Przegląd filmowy #6

communion 1989Communion / Wspólnota (1989). Filmów o kosmitach powstało na pęczki. Wystarczy wspomnieć takie klasyki jak cała seria Obecego, Predatora, „Plan dziewięć z kosmosu„, „Marsjanie Atakują„, „Znaki„, „Coś„, „Dystrykt 9” itd. Były to obrazy lepsze i gorsze. Mało jednak w dziejach kinematografii jest godnych polecenia pozycji mówiących o problemie ludzi uprowadzonych przez kosmitów. Takim filmem jest bez wątpienia „Wspólnota” Philippe’a Mora. Pisarz Whitley Strieber (Christopher Walken) wybiera się wraz z rodziną i przyjaciółmi na weekend do domku na wsi. Już pierwszej nocy bohaterowie są świadkami dziwnych wydarzeń. Rankiem następnego dnia postanawiają wrócić do domu, jednakże dalsze zachowanie Striebera budzi obawy wśród małżonki i syna. „Wspólnota” to nie jest typowy film o kosmitach w którym straszy się widza nieznanymi potworami czy też widmem zagłady ludzkości. Wszystko opiera się o psychikę głównej postaci granej przez wybornego jak zawsze Walkena. Whitley początkowo swoje zachowanie tłumaczy napięciem i stratą weny twórczej. Z czasem jednak przypomina sobie coraz więcej faktów związanych z uprowadzeniami przez kosmitów. Przez większość czasu jesteśmy obserwatorami codziennych zmagań pisarza oraz jego leczenia, które przybiera za każdym razem inne, nowe formy. W finale bohater odkrywa prawdę nie tylko o życiu pozaziemskich, ale o sobie. Podobały mi się sceny uprowadzenia, które pomimo tego, że mocno się zestarzały to zachowały surrealistyczny klimat. Na plus należy zaliczyć również dobrą pracę kamer. W pamięci zwłaszcza zapada scena świateł w domku na wsi oraz spaceru Striebera z synem przez korytarz w halloween. Dla francuskiego reżysera film ten był pewnego rodzaju odbiciem po mocno nie udanych dwóch częściach „Skowytu”. Jeżeli jesteś fanem Christophera Walkena i chcesz zobaczyć inny film o kosmitach niż „Dzień Niepodległości” to stanowczo polecam. Ocena: 7/10.

mystic_riverMystic River / Rzeka Tajemnic (2003). Clint Eastwood to nie tylko wybitny aktor, ale i świetny reżyser. Za kamerą debiutował już w 1971 roku i od tamtej pory nakręcił m.in. takie perełki jak: „Bez przebaczenia„, „Za wszelką cenę” czy też „Gran Torino„. Oczywiście wielu jego fanów woli go jako aktora, by zmienili jednak zdanie odsyłam do obejrzenia filmu „Rzeka Tajemnic„. Obraz ten opowiada historie trójki przyjaciół, których drogi po latach się ponownie krzyżują. Jednoczy ich śmierć córki Jimmy’ego Markum (Sean Penn) właściciela osiedlowego sklepu z kryminalną przeszłością. Dochodzenie w sprawie morderstwa prowadzi Sean Devine (Kevin Bacon), który wraz z swoim partnerem podejrzewa trzeciego z grupy przyjaciół Dave’a (Tim Robbins). Najmocniejszą stroną tego filmu jest historia, która została oparta na podstawie opowiadania Dennisa Lehane’a. Intryga zawarta w filmie jest ciekawa, wciągająca i zaskakująca. Do pewnego momentu mamy wyrobioną opinię co do tego „kto zabił”. Jednak później pojawiają się nowe wątki, które burzą wszystko to czego byliśmy pewni. Poza tym „Rzeka Tajemnic” ma kapitalny klimat brudnego Bostonu. Eastwood pokazuje nam szare ulice, małe pomieszczenia domków oraz tytułową rzekę, która pełni metaforę oddzielenia przeszłości od przyszłości. Fabuła nie skupia wyłącznie się na śmierci córki jednego z przyjaciół, gdyż jest wiele pomniejszych wątków, które budują tą wspaniałą i zarazem tragiczną historię. W filmie wystąpiło wielu świetnych aktorów, na szczególne brawa zasłużył Tim Robbins, który idealnie odegrał ojca pogrążonego traumą z dzieciństwa. Poza tym należy wyróżnić niezawodnego Seana Penna oraz Toma Guiry’ego. Jeżeli poszukujecie zaskakującego thillera to jest to pozycja dla was. Ocena: 8/10.

in fearIn Fear / Trwoga (2013). Tom (Iain De Caestecker) wraz z świeżo poznaną Lucy (Alice Englert) postanawiają się wybrać na muzyczny festiwal. Po drodze postanawiają przenocować w hotelu umieszczonym na odludziu. Niestety gubią drogę, co gorsza okazuje się, że ktoś ich śledzi. Podczas przemierzania irlandzikch, ciemnych dróg potrącają Maxa (Allen Leech), który ucieka przed tajemniczymi tubylcami. Zabierają młodzieńca do samochodu, jednak pozostaje pytanie czy wszystko co mówi jest prawdą? Film Jeremy’ego Loveringa trzyma w napięciu od początku seansu, pomimo tego, że fabuła obrazu nie jest zbyt oryginalna. Wątek niebezpiecznego i tajemniczego autostopowicza wykorzystał w pełni klasyk horroru „The Hitcher„. Ponadto motyw zgubienia drogi pojawiał się w wielu filmach, między innymi: „Dead End„, „Wrong Turn” czy też „Enter Nowhere„. W „In Fear” nie ujrzymy za wiele krwi, a całą tajemnica opiera się na nie wiedzy. Dopiero zakończenie filmu wyjaśni w jaką pułapkę wpakowała się młoda dwójka. Film jest pozbawiony wątków pobocznych, co całkowicie wychodzi na plus. Od początku do końca skupiamy się na emocjach Toma i Lucy. Widz nie powinien się nudzić podczas seansu, gdyż w miarę upływu czasu dowiadujemy się „więcej” na temat bohaterów i miejsca w którym się znaleźli. Obraz Loveringa ma wspaniały, jesienny, mroczny klimat. Przez około 80 minut obserwujemy tajemnicze irlandzkie drogi. Ponadto udzielają się nam odczucia niepewności oraz izolacji. Ocena: 6/10.

The Kurws – Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu

the-kurwsJuż trzy lata temu chwaliłem grupę The Kurws określając ich debiutancki album „Dziura w Gettcie”  jako najciekawsze polskie wydawnictwo 2011 roku. Dostrzegłem wówczas w nich zarówno coś ambitnego jak i ironicznego. Niestety nie zagrali hymnu Polski na Euro 2012 jak im życzyłem, ale odwiedzili kawał Europy (Głównie tereny południowe i wschodnie) a po trzech latach wydali drugi, jeszcze lepszy od pierwszego album.

Właśnie siedzę, jem jabłko polskiej produkcji i słucham po raz któryś tam „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzy„. Strasznie zagmatwany ten materiał. Sporo tu chropowatego brzmienia, suchych gitar i nieoczywistych rozwiązań. Pierwsza płyta, mimo, że bez tekstów była znacznie łatwiejsza w odbiorze. Ta również nie posiada słów, jednak została wzbogacona brzmieniowo między innymi przez dodanie klawiszy i syntezatorów. Muzyka na „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu” jest mroczna. Wystarczy wsłuchać się w wstęp do „Kolosa na glinianych nogach” by poczuć lekki dreszczyk jak przy japońskich, czarno-białych horrorach z lat 60. Ciężko jednoznacznie przydzielić ten materiał do jakiejś kategorii muzycznej. Jest to pewnego rodzaju połączenie muzyki punkowej z jazzem. Znajdziemy tutaj wpływy zarówno Gang of Four jak i Glenna Branki. Sporo tu również nawiązań do nowojorskiej sceny podziemnej z lat 80.

wszystko co stałe rozpływa się w powietrzuJako, że piosenki nie posiadają warstwy lirycznej to głównym punktem szerokich interpretacji stały się tytuły utworów. Tak samo jak na poprzednim albumie, tytuły te są mocno intrygujące. Jednakże tym razem stały się on tak jakby bardziej polityczne. Dlatego też wielu recenzentów za sprawą takich nazw jak „Strefa Euro” czy „Kolos na glinianych nogach” węższy w tym materiale eurosceptycyzm. Gdy dodamy do tego fakt, że większość państw, które odwiedza grupa to zaścianek Unii Europejskiej to łatwo możemy dojść do wniosku, że grupa obrała taką drogę by szerzyć swoje antyeuropejskie poglądy w krajach, które nie zachorowały jeszcze na eurocenty. Oczywiście w tym momencie ubarwiam historię, ale przecież od tego są recenzenci. By oceniać i interpretować. Osobiście nie szukam w tych tytułach na siłę politycznego przekazu, jednak w porównaniu do „Dziury w Gettcie„, gdzie niektóre nazwy piosenek bawiły to tym razem jest to bardziej wyśmiewanie. „Tasiemiec niejadek„, „Nie było koła w państwie Inków„, „Weltgeist” – niby jednoznacznie to brzmi, ale można pogłówkować.

Podsumowując The Kurws nagrali album na bardzo dobrym poziomie. Czuć, że materiał jest w pełni przemyślany. Warto zaznaczyć w tym miejscu, że masteringiem zajął sięJohna Greenhama. „Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu” to płyta mroczna, duszna, trudna w odbiorze oraz niezwykle wciągająca i intrygująca. Zawiera ona również niezwykle frapujące tytuły piosenek. Szkoda, że została trochę niezauważona przez większość mediów. Może po czasie, gdy rozpadnie się strefa euro a Ukraina zostanie w całości przejęta przez Putina to ktoś zechce odkurzyć ten materiał. Póki co daje wysoką ocenę i życzyłbym sobie w przyszłości usłyszeć ich na żywo w jakimś ciasnym i mało eleganckim klubie. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Ten Typ Mes – Trzeba Było Zostać Dresiarzem

Ten Typ Mes 2 fot. Gosia WywrotCzasem także myślę, że bycie dresiarzem byłoby łatwiejsze. Któż z nas nie chciałby mieć wyłącznie rozterek typu: Reebok czy Nike? Beztroskie życie, praca przy chodniku i liczne przerwy na browara. Piotr Szmidt znany jako Ten Typ Mes postanowił o tym zaśpiewać. Muszę was zaskoczyć, bo nie jest to typowa, pseudointelektualna napinka w stylu Mister D. i tych wszystkich niby śmiesznych kawałów. Mes zrobił to fajnie i z humorem.

Otwierający całość: „Trze’a Było” oparty na „dresiarskim bicie” bawi nas ciekawymi spostrzeżeniami typu: „Wątpliwości? Od razu bym skreślił / One biorą się z ciszy, ja bym ciągle szeleścił„, „Hajs płynie od państwa, ja cały dzień łażę w klapkach” czy też „Włożę dres, a kobieta sama zamknie się w kuchni„. No i nie należy zapominać o tym legendarnym refrenie z żoną Dagmarą i synem Sebkiem. W schemat dress-songów wpisuje się również „Janusz Andrzej Nowak” w którym Mes naśmiewa się z naszego folkloru, który wyraża się przez sandały i wędkarskie kamizelki. Więcej spostrzeżeń na ten temat znajdziemy również w „Ochroniarz Patryk” oraz „Głupia Spięta Dresiara„. Jednak Mes nie zamyka się wyłącznie w temacie dresiarstwa. Warszawski raper na płycie staje się inteligentym obserwatorem, który podrzuca nam ciekawe historie. „Ikarusałka” to hołd dla legendarnego węgierskiego autobusu marki Ikar,  „W Autobusie z Cmentarza” zawiera sporo wspomnień z młodości połączonych z oceną Polski a „Będę Na Działce” opowiada o zamiłowaniu do spędzania czasu na działce.

ten-typ-mes-trzeba-było-zostac-dresiarzemSzczerze powiedziawszy o tekstach z „Trzeba Było Zostać Dresiarzem” można by pisać magisterkę. Jest tu tyle perełek, że pisanie o wszystkich w jednej krótkiej recenzji nie ma sensu. Za każdym razem gdy odpalałem najnowszy longplay Mesa znajdywałem coś nowego, co mnie bawiło tak samo mocno jak przy pierwszych odsłuchach płyty. Teksty są przemyślane, zgrabne, z poczuciem humoru, inteligentne i co najważniejsze nie zachodzące w banał. Czuć w nich dojrzałość autora, który staje się niczym wino. Z każdą następną płytą jest coraz lepszym ulicznym poetą.

Pozostała jeszcze kwestia podkładów. Beaty są na dobrym poziomie, nie emanują modnym w ostatnim czasie swagiem, który na polskie realia próbował w tamtym roku przenieść Sokół. Wszystko zostało zachowane z umiarem i smakiem. Mamy na przykład nowoczesne, elektroniczne podkłady w „LOVEYOURLIVE” czy też „Nuda” oraz klasyczne beaty jak jazzowy „Nie Skumasz Jak To Jest” czy też „As„. Co najważniejsze wszystkie produkcje, stroją na wysokim, równym poziomie.

Czy „Trzeba Było Zostać Dresiarzem” to najlepsza tegoroczna płyta hip-hopowa? Nie wiem. Do końca roku jeszcze trochę, a ja w 2014 nie słuchałem tyle rapsów co chociażby rok temu. Jednak warto przesłuchać najnowszy krążek od Ten Typ Mes ze względu na świetne teksty oraz poruszane tutaj tematy. Fani dobrych podkładów nie powinni być również rozczarowani. „Trzeba Było Zostać Dresiarzem” to z całą pewnością najciekawsza,  najbardziej dojrzała i równa płyta w dorobku rapera. Ocena: 8/10.

Posłuchaj