Pierwszy muzyczny strzał – Przegląd płyt z stycznia i lutego

Rysy – 4GIVE. Trzeci w dorobku długograj od warszawskiego duetu Rysy to z pewnością nie lada gratka dla wszystkich fanów muzyki elektronicznej. Łukasz Stachurko oraz Wojciech Urbański ponownie poruszają się w klimatach trance, techno czy też acid-techno. Jest mniej przebojowo jak na ich ostatnim albumie „4GET„, ale nie oznacza, że gorzej. Ten album wpada w ucho. To 9 utworów, gdzie każdy ma coś do powiedzenia i każdy coś tutaj dla siebie znajdzie. Czekam na wersje live na Carbonie albo Tauronie. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Franz Ferdinand – The Human Fear. Co prawda z oryginalnego składu pozostał tylko wokalista Alex Kapranos oraz basista Bob Hardy, jednak brzmienie pozostało to samo. Franz Ferdinand grają wciąż te same indie rockowe ballady, co w 2005 roku. I z jednej strony jest to spoko, bo jeżeli jest się fanem tego grania to będzie ono wciąż nam pasowało. Ja jednak oczekiwałbym minimalnego rozwoju, a tego tutaj nie ma. Był moment w okolicach 2009 roku, gdy wydawało mi się, że Szkoci będą odważniej podchodzili do muzyki. „The Human Fear” jest jednak zaprzeczeniem tej tezy. Ten krążek brzmi jak żywcem wyciągnięty sprzed dwóch dekad. Ogólnie spoko, bo zawsze lubiłem Franz Ferdinand i nawet specjalnie na nich cisnąłem do Łodzi by w słuchać ich na łódzkim osiedlu w milionowym tłumie. Jednak zaraz po wyłączeniu, zapomina się o tym albumie. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Cameron Winter – Heavy Metal. Niech tytuł was nie zmyli. Nie jest to granie w stylu Slayera. Wręcz przeciwnie. To gitarowe brzdąkanie, z łamiącym się wokalem Pana Camerona Wintera. Płyta mocno hajpowana przez Pitchfork, w moim jednak odczuciu przesadnie. Dałem szansę kilkukrotnie wokaliście Geese w jego solowym debiucie. Nie są to jednak totalnie moje klimaty, wieje tutaj straszną nudą. Nie jest to też całkowity niewypał bo doceniam takie kompozycje jak: „Nausicaa (Love Will Be Revealed)” z fajnym soulowym vibe’em czy też sufjanowy „Love Takes Miles„. Może to wina wokalu Camerona Wintera, a może sam zamysł na materiał do mnie do końca nie przemawia? Nie wiem, i zbytnio mnie to nie obchodzi. Bo nie wszystko musi się nam podobać, prawda? Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

FKA Twigs – EUSEXUA. O Pani Tahliah Debrett Barnett pisałem na blogu wielokrotnie, i zawsze były to bardzo pozytywne opinie. W końcu w jej dyskografii nie ma słabych pozycji. Zaczynając od debiutanckiego „LP1” po ostatni mixtape „Caprisongs” wydany w 2022 roku. „EUSEXUA” to jej trzeci długograj i już od pierwszego, tytułowego utworu „Eusexua” otrzymujemy nietypowy miks elektronicznego transu z balladowym wokalem. Kolejny „Girl Feels Good” zabiera nas w przeszłość na przełom lat 90 i 2000, przywołując na myśl płyty Madonny z tamtego czasu. Ponadto jest tutaj sporo eksperymentowania z brzmieniem, wystarczy posłuchać takich utworów jak „Drums of Death” czy też „Sticky” by się o tym przekonać. To być może najmniej piosenkowa i popowa płyta artystki, ale podoba mi się droga, którą obrała. Połączenie elektroniki z jej charakterystycznym wokalem to idealna mieszanka. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Ringo Starr – Look Up. Ringo Starr nie należał nigdy do gronach najbardziej wielbionych Beatlesów. I nic w tym dziwnego, gdy ma się przed sobą takich tuzów jak John Lennon, Paul McCartney czy George Harrison. I nawet w momencie, gdy pozostało ich już tylko dwóch to najnowsza płyta Ringo przeszła raczej bez większego echa. Nie jest to wydarzenie na miarę powrotu The Rolling Stones czy też nowej płyty Beyonce bądź innej gwiazdy pop/rock. Być może to z powodu tego, że Ringo wydaje swoje płyty dość systematycznie. Od rozpadu żuczków w 1970 roku wydał ich 21! Do tego trzeba dorzucić 6 Ep-ek, 2 albumy live, 8 albumów jako Ringo Starr & His All-Starr Band, oraz wiele innych kompilacji i kolaboracji. Koleś pomimo 84 lat na karku nie próżnuje i wciąż ma nowe pomysły na muzykę. „Look Up” w odróżnieniu od ostatniego rockowego „What’s My Name” zostało nagrane w rytmach country. I to brzmienie jak i ten kowbojski kapelusz całkowicie pasuje do eks-perkusisty The Beatles. Materiał składa się z 11 utworów, które słucha się sprawnie i dość przyjemnie. To 37 minut lekkiego, gitarowego grania i śpiewania o dawnych miłościach i dziejach. Jednak Starr nie popada zbytnio w rozpamiętywanie i nagrywa utwory tak, jakby dalej były lata 60. Ocena: 6/10

Ocena: 3 na 5.

Muzyczne zaległości z 2024

Klasycznie już, zanim podzielę się z wami moim muzycznym podsumowaniem za rok 2024 i przejdę do recenzji nowych wydawnictw i wydarzeń, dorzucę swoje 3 grosze do płyt o których należy wspomnieć w kontekście mijającego roku. Oczywiście, takich płyt jest z pewnością więcej… Dużo więcej, ale pamiętajcie, że obecnie dziennie pojawia się więcej nowej muzy niż w przeciągu całego 1989 roku. Także, nawet sztuczna inteligencja by tego nie ogarnęła. Oto słów kilka na temat wykonawców, o których moje muzyczne sumienie nakazuje wspomnieć.

Kendrick Lemar – GNX. Ogólnie plan był taki by poświęcić tej płycie pełnoprawną recenzję na moim blogu. Niestety nie udało się, nad czym ubolewam, gdyż spędziłem przy niej na prawdę sporo czasu. Fanem Kendricka jestem już od grubo ponad dekady i z wypiekami na twarzy wyczekuję jego każdego nowego wydawnictwa. Tak samo było z „GNX„, który ukazał się dwa lata po premierze „Mr. Morale & the Big Steppers„. Pomimo tego, że bardzo dobrze znam jego dyskografię to i tak potrafi mnie zaskoczyć przy każdej nowej płycie. Okładka jednak dobrze sugerowała, że album będzie opierał się na oldschoolowym klimacie lat 90 i będzie tutaj mnóstwo nawiązań do korzeni muzyka. Nie jest to koncept album, ale zestaw 12 utworów, w którym pojawiają się ważne aspekty życia czarnoskórej społeczności. W zasadzie każdy z tych utworów mógłby być singlem promującej, z drugiej jednak ciężko mi wskazać, który byłby w tej roli najlepszy. Mocno wyrównana płyta, na której czuć niesamowity i kolejny dowód na to, że Kendrick Lamar to czołowa postać amerykańskiego rapu, który ma wiele do powiedzenia. Warto także wspomnieć, że to pierwsza jego płyta nie wydana w Top Dawg Entertainment. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Tyler, The Creator – CHROMAKOPIA. Tutaj w zasadzie jest ta sama sytuacja co z wyżej omawianym albumem „GNX” od Kendricka Lamara. Był plan na osobną recenzję, bo w końcu jestem wielkim fanem twórczości Pana Okonmy… Co więcej ostatnio dowiedziałem się, że Tyler będzie promował płytę w Krakowie. Szkoda tylko, że bilety się wyprzedały. Nie rozkminiam jak ta informacja mnie ominęła? Obserwuję w social mediach wszystkie ważniejsze muzyczne portale i jestem na bieżąco z jakimiś pierdołowatymi informacjami, że dziś mija 4 rocznica wydania jakiejś mało ważnej płyty zespołu, co swoje najlepsze dzieło wydał 20 lat temu… lub spamiami o Sabinie Carpenter albo Taylor Swift. Powiem, wam, że te social media to jakieś gówno w ostatnich latach i przez ten przesyt nic nieznaczących postów człowieka omijają ważne informacje…. Wracają jednak do płyty „CHROMAKOPIA„. No jest genialnie jak zwykle. Tyler od okresu wydania „Cherry Bomb” wciąż mnie zadziwia i to pozytywnie. Ten gość ma taką lekkość w zabawie muzyką, mieszaniu gatunków, lawirowaniu pomiędzy popem, r’n’b a rapem. Każdy najdrobniejszy detal, osobny dźwięk, wyśpiewana zwrotka, zarapowane słowo to majstersztyk. Tutaj nie ma słabych momentów. 14 niezwykłych utworów do których chce się wracać. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Jessica Pratt – Here In The Pitch. Czwarty w dorobku album amerykańskiej wokalistki to jej opus magnum. „Here In The Pitch” to muzyka nie z tej epoki, nie z tych czasów. I to jest w nim najpiękniejsze. Uroczy, lekki klimat lat 60 przywołuje na myśl kluby z Zachodniego Wybrzeża, gdzie przy papierosku i szklance dobrego trunku obcowało się z piękną muzyką. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek David Lynch wróci do kręcenia filmów bądź seriali to nie wyobrażam, sobie by nie zaśpiewała tam Jessica Pratt. To jeden z tych charakterystyczny wokali, który potrafi utkwić w głowie na bardzo długo. Piękna płyta. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Cindy Lee – Diamon Jubilee. Przyznam się, że przesłuchałem tą płytę raz i w zasadzie nie urzekła mną na tyle bym mógł powiedzieć „HEEEJ LUDZIE TO JEST NAJLEPSZY ALBUM 2024 ROKU !!!!!1111!!!”. Potrafię jednak zrozumieć, dlaczego może komuś się podobać i widzę w niej wiele pozytywnych rzeczy. Stojący za projektem Cindy Lee kanadyjski gitarzysta i wokalista Patrick Flegel ma w końcu sporo doświadczenia w muzyce. W latach 2007-2012 był liderem grupy Women, z kolei „Diamon Jubilee” to siódmy album w dorobku pod pseudonimem Cindy Lee. Słychać tutaj inspiracje Arielem Pinkiem oraz amerykańskim folkiem. Płyta składa się z 32 utworów, podzielonych na dwa dyski i trwa ponad dwie godziny. Co jak na longplay jest znacznie za długo. Co więcej albumu nie znajdziecie na Spotify, dlatego jesteście skazani go słuchać online na YouTube. A chyba wiecie jak wygląda słuchanie muzyki na tym serwisie bez wykupionego premium? No właśnie… Może te wszystkie aspekty spowodowały, że nie miałem ochoty wracać do tej płyty i bardziej się w nią zagłębiać? Z pewnością miały wpływ na moją ocenę, która wynosi: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Nala Sinephro – Endlessness. Drugi w dorobku album 28-letniej Belgijki to najlepsza rzecz jaką miałem okazję usłyszeć w klimacie ambientu i jazzu w minionym roku. Składający się z 10 utworów krążek „Endlessness” zabiera słuchacza w inne światy a zarazem eksploruje europejską muzykę elektroniczną poprzedniego wieku. Sporo tu nawiązań do klasyki, jak i wiele świeżych pomysłów. Świetny podkład muzyczny do panującej obecnie aury. Niby zima a trochę jesień. Mi jednak najbardziej przypadł do gustu sposób w jaki jest łączona na tym wydawnictwie muzyka elektroniczna z jazzowym saksofonem, prawdziwe mistrzostwo. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Jesienne klimaty – Przegląd płyt z października i listopada

Aura za oknem nie jest w ostatnim czasie dla mnie sprzyjająca. I niestety nie powodowała bym miał więcej czasu dla swoich kulturalnych zainteresowań. Nie mniej coś tam udało mi się przesłuchać. Poniżej kilka płyt, które przesłuchałem w ostatnich dwóch miesiącach.

KNEECAP – Fine Art. Przyznam szczerze, że do momentu ogłoszenia przez Artura Rojka występu KNEECAP na przyszłorocznym OFF Festiwalu, nie słyszałem o tym północnoirlandzkim zespole nic. Dobrze jednak było nadrobić te zaległości, gdyż raperzy z Belfastu są obecnie na językach za sprawą filmu „Kneecap. Hip-hopowa rewolucja„, który w ten weekend zadebiutował w polskich kinach. Póki co nie widziałem jeszcze obrazu w reżyserii Richa Peppiatta (zamierzam to w najbliższym czasie zmienić), jednak ci, którzy go widzieli wypowiadają się w ciepłych słowach. Poza filmem warto także sprawdzić ich najnowszy longplay „Fine Art„. Drugi w dorobku krążek to zestaw 18 kawałków, który poza hip-hopem oferuje także nieco irlandzkiego folkloru, post-punku jak i skocznego drum and bassu. Generalnie ciężko zrozumieć o co im chodzi w tekstach, gdyż rapują w swoim ojczystym, irlandzkim języku. Niemniej płytę „Fine Art” słucha się świetnie i jest to porcja solidnego hip-hopu, który w idealnych proporcjach czerpie z klasyki i wnosi wiele świeżego powiewu w gatunek. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

The Smile – Cutouts. Podobno obecnie w ciągu jednego dnia pojawia się więcej nowych piosenek, niż w przeciągu całego roku 1989. Artyści są płodni, to fakt. Co więcej dzięki internetowi mają znacznie krótszą drogę do publikacji swoich dzieł. Jednak pewne reguły gry pozostawały niezmienne. Jak okresy w wydawaniu nowych płyt. Dwa nowe albumy w ciągu jednego roku? Takie rzeczy robili Beatlesi, gdyż nie jeździli z koncertowym tournee do Australii, Singapuru i Boliwii w ciągu jednego miesiąca. Thomowi Yorke’owi takie coś zdarzyło się ostatni raz blisko ćwierć wieku temu, gdy w 2000 roku Radiohead wydało dwa krążki: „Amnesiac” oraz „Kid A”. Od okolic 2011 roku ciężko mówić o płodności w wydawaniu nowej muzyki przez lidera Radiohead. Dlatego też, nowa płyta projektu The Smile cieszy niezmiernie. Oczywiście siłą rzeczy, wiele osób porównuje ten krążek do poprzedniego „Wall of The Eyes„. Dla mnie to są jednak dwa zupełnie inne albumy, aczkolwiek można dopatrywać się wielu podobieństw. Generalnie „Cutouts” to podobnie jak poprzednia płyta The Smile kawał dobrej muzyki. Formę Greenwooda oraz Yorke’a można porównać do strzeleckiej formy Harry’ego Kane’a. Cały czas coś wpada, czy to do ucha czy to do siatki. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Magdalena Bay – Imaginal Disk. Heh, nie sądziłem, że jakakolwiek płyta dream-popowa czy też indie-popowa będzie w stanie mnie urzec. Gatunek ten w ostatnich latach niemiłosiernie mnie wynudził, że nie spodziewałem się wielkich rzeczy, które mogłyby wnieść jeszcze coś do tematu. Oczywiście, byłem w błędzie, gdy pierwszy raz przesłuchałem „Imaginal Disk” grupy Magdalena Bay. Było to pod koniec wakacji i pamiętam ten SZOK, gdy usłyszałem te kompozycje. Oczywiście czytałem same dobre recenzje tej płyty, ale odbierałem to na zasadzie zachwytów jak nad Beach House. Recenzje dobre – muzyka nudna. Tutaj jest zupełnie inaczej. „Imaginal Disk” to jakiś pierdolony potwór dobrych melodii, jakiś ukrytych smaczków, wspaniały linii melodycznych, wokalnych i rozbudowanych kompozycji. Każdy utwór na tej płycie to istna perfekcja dźwiękowa. I wiecie jeszcze co? Ten album ma na prawdę niesamowity, lekki i oryginalny klimat. Do takich płyt wraca się latami. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.