Lykke Li – I Never Learn

lykke liNigdy na blogu nie miałem okazji wspomnieć o Lykke Li. Chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że większości z was raczej nie trzeba przedstawiać szwedzkiej wokalistki. Osoby bardziej obeznane z muzyką na pewno ją kojarzą z klimatycznych, mrocznych i melodyjnych utworów. Reszta powinna ją kojarzyć z „I Follow Rivers”, które zostało koszmarnie sprofanowane przez radiostacje. Gdy poczytamy informacje na temat szwedki to dowiemy się wielu ciekawych informacji. Między innymi tego, że tak na prawdę nazywa się Li Lykke Timotej Svensson Zachrisson. Poza ojczystą Szwecją swoje młode lata spędziła w Portugalii, Nepalu, Maroko i Indiach. W wieku 19 lat wyjechała do Nowego Jorku, do ojczyzny wróciła dwa lata później by nagrać album. W między czasie zaliczyła również epizod jako telewizyjna tancerka. Karierę muzyczną rozpoczęła jak większość muzyków w tym czasie od wrzucania utworów na MySpace. Spodobały się na tyle, że nagrała pierwszą EP-kę „Little Bit„. Jednak prawdziwa sława przyszła wraz z debiutanckim krążkiem „Youth Novels„. Płyta została wyprodukowana przez Björn Yttlinga (tego od Peter Bjorn and John) i łączyła w sobie folk z indie-popem.  Dwa lata później nagrała „Wounded Rhymes” na którym znalazło się wspomniane „I Follow Rivers” oraz szczególnie przeze mnie upodobane „Sadness Is a Blessing„. Jej piosenki miały szczególne wzięcie jako podkłady do seriali, reklam czy też gier komputerowych. Często też była zapraszana do wspólnych nagrań, m.in. przez Drake’a, Kanye Westa, Royksopp oraz Davida Lyncha, z którym nagrała kapitalne „I’m Waiting Here„.

Teraz mamy rok 2014 a Lykke Li właśnie wypuściła swój trzeci longplay zatytułowany „I Never Learn„. Temat krążka dość smutny, bo rozstanie. Dlatego też nie dziwi melancholijny nastrój, który towarzyszy tym utworom. Nie znajdziemy tutaj indie-popowych przebojów pokroju „I Follow Rivers” czy też „I’m good, I’m Gone”. Są to mocno nastrojowe utwory, które czarują nas swoim klimatem oraz depresyjnym wokalem szwedki. Całość zaczyna się od „I Never Learn” w którym przez większość czasu Lykke Li przy samym akompaniamencie gitary śpiewa o rozstaniu używając wielu metafor typu „sea of guilt” czy też „I been hit by a star seed honey„. Z czasem utwór nabiera podniosłego nastroju za sprawą perkusji i skrzypiec. Kolejny track to singiel „No Rest for The Wicked„, które porusza nas dźwiękiem klawiszy i wyznaniem Pani Zachrisson: „Lonely I, I’m so alone now„. Trzecie „Just Like a Dream” zaczyna się ciekawie za sprawą bębnów, natomiast Lykke Li już bez zbędnych metafor śpiewa „Come Back To Me„.

i never learnNastępnie dostajemy wyciszone, intymne „Silverline” po którym pojawia się bardziej energetyczny „Gunshot„. Utwór nr 6 na płycie jest chyba najbardziej dramatycznym punktem całej historii rozstania. Lykke Li przy dźwiękach samej gitary złamanym głosem śpiewa „Even though it hurts, baby, scars / Love me when I fall, it breaks baby, it’s torn baby, every storm„. Kolejne w kolejce „Never Gonna Love Again” brzmi jak jeden z ostatnich utworów Coldplay. Całość kończy senne, bardzo smutne „Sleeping Alone„.

Przyznam się szczerze, że poruszyła mnie historia szwedki. Potrafię zrozumieć ból, który jej towarzyszy. Złamane serce zawsze było dobrą inspiracją dla muzyki. Najlepsze albumy  chociażby takich zespołów jak Muse czy też of Montreal wynikały ze nieszczęśliwej miłości. „I Never Learn” to dobrze przemyślana, szczera i nastrojowa płyta, która być może nie zachwyca przebojowością, ale porusza nas pięknym brzmieniem i smutnym śpiewem Lykke Li. Co prawda na chwilą obecną muzyka ta gryzie się z obecną, wakacyjną pogodą jednak jest to album uniwersalny, który zawsze będzie aktualny dopóty będziemy mieli swoje smutki. Ocena: 8/10.

Liars – Mess

liarsNowy album grupy Liars to jedna z tych płyt, której nazwa idealnie opisuje zawartość. Zacznijmy jednak od początku. O Liars pisałem wielokrotnie, jednak powtórzę to co kiedyś naskrobałem na ich temat. Otóż dla Nowojorczyków „Mess” to już siódmy album studyjny. Począwszy od debiutanckiego „They Threw Us All in a Trench and Stuck a Monument on Top” z 2001 po „WIXIW” sprzed dwóch lat zespół Angusa Andrew trzyma równy, dobry poziom swoich wydawnictw. Po raz pierwszy o Liars pisałem przy okazji albumu „Sisterworld„, który rozpoczynały konkretne utwory. Późniejsze „WIXIW” określiłem jako ponure rosyjskie disco w lesie, ze względu na całkowite odrzucenie gitar i przejście na transową elektronikę.

Mess” również nagrane jest całkowicie w koncepcji ponurej dyskoteki. Jednakże w porównaniu do piosenek z „WIXIW” nowe utwory wydają się być bardziej przystępne i taneczne. Przykładowo takie tracki jak: „I’m No Gold” oraz „Pro Anti Anti” zbudowane są na tanecznych, synthowych podkładach. Ich muzyka wciąż jednak pozostaje matematyczna i nie szuka futurystycznych rozwiązań, gdyż znajdziemy w niej pełno nawiązań do klasyki muzyki elektronicznej. Jest to dość dziwna płyta. Już sam początek „Mask Maker” wita nas powtarzającym się „Eat my face off / Take my face off / Give me your face!”. Słuchanie tego typu muzy wieczorem może wzbudzać w nas mały niepokój. Następne „Vox Tunded D.E.D.” to popis wokalny Pana Andrew, który swoim śpiewem w dużej mierze buduje nastrój piosenki. Mi osobiście przywołuje to na myśl The Horrors z okresu 2009/2010. „Can’t Hear Well” to już typowa zabawa syntezatorami a „Darkslide” to jeden z tych utworów, które mogłyby się znaleźć na ostatnim krążku Raime. Końcówka płyty jest dość senna, jednakże „Left Speaker Blown” nie można nazwać słabym utworem.

liars messPodsumowując, Liars udało się nagrać kolejny dobry, acz nierewelacyjny krążek. Dobrze, że zrezygnowali z gitar na rzecz syntezatorów. Ta zmiana wyszła im na dobre, gdyż słychać, że nie szukają prostych rozwiązań. Na „Mess” znajdziemy zarówno taneczny dance-punk, chore electro, senny ambient jak i mroczny dubstep. Dużą robotę odwalił wokalista Andrew Angus, któremu należy się niski ukłon i czapka z głowy. Płyta momentami jest trochę dziwna i zbyt monotonna, jednakże jest to dobra porcja muzyki, której niestety nie mogę polecić wszystkim. Jeżeli szukasz czegoś nowego, nietypowego i nie idącego na łatwiznę to sprawdź koniecznie. Reszcie mogę polecić jako ciekawostka, gdyż nie jest to album łatwy w odbiorze ani też piosenkowy (singlowy). Ocena: 7/10.

Przegląd filmowy #5

Trochę zaniedbałem dział filmowy toteż nadrabiam zaległości trzema recenzjami. W dzisiejszym wydaniu przeglądu filmowego znajdziecie pierwszą część Godzilli, Serpico z Alem Pacino w roli głównej oraz rosyjski horror z 1967 roku – Wij.

gojiraGojira / Godzilla – Król Potworów(1954). Nowa, amerykańska Godzilla zbliża się dużymi krokami. Dlatego też postanowiłem do tego czasu obejrzeć wszystkie filmy z legendarnym potworem. Miałem też plan by opisać i ocenić każdy z obrazów, jednak w sieci jest już parę ciekawych recenzji toteż nie będę powtarzał tego co już zostało powiedziane. Ograniczę się jedynie do pierwszej części z 1954 roku, która zaowocowała powstaniem około 30 tytułów z Godzillą w tle. Recenzując film Ishiry Hondy należy zacząć od tła historycznego. Lata 50 to okres zimnej wojny, natomiast dla kraju kwitnącej wiśni jest to czas odbudowy potęgi politycznej i gospodarczej po II wojnie Światowej. Świat bał się konfliktu atomowego. Japonia pod tym względem najbardziej ucierpiała, gdyż 9 lat przed premierą „Godzilli” Hiroszima i Nagasaki zostały totalnie zniszczone przez zrzucone amerykańskie bomby atomowe. Toteż tematyka i przesłanie jakie niesie film Hondy nie powinny dziwić. Pewnej nocy tajemnicza siła zatapia kuter rybacki na morzu, wkrótce zniszczone zostaje miasteczko Oto. Okazuje się, że jest to sprawka Godzilli, która według wierzeń Japończyków jest bogiem potworów żyjących w morzu. Gigantyczny potwór zmierza w stronę Tokio, jednakże próby powstrzymania kreatury powstałej w wyniku eksperymentów atomowych nie przynoszą oczekiwanego rezultatu. Jedyną nadzieją wydaje się być prototyp nowej broni stworzonej przez naukowca Serizawę. Godzilla funkcjonuje w tym filmie jako metafora przyrody, która wymierza ludzkości karę za eksperymenty jądrowe. Film jest czarno-biały przez co nabiera powagi, której zabrakło w dalszych częściach filmów o słynnym jaszczurze. „Gojira” świetnie spisuje się zarówno jako horror jak i dramat, gdyż wątek ludzki jest równie ciekawy. Film ten nie miał dużego budżetu, jednakże jego realizacja pomimo upływu lat wciąż zachwyca. Film ten powołał do życia nową gwiazdę , jaką stała się Godzilla. Ponadto Japońska wytwórnia Toho stworzyła wiele innych potworów takich jak Mothra, Rodan czy też Gigan. Dalsze części filmów o Godzilli były już różne, od bardzo słabych do bardzo dobrych. Pierwszą część uważam za najlepszą w całej serii Showa jak i jeden z najlepszych filmów typu „Monster Movie”. Ocena: 8/10.

serpicoSerpico (1973). Film Sidneya Lumeta opowiada prawdziwą historię nowojorskiego policjanta Franka Serpico, który postanawia w pojedynkę walczyć z korupcją w szeregach policji. W tytułową rolę Serpico wcielił się jeden z moich ulubionych aktorów – Al Pacino. 33-letni wówczas aktor miał na koncie już kapitalną rolę w Ojcu Chrzestnym toteż bez problemu dostał rolę Serpico, która odegrał wręcz rewelacyjnie ukazując determinację jak i zwyczajny strach z jakim żył Frank Serpico. Walka jakiej się podjął była słuszna, jednakże bardzo trudna i kosztowna, gdyż przez nią główny bohater traci miłość jak i zdrowie. Życie głównego bohatera nie jest usłane różami, gdyż wszyscy są przeciwko niemu: koledzy z pracy oraz kolejni szefowie. Film ten trwa ponad dwie godziny, jednak jego oglądanie mija nam nadzwyczajnie szybko. Historia ta wciąga i angażuje widza. Dużą zaletą filmu jest jego klimat oraz sposób w jaki przedstawia nam Stany Zjednoczone lat 70. Widzimy wszystkie brudy ulicy, policji oraz urzędu burmistrza. Policjanci zajęci są zbieraniem haraczów, burmistrz boi się interweniować by nie robić sobie wroga u stróżów prawa, natomiast oficerowie policji za wszelką cenę próbują znaleźć sposób na uciszenie niesfornego policjanta. Punktem kulminacyjnym tych zdarzeń, jest nie udana próba przymknięcia domowej fabryki narkotyków, podczas której Frank Serpico zostaje postrzelony. Warta zwrócić uwagę na muzykę oraz pracę kamer, która jest sporym plusem „Serpico„. Polecam każdemu fanowi dobrego kina jak i entuzjastom filmów policyjnych. Ocena: 9/10.

viy-1967-15-420x241Wij / Wiy (1967). Mało kto wie, że za naszą wschodnią granicą też kręci się dobre filmy. Jednym z takich obrazów jest „Wij” w reżyserii Georgiego Kropachoyova i Konstantina Yershowa. Jest to ekranizacja opowiadania Nikołaja Gogola, która przedstawia historię studenta Choma. Otóż młody teolog pewnej nocy spotyka wiedźmę, którą zabija. Wkrótce dostaje za zadanie odprawiać nabożeństwo żałobne przez trzy nocy przy niedawno zmarłej młodej dziewczynie. Zadanie nie będzie jednak łatwe, gdyż zmarła dziewczyna okazuje się wiedźmą zabitą przez Chomę. Ta pragnie zemsty i nasyła na studenta coraz to groźniejsze demony. „Wij” jest przesiąknięty rosyjskim folklorem co wychodzi mu na dobre. Film ten świetnie się ogląda za sprawą świetnych kolorów, wyśmienitych jak na tamte czasy efektów specjalne oraz bardzo dobrych zdjęć. Dzieło Kropachoyova i  Yershowa ma niepowtarzalny surrealistyczny klimat, który rzadko twórcom horrorów udaje się osiągnąć. Na pochwałę zasługują również aktorzy a w szczególności Natalia Warlej za kreację dziewczyny. Jej kwestia „wezwijcie wija!” długo siedziała mi w głowie. Dla mnie absolutna klasyka kina grozy. Ocena: 9/10.