Wiosenny vibe – Przegląd płyt z marca i kwietnia.

Muzycznie rok 2025 rozkręcił się na dobre. Na rodzimym jak i zachodnim rynku pojawiło się wiele ciekawych pozycji wydawniczych. Co więcej, wiele interesujących mnie wykonawców zapowiedziało nowe płyty. Wróćmy jednak na chwilę do tego co już się pojawiło i co zdążyłem przesłuchać.

The Horrors – Night Life. O tym, że chłopaki z brytyjskiego zespołu The Horrors mają dobry gust muzyczny wspominałem wielokrotnie przy recenzowaniu ich płyt. A skąd to wiem? Przede wszystkim zespół często w social mediach dzieli się swoimi muzycznym inspiracjami, wykopując przy tym prawdziwe muzyczne złoto. Na a po drugie i najważniejsze, to słychać na każdym ich krążku. Klasyczny indie rock już dawno został porzucony, a na omawianym albumie zespół wędruje do lat 80 i przybiera szaty dawnego Depeche Mode i raczy nas dźwiękami synth-popowymi. Tytuł dobrze odzwierciedla klimat tej płyty. Jest nieco mrocznie, często melodyjnie, czasem tanecznie, czasem sentymentalnie. Prawdziwe nocne życie, zwłaszcza w mieście pełnym różnych możliwości. Fajnie, że są wciąż takie zespoły jak The Horrors, na które można zawsze liczyć. Tym razem znowu się nie zawiodłem, a wręcz jestem tą płytą zachwycony. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Trupa Trupa – Mourners EP. Tym razem gdański zespół z Grzegorzem Kwiatkowskim na czele nie pokusił się na wydanie pełnego longplaya a jedynie EP-ki. Przypomnijmy, że ich ostatni album „B Flat A” ukazał się trzy lata temu. Niby nie jest to odległy okres czasu (wyżej wspomniani The Horrors wydali płytę po 8 latach), jednak wystarczający by o sobie przypomnieć z nową muzyką. Dlatego dobrze, że Trupa Trupiarze wracają z nowym materiałem, w odświeżonym składzie. „Mourners” to pięć nowych utworów, trwających łącznie niespełna 14 minut. Jednak w tak niewielkim czasie potrafią pokazać, że ten cały zachodni szum wokół ich muzyki jest całkowicie usprawiedliwiony. Wciąż poruszają się w post-punkowych klimatach, tym razem jest mnie psychodelicznie, a bardziej melodyjnie. Grzegorz Kwiatkowski ponownie dodaje poetycznego wymiaru do liryki, a ważnym odniesieniem staje się nazwisko Holgera Czukaya. Zmarły już gitarzysta legendarnej grupy Can, jest główną inspiracją do powstania tego materiału. I ja to kupuje, no i czekam na więcej. Bo taka EP-ka tylko zaostrza apetyt na długograja. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Jan-Rapowanie – GROTESKA. Od wydania ostatniej płyty Janka minęły trzy lata. Sam raper zapowiadał przerwę od muzyki, jednak w końcu powrócił z nowym materiałem jakim jest album „GROTESKA„. I jest Panowie i Panie bardzo dobrze. Słychać na tej płycie dojrzałość. To już nie jest gówniarskie rapowanie o melanżowaniu jak na pamiętnym krążku „Plansze„. Tutaj Janek wprost mówi: „Przez ostatnie lata życia chciałem głównie się najebać / Teraz częściej myślę o tym, co się dzieje, jak umierasz„. Poza tym słychać, że 27-latka dopadła proza życia: „3 razy byłem na ślubie, 4 na pogrzebie / 4,8 mam na bolcie, 4,9 na uberze„. Spoko Janek, też to przerabiałem. I być może też ten album bardziej trafia do bardziej starszego grona słuchaczy, którzy pamiętają starego Pezeta czy też Eldo. Na ciepłe słowo zasługuje produkcja, bity brzmią dobrze i często zahaczają o klasyk. No i przede wszystkim auto-tune nie jest używany przez 100 procent czasu tej płyty. Niektórzy pewnie zwrócą uwagę na gościnne występy Maty, Taco czy też Kubana dla mnie jednak pierwsze skrzypce gra Janek, którego dobrze mi się słuchało. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Perfume Genius – Glory. Po mocno mrocznym i nieco dziwacznym „Ugly Season” Pan Michael Alden Hadreas powraca z nowym materiałem. Tym razem jest dużo jaśniej, przejrzyście i przytulniej. Autor kapitalnego „Set My Heart On Fire Immediately” lawiruje pomiędzy indie-popem a folkiem, przypominając mi czasy, gdy zasłuchiwałem się w Fleet Foxes czy też Bat For Lashes. A były to piękne czasy. Jest progres, i słychać, że muzyk z Des Moines w Stanie Iowa ma dobry zmysł do kompozycji. Takimi utworami jak „In a Row” czy też „Me & Angel” potrafi chwycić za serducho. Przy reszcie dobrze się bawiłem i wspominałem stare dzieje, przeglądając stare wpisy na blogu. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

YHWH Nailgun – 45 Pounds. Zachęciła mnie do tej płyty pozytywna ocena na Pitchforku. Jednak jak to wiele razy już miało miejsce, oceny tego znanego portalu nie zawsze odnajdują odzwierciedlenia w rzeczywistości. Co prawda „45 Pounds” momentami brzmiało dla mnie jak dziwne połączenie WU LYF i Idles. Swoją drogą, cieawe czy twórcy świetnej płyty „Go Tell Fire To The Mountain” jeszcze istnieją? Jednak pozytywy na tym się kończą. Zbyt wiele tutaj nudy i takiej nijakości ubranej w określenie muzyka eksperymentalna. No cóż, może następnym razem będzie lepiej? Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Zdechły Anioł – Kurwomancer. Rzadko piszę o metalu, tym bardziej polskim. Jednak do tego projektu zachęciły mnie pozytywne komentarze na pewnym fejsbukowym peju. No i faktycznie, całkiem spoko. Zwięzły i konkretny materiał. Chłopaki wyleźli z krypty na nieco ponad 20 minut i potem do niej wrócili (chyba nawet dobrze, że to zrobili hehe). W zasadzie w tym króciutkim materiale jest wszystko czego można się spodziewać w black death metalu. Teksty o tematyce gore, jakieś skóry, krew, kości, blade dusze itd. Gitarowe solówki, napierdalająca perkusja z podwójną stopą, czarno-biała okładka z elementami religijnymi. Czego w zasadzie chcieć więcej? Całość brzmi mocno surowo, jakby jakieś młokosy go nagrali w garażu u wujka, który akurat pojechał na pielgrzymkę. W rzeczywistości skład Zdechłego Anioła (Nie mylić z osą) to ludzie, którzy już trochę siedzą w temacie. Jak lubicie bluźniercze rzeczy to myślę, że warto. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Zabawy hawajską gitarą elektryczną i podróż do lat 80 – recenzja płyty „SABLE, fABLE” Bon Iver

Być może to złe skojarzenie i zbyt upraszczające sprawę, ale Justin Vernon i jego Bon Iver, coraz bardziej przypomina mi casus pewnych wyspiarskich zespołów – U2 i Coldplay. Chodzi mi o pewien schemat, który zaczyna się od wybitnego debiutu, nagraniu jeszcze paru dobrych rzeczy, paru znośnych rzeczy by ostatecznie trafić do mainstremu i nagrywania okrutnego popu. Co prawda przypadek Bon Iver nie skończył się jeszcze na ostatnim punkcie, jednak od paru lat artysta coraz chętniej zbliża się do tego kierunku.

Trochę niegrzecznie zacząłem od pocisku w stronę muzyka z Eau Claire w stanie Wisconsin. To wszystko jednak z miłości, zwłaszcza do jednej, jedynej płyty jaką była „For Emma, Forever Ago„. Co prawda Justin Vernon momentami próbuje nawiązać do tego albumu pierwszą częścią „SABLE, fABLE” a konkretnie takimi tworami jak „S P E Y S I D E” czy też „THINGS BEHIND THINGS BEHIND THINGS„. Jednak tamtych emocji chyba nie uda się już odtworzyć. Dlatego zrozumiała i w pełni słuszna jest próba eksperymentowania z muzyką.

A ta na drugiej części „SABLE, fABLE” wychodzi całkiem dobrze. Vernon cofa się do lat 80, czerpie pełnymi garściami z twórczości Prince’a, Phila Collinsa czy też George’a Michaela. Jest tutaj sporo soulu, funku, R&B, zabawy hawajską elektroniczną gitarą i dobrej zabawy. Najlepiej to słychać na „Everything Is Peaceful Love„, które jest chyba najmocniejszym momentem tegorocznego krążka. Chociaż prince’owy „Walk Home” też jest niczego sobie, no i zamiana w kowboja w „From” też pasuje do image’u Vernona. Sporo tutaj gości, pojawia się m.in. Denielle Haim czy też Dijon. Jednak najlepiej Bon Iver posłużyła pomoc w songwrittingu od mk.gee. Gość ma patent na nieszablonowe wykorzystanie gitar, co słychać zwłaszcza w kapitalnym „I’ll Be There„.

Mam nadzieje, że Bon Iver finalnie nie skończy jak wspomniani wcześniej brytole z Coldplay. Jasne, można nagrywać pop i bawić się gatunkami. Pod warunkiem, że to nie jest nagrywanie paździerza nastawionego na sprzedaż. No i dobrze, że facet szuka nowego ja. Powtórzenie „For Emma, Forever Ago” jest po prostu nie możliwe, a ciągłe porównywanie jego nowej płyty do debiutu mija się z celem. Sam musze z tym skończyć, i po początkowej krytyce kończę całość miłym słowem i jeszcze milszą oceną: 8/10. Fajny ten POP Iver.

Ocena: 4 na 5.

Deafheaven skończyli z przyjemnym śpiewaniem – recenzja „Lonely People With Power” Deafheaven

W ostatnim czasie byliśmy świadkami nieoczekiwanej zmiany kalifornijskiej grupy metalowej Deafheaven. Ich ostatni album „Infinite Granite” (o którym pisałem TUTAJ) po raz pierwszy było bardziej shoegazową płytą, aniżeli black metalową. Wokalista George Clarke po raz pierwszy dał się poznać jako utalentowany wokalista za sprawą delikatnych wokali, które mogliśmy usłyszeć m.in. na takich piosenkach jak: „In Blur” czy też „Great Mass of Colour„. Zespół natomiast postawił na bardziej melodyjne brzmienie gitar. To zaowocowało udaną płytą, co skłaniało do refleksji, czy tak teraz będzie brzmiał zespół z słonecznego San Francisco?

Okazuje się, że wydany w 2019 roku utwór „Black Brick” wcale nie był pożegnaniem grupy z mocnym, ciężkim brzmieniem. Ich najnowszy, szósty już album „Lonely People With Power” jest powrotem do korzeni. Najnowsze dzieło za sprawą mrocznego klimatu bardziej przypomina album „New Bermuda” aniżeli ostatnie, łagodniejsze dokonania. Generalnie po ich zeszłorocznym koncercie w Krakowie miałem takie przeczucie, że to nie koniec ciężkiego Deafheaven. Grupa na koncertach częściej grała utwory z pierwszych płyt, a George Clark zapuścił włosy do efektowniejszego kręcenia głową podczas występów na żywo. Jednak dla fanów tak zwanego black-gaze to wciąż dobra porcja muzyki, bo Deafheaven na swoim najnowszym krążku wciąż umiejętnie łączą piękne linie gitar z metalowym tłem.

Początek płyty pozbawia nas złudzeń co do dream-popowej wersji Deafheaven. Zaraz po zakończeniu intro jakim jest „Incidental I” grupa wchodzi z mocnym, metalowym brzmieniem za sprawą „Doberman” oraz singlem „Magnolia”. Jest charakterystyczny screamo wokal Clarka, podwójna stopa w perkusji i mocne gitarowe linie. Nikt tutaj się nie pierdzieli, jest ostro. Jednak im dłużej trwa płyta, tym częściej zespół przypomina sobie o swojej łagodniejszej stronie. „The Garden Route” rozpoczyna melodyjna linia gitary, która prowadzi nas przez cały utwór, aż do efektownego zakończenia. Natomiast na kolejnym „Heathen” pojawia się nawet przez moment łagodny wokal, jednak im dłużej trwa ten utwór, tym większy rozpierdol. I taki Deafheaven lubię najbardziej, zaczynający łagodnie, rozpędzający się i kończący istnym metalowym huraganem. Na „Amethyst” także pojawiają się łagodniejsze fragmenty, jednak na dłuższą metę Clark z spółką nie potrafią nie wejść z kopem w każdej piosence na płycie. Wisienką na torcie jest kończący całość „The Marvelous Orange Tree„, gdzie ponownie usłyszymy sporo z shoegaze (w idealnych proporcjach, oczywiście).

Nowością nie spotykaną do tej pory w twórczości Deafheven są występy gościnne. Jednak nie są one takie same jak na rapowych albumach. Pojawiający się tutaj Paul Banks z Interpolu, nie śpiewa a wygłasza monolog. Nieco inne zadanie ma Jae Matthews z Boy Harsher, który użycza delikatnego wokalu w „Incidental II„. W ogóle ten utwór to jakiś fenomen, gdyż brzmi jak soundtrack do American Horror Story. Widać, że wspólne koncerty Interpolu z Deafheaven (Dla mnie niesamowite muzyczne combo) z zeszłego roku przełożyły się na wydawnicze konkrety. Czekam na nową płytę Nowojorczyków z gościnnym wokalem Clarka – to będzie interesujące. Inną nowością jest format płyty. Jest więcej utworów (12), które rzadko przekraczają 6 minut. A trzeba wiedzieć, że amerykanie lubują się w długich utworach trwających nawet ponad 10 minut.

Przyznam szczerze, że nie pokochałem tej płyty od pierwszego odsłuchu jak w przypadku „Ordinary Corrupt Human Love” czy też „Sunbather„. Jednak im dłużej słucham najnowszej pozycji od Deafheaven, to tym bardziej mi się ona podoba. Grupa z jednej strony nawiązuje do swoich korzeni, z drugiej jednak nie zapomina o swoich fanach, kochających ich za to w jak piękny sposób łączą ze sobą melodyjne gitary z metalem. Czekam teraz na jakąś europejską trasę uwzgledniającą Polskę, a póki co wałkuje dalej „Lonely People With Power„. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.