaga dziewczynka o telekinetycznych zdolnościach. W tym czasie w miasteczku Hawkins dzieje się wiele, niewyjaśnionych zjawisk.

stranger-things4. Elementy Horroru i Sci-Fi. Mówiłem Wam, że jestem fanem wszelkich horrorów? Jeżeli wy też je lubicie, to „Stranger Things” będzie strzałem w dziesiątkę. W serialu zobaczymy wiele strasznych scen, których nie powstydziłby się John Carpenter czy też Wes Craven. Serial jest mroczny i potrafi nas wprowadzić w stan niepokoju. Poza tym te wszystkie odniesienia do klasyki horroru to dodatkowy powód by zobaczyć ten serial. Sam Stephen King potwierdził, że serial ten przywołuje na myśl jego najlepsze dzieła. Steven Spielberg za pewne też wzruszyłby się oglądając dzieło braci Dufferów.

5. Nostalgia za dzieciństwem. Serial ten przypomina ludziom z mojego rocznika czasy, kiedy to nie było internetu oraz telefonów komórkowych. Rowerowe wycieczki, czas spędzany z znajomymi, gry planszowe oraz zachwycanie się Gwiezdnymi Wojnami. Ten serial to „E.T.” oraz „Goonies” naszych czasów. Poza tym tak naprawdę to nie jest serial o zjawiskach paranormalnych i poszukiwaniu zaginionego dziecka. To serial o przyjaźni, tej najprawdziwszej, szczerej, dziecięcej. I w tym jest moc, którą kupuję.

Mam nadzieję, że zachęciłem Was do zobaczenia serialu „Stranger Things” i razem będziemy mogli czekać z niecierpliwością na drugi sezon?