Curren$y – The Drive In Theatre

currensyCurren$y czyli Shante Scott Franklin to raper reprezentujący Nowoorleańską scenę hip-hopową. Przygodę z muzyką rozpoczął w 2002 roku kiedy to będąc członkiem grupy 504 Boyz wydał swój pierwszy album. Dwa lata później dostał się pod skrzydła Lil Wayne’a. Wystąpił na dwóch albumach u Cartera: „Dedication 2” oraz „The Carter II„. W tym czasie również zajął się produkcją ubrań wraz z Terrym Kennedym. W 2009 roku podpisał kontrakt z Amalgam Digital i wydał debiutancki mixtape „This Ain’t No Mixtape„. Niedługo po premierze mixtape’u pojawił się pierwszy longplay zatytułowany „Jet Files„. Kolejny rok dla artysty był równie płodny, gdyż pojawiły się dwa krążki: „Pilot Talk” i „Pilot Talk II„. W 2011 zmienił wytwórnię na Warner Music i wydał kolejny mixtape „Weekend at Burnie’s„. Rok później na światło dzienne wyszedł krążek The Stoned Immaculate”, na którym gościnnie wystąpili m.in. Wale, Pharrell oraz Wiz Khalifa.

Jak widać Panowi Franklinowi weny nie brakuje. Raper w ciągu dalszym nie zwalnia tempa gdyż wydał na początku tego roku najnowszy mixtape „The Drive In Theatre„, który pragnę omówić w poniższej recenzji. Krążek zaczyna się od 3 minutowego Intro, które wprowadza nas w mroczny, brudny, uliczny klimat płyty. W „Introduction” usłyszymy m.in. dialogi z pierwszej i drugiej części „Ojca Chrzestnego” oraz fragment reklamy kina samochodowego. W ten sposób Curren$y pragnie stworzyć koncept album z filmową historią, który będziemy poznawać z perspektywy kina samochodowego z lat 50. Track numer dwa „Godfather 4” z gościnnym występem Action Bronsona to hołd dla ulubionego filmu rapera. Beat luźno nawiązuje do głównego motywy z filmu Francisa Forda Coppoli natomiast Franklin lirycznie pisze scenariusz do kolejnej części popularnego filmu. W kolejnym „Stove Top” opartym na mrocznym, jazzowym podkładzie Curren$y porównuje swoją muzykę do narkotyku.

Curreny_The_Drive_In_TheatreWiększość podkładów na płycie ma filmowy, mroczny, klimatyczny charakter. Do tego zestawienia nie pasuje tylko „10 G’S„, które jest osadzone na grubym, swagowym bicie. Generalnie na „The Drive In Theatre” czuć wpływy nowojorską sceną hip-hopową. „El Camino” brzmi jak jeden z utworów Doom’a natomiast w pozostałych trackach czuć ducha solowego Reakwona. Sam Curren$y próbuje tutaj stworzyć historię filmową początkowo nawiązując do kinematografii kina gangsterskiego by później przejść do historii z dzielnicy. Nie zabraknie także wersów dotyczących jego dziewczyny, nagrywania muzyki, skrętów i luksusowych samochodów.

Podsumowując „The Drive In Theatre” to dobry album, acz nie porywający. Podoba mi się pomysł koncept albumu z filmem w kinie samochodowym oraz fragmenty „Ojce Chrzestnego” jednakże poruszane historie nie zaciekawiły mnie na tyle bym chciał o tym obejrzeć film. Podkłady mają klimat, jednakże momentami płyta strasznie mi się dłużyła. Natomiast sam Shante Scott Franklin to utalentowany raper, który dobrze składa pojedyncze słowa w całość. Na pochwałę zasługują dobrze dobrane występy gościnne, zwłaszcza Smoke DZA oraz Action Bronsona. Pozycja godna uwagi dla każdego fana hip-hopu, zwłaszcza tego ze wschodniego wybrzeża. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

Todd Terje – It’s Album Time

todd terjePod nazwą Todd Terje urywa się 33-letni norweski dj i producent Terje Olsen. Słuchaczom dał się poznać jako wybitny muzyk dzięki EP-ce z 2012 roku zatytułowanej „It’s the Arps” oraz licznym remiksom. Jako producent pracował między innymi z  grupą Franz Ferdinand, Robbie Williamsem i Lindstrom’em. Za sprawą singla „Incspector Norse” oczekiwania wobec debiutanckiej płyty były spore. W tym roku doczekaliśmy się pierwszego krążka, a Pan Olsen nazwał go przewrotnie „It’s Album Time„.

Płyta ukazała się 8 kwietnia i już osiągnęła status „klasyka”. Słuchając „It’s Album Time” odnosi się wrażenie, że jest to lepsze „Random Access Memories„. Norweg również eksploruje w elektronice z przełomu lat 70 i 80, dodając elementy disco i słynnego skandynawskiego house’u. Myli się ten, kto myśli, że to płyta stricte taneczna. Oczywiście są parkietowe bangery w postaci latynoskiego „Svensk Sas” czy też podzielonego na dwie części „Swing Star„. Jednakże przez większość czasu mamy do czynienia z spokojniejszymi, synthowymi melodiami nasączonymi retromanią. Utwór „Leisure Suit Preben” swoim powolnym, acz stałym tempem wycisza słuchaczy i przygotowuje do podróży w czasie. „Preben Goes To Acapulco” rzuca nas w czasy świetności Giorgio Morodera natomiast „Strandbar” wprowadza nas w pewnego rodzaju trans.

Todd-Terje album timeKolejny w zestawie „Delorean Dynamite” oparty na elektryzujących synthach i fajnych wstawkach gitarowych przywołuje na myśl ostatnie dokonania takich zespołów jak Chromatics czy też Glass Candy. Następnie pojawia się jedyny na albumie utwór zawierający wokal  – gościnie występuje Bryan Ferry z Roxy Music. Mowa o coverze utworu Roberta Palmera „Johnny and Mary„, który w nowym wykonaniu jest chyba jeszcze piękniejszy. Końcówka płyty staje się bardziej taneczna a na samym końcu dostajemy wspomniane wcześniej „Inspector Norse„.

It’s Album Time” to świetna płyta zarówno na ciepłe, jak i deszczowe dni. Kompozycje na niej zawarte są dobrze wyprodukowane, jednak Todd Terje nie ustrzegł się przed błędami popełnionymi przez Daft Punk przy nagrywaniu RAM. Brakuje mi na tej płycie pewnej łączności między utworami a czasami wydaje się ona przekombinowana. Szczególnie gryzie się tutaj wstawienie w sam środek „Johnny and Mary” oraz następne „Alfonso Muskedunder„. Co nie zmienia faktu, że jest to krążek na wysokim poziomie i na pewno znajdzie się na wielu listch podsumowujących. W tym mojej. Ocena: 8/10.

Lily Allen – Sheezus

lily allen 2Przyznam się szczerze, że gdyby nie genialna nazwa to nie zainteresowałbym się najnowszym albumem Lily Allen. Przez ostatnie 5 lat Brytyjka zrobiła sobie przerwę na życie rodzinne, dlatego też zdążyłem o niej zapomnieć. Teraz jednak wraca z nową płytą o której  zrobiło się głośno za sprawą widocznego nawiązania do zeszłorocznego LP Kanye Westa „Yeezus„.

Po przesłuchaniu „Sheezusa” szybko odkryłem, że jest to wyłącznie tani chwyt marketingowy na który się złapałem. Materiał nagrany nijak koresponduje do płyty Westa. Oczywiście nie było dla mnie rozczarowaniem, że Lily nie nagrała albumu osadzonego w rytmach noise’owego hip-hopu tak jak zrobił to w tamtym roku wspominany raper. Jednakże liczyłem na znacznie ciekawsze i lepsze kompozycje. Jedynie otwierający całość „Sheezus” mnie porwał.  Lily Allen z pazurem śpiewa „Give me that crown, bitch /I wanna be Sheezus” a w tle słyszymy fajny beat od gościa, który tworzył podkłady dla Drake’a i Kendricka Lamara. Jest w tym moc.

lily_allen_sheezusDalsza część płyty nie jest zła, jednakże wychwytujemy zmianę realiów. Lily Allen nie jest już tą samą wokalistką, którą mogliśmy usłyszeć na „Alright, Still” oraz „It’s Not Me, It’s You„. Nie mamy już do czynienia z wulgarną uczennicą, która chciała dogryźć każdemu a z 29-letnią matką dwojga dzieci. Większość utworów to synth-owe ballady, które nie są złe, ale są niestety gorsze niż te chociażby z 2009 roku. Pojawiają się dobre momenty jak chociażby „URL Badman” z dubstepowymi wstawkami oraz gospelowe „Close Your Eyes„. Materiał jednak ten jest co najwyżej solidny i nie zachwyca nas na tyle by powrócić do niego po czasie. Brakuje także dobrych singli, gdyż „Hard Out Here”, które pomimo tego, że jest zabawne to niestety nie zapada w pamięci. Natomiast „Air Balloon” zwyczajnie nudzi.

Szkoda, że cała płyta nie brzmi jak opener „Sheezus„. Wtedy moglibyśmy mówić o zjawiskowym koncept albumie i wspaniałym powrocie Lily Allen. Prawda jest jednak taka, że płyta poza jedną piosenką nie porywa a jest wyłącznie solidną dawką popu o którym szybko się zapomina. Ocena: 5/10.