Cloud Nothings – Here And Nowhere Else

cloud-nothings-503f4747f422eSą rzeczy w muzyce, których nie potrafię sobie wyobrazić. Przykład? Wyobraża sobie ktoś, że mamy rok 2016 a Radiohead powraca do britpopu i nagrywa album o nazwie „Radiohead”? Albo to, że Coldplay postanawia przestać flirtować z komercją i nagrywa płytę lepszą od „Parachutes„? Eminem gra debiut na Offie? Można by wymieniać dalej. Lista takich wyobrażeń zapewne byłaby długa. Inaczej ma się rzecz z drugim krążkiem od Cloud Nothings, gdyż ich najnowsza płyta jest dokładnie taka jak ją sobie wyobrażałem.

Zacznę od początku. W 2012 roku zespół Dylana Baldiego zachwycił mnie rewelacyjnym „Attack On Memory” na tyle mocno, że na nowo pokochałem gitary w roku, który obfitował głównie w dobre rapsy. Na tamtej płycie była energia, były emocje i przede wszystkim dobre, rockowe kompozycję. Minęły dwa lata i zespół z Cleveland w stanie Ohio wydaje kolejny album zatytułowany „Here and Nowhere Else„. Płyta ta jest dla mnie, czyli dla fana zespołu dokładnie taka jak ją sobie można by wyobrazić. Dylan Baldi z ekipą w dobry i zgrabny sposób rozwinął to co zaczął dwa lata temu. Materiał na krążku również jest energiczny, gitarowy, a momentami hałaśliwy i chaotyczny. Baldi po raz kolejny operuje głosem by śpiewać na przemian melodyjnie, przystępnie oraz agresywnie i scream’owo. No i powtarza się schemat 8 piosenek, z których jedna jest mocno rozbudowana do długości ponad 7 minut.

here-and-nowhere-elsePomimo wspomnianych wyżej powtórzeń, całość brzmi świeżo i ciekawie. Amerykanie powtórzyli co prawda pewne schematy, jednakże zrobili to w taki sposób zachwycić słuchacza ponownie. Udało im się. Przy tym albumie nie można się nudzić. Słuchanie go mija nam szybko i przyjemnie. Zachwycają kapitalne gitarowe riffy z „Just See Fear” oraz „Psychic Trauma„, chropowatość „Pattern Walks„,  bębny w „Giving Into Seeing” czy też epickość „I’m Not Part Of Me„. Tutaj nie ma momentów słabych, jednakże nie odważę się powiedzieć, że jest to lepsza płyta od „Attack On Memory„. Obie są świetne, i obie warto przesłuchać. Ocena: 9/10.

Mac DeMarco – Salad Days

Mac-DeMarcoZ Panem DeMarco pierwszy raz zetknąłem się w 2012 roku przy okazji wydania albumu „2„. Jak sama nazwa wskazuje nie był to jego debiutancki longplay, gdyż kilka miesięcy wcześniej pojawiło się „Rock And Roll Night Club„. Pomimo tego, że wspomniałem w tamtym czasie o nim na blogu to nie wydał mi się obiecującym artystą. Jego „2” nie było złe, ale też na tyle ciekawe by jeszcze kiedykolwiek do niego wrócić. Natomiast po debiut nigdy nie sięgnąłem zgodnie z myślą, że jeżeli po pierwszej płycie w krótkim odstępie czasu pojawia się druga to znaczy, że z tą pierwszą coś  jest nie tak.

Inaczej ma się sprawa z „Salad Days„. Ta płyta jest wyborna. Mac DeMarco jest na niej wyluzowany, beztroski i na tak zwanym „pełnym lajcie”. Jeżeli ktoś chce sobie wyobrazić definicję muzyki na leniwe, ciepłe dni to powinien przesłuchać trzeci krążek od młodego Kanadyjczyka. Z tego co zauważyłem to słabych ocen ta płyta nie dostaje, i słusznie! Już otwierające całość tytułowe „Salad Days” wprowadza nas w błogi nastrój dzięki spokojnej linii gitary. Lirycznie natomiast DeMarco sprawia stanowczego gościa. Wspomina o kruchości życia śpiewając: „Rolling through life, to roll over and die„. Kolejne „Blue Boy” to utwór, którego nie powstydziłby się sam Bradford Cox. W „Let Her Go” doradza, że jeżeli nie jesteśmy pewni swoich uczuć to powinniśmy odpuścić a „Chamber of Reflection” jest pewnego rodzaju pochwała samotności.

salad daysTo duża różnica, gdy przypomnimy sobie takie utwory jak „Pussy” czy też „Ode To Viceroy„, czyli odę do najtańszych fajek. DeMarco zarówno muzycznie jak i lirycznie wydaje się być dojrzalszy. Zachowując przy tym wcześniejszy luz. Jest to postać nieco groteskowa, ubrana w rozciągniętą koszulę i starą czapkę z daszkiem. Ciężko być wobec niego obojętnym. Z jednej strony uśmiecha się do nas szczerym, szczerbatym uśmiechem. Z drugiej natomiast całkiem mądrze mówi o życiu w swoich tekstach. Jaki by on jednak nie był to „Salad Days” jest płytą kapitalną, której bardzo dobrze się słucha. Jak by to powiedział mój znajomy: „ten film sam się ogląda”. Ocena: 9/10.

J.R.R. Tolkien – Hobbit

alan lee hobbitJeżeli ktoś uważnie śledzi wpisy na prowadzonym przeze mnie blogu na pewno zauważył, że głównie skupiam się na muzyce i filmie. Jednakże od czasu do czasu trafiają się notki na inne tematy. Z książką już miałem do czynienia dwa lata temu, gdy oceniałem biografię Zlatana Ibrahimovicia napisaną przez Davida Lagercrantza. By urozmaicić treści zawarte na blogu postanowiłem zrecenzować dla was absolutny klasyk literatury, który dostałem w prezencie na ostatnie swoje urodziny.

Mowa o popularnym w ostatnich miesiącach „Hobbicie” Tolkiena. Przyznam się szczerze, że do momentu pojawiania się w kinach filmu „Hobbit: Niezwykła Podróż”  kojarzyłem angielskiego autora wyłącznie z trylogią „Władcy Pierścieni„. Generalnie nie jest to powód do wstydu, gdyż wszystkie dzieła Tolkiena zawdzięczają ogromną popularność filmom nakręconym przez Petera Jacksona. Wróćmy jednak do pisarza urodzonego w nie istniejącym już państwie Orania. J.R.R. Tolkien był pisarzem niezwykle utalentowany. O stworzonym przez niego świecie Śródziemia czytelnicy dowiedzieli się pierwszy raz w 1937 roku, kiedy została wydana książka „Hobbit, czyli tam i z powrotem„. Sequelem powieści jest wspomniany wcześniej  „Władca Pierścienia„, który znacznie rozbudowała fantazyjną krainę Tolkiena. Inne ważne dzieła autora to „Silmarillon„, „Niedokończone Opowieści” oraz „Dzieci Hurina„. Warto odnotować fakt, że Anglik poza prozą zajmował się także tworzeniem wierszy.

Hobbit_filmowy_3_gotoHobbit” to historia niebezpiecznej podróży grupy krasnoludów, które pragną odzyskać królestwo i skarby zajęte przez smoka Smauga. Towarzyszy im czarodziej Gandalf oraz główny bohater powieści hobbit – Bilbo Baggins. Dużą zaletą książki jest jej przystępność. Tolkien pisze o bohaterach i wszystkich wydarzeniach w sposób łatwy do wyobrażenia i zrozumienia dla każdego (nawet najmłodszego czytelnika). Wynika to z faktu, że w głównym zamyśle autora miała być to książka głównie skierowana do najmłodszych. Angielski pisarz skupia się wyłącznie na opisywaniu wydarzeń, które przeplata zabawnymi dialogami grymaśnych krasnoludów i żarłocznego hobbita. Autor mało miejsca zostawia na opisy, które są krótkie i zwięzłe. Zabieg ten powoduje, że książkę czyta się szybko i przyjemnie, gdyż nie przerwanie coś się dzieje. Większość książki to opis wyprawy, wpierw przez góry, później podziemia, mroczne lasy, oraz pustkowia z perspektywy hobbita Bilbo Bagginsa. Jednakże często pojawiają się dopowiedzenia oraz retrospekcje tak by czytelnik mógł się dowiedzieć o wszystkich ważnych szczegółach całej historii. Po drodze naszych bohaterów spotyka wiele niebezpieczeństw takich jak: żarłoczne trolle, nieprzyjazne orki i wargi, pająki, elfy itd.

Minusem książki wydawał mi się sposób jak napotykane przeszkody i poważne problemy zostają rozwiązane. By nie zdradzać fabuły, powiem tylko tyle, że za każdym razem wyjście z opresji wyglądało podobnie. Rozczarowujące było również dla mnie zakończenie, gdyż wątek Smagua nie został rozwiązany tak jak można by się tego spodziewać, co jest jednocześnie zaletą, gdyż autor nas zaskakuje finałem. Generalnie cała historia trzyma się kupy i każdy wydarzenie ma swój powód i efekt. Ciekawie przez całą książkę rozwija się postać Bilbo Bagginsa, który początkowo niechętnie dołącza do krasnoludów. Z czasem staje się on ich liderem i głosem rozsądku. Krasnoludy generalnie nie różnią się od siebie poza liderem Thorinem i najgrubszym Bomburem. Ważną postacią w książce jest także czarodziej Gandalf, który jest mądrą, ale i też mocno zagadkową osobą. Tolkien stworzył postacie posiadające wady i zalety. Dlatego też w pewnym momencie role się odwracają i my jako obserwatorzy wydarzeń nie jesteśmy pewni komu w tym momencie kibicować. Ważny w książce jest wydźwięk etyczny. Przykładowo Bilbo Baggins, który miał pełnić w wyprawie rolę złodzieja i włamywacza postępuje przez cały czas uczciwie i sprawiedliwie. W „Hobbicie” jest wiele tego typu przykładów, mi najbardziej utknął w pamięci fragment w którym Bilbo kradnie klucze elfowi by uwolnić swoich przyjaciół. Po wypuszczeniu krasnoludów, oddaje je strażnikowi, by ten nie miał problemów u swojego przełożonego.

Podsumowując „Hobbit” to interesująca książka, która powinna się spodobać każdemu ze względu na szybko toczącą się akcję, ciekawe i barwne postacie, śmieszne dialogi oraz zawarte moralizatorstwo. W przypadku posiadanego przeze mnie wydania plusem są także piękne ilustracje Alana Lee. Z pewnością warto przeczytać książkę, zanim udamy się do kin na kolejną odsłonę „Hobbita„.