Solids – Blame Confusion

SolidsSolids to duet: Xavier Germain-Poitras oraz Louis Guillemette. Kolesie są z Montrealu i wyjątkowo dobrze dobrali nazwę do swojego zespołu, gdyż grają solidną muzykę. „Blame Confusion” to ich debiutancki longplay na który pewnie nie zwróciłbym uwagi, gdybym nie szukał czegoś nowego z rejonu lo-fi. Płyta jest dokładnie taka jak oceny jakie przyznały jej zachodnie serwisy muzyczne. Jest na niej sporo indie rocka z lat 90 i noise’u. Gdy odpaliłem po raz pierwszy „Blame Confusion” wydawało mi się, że włączyłem „Post-Rock” Japandroids. Z jednej strony to zaleta, gdyż grać jak Japandroids to w pewnym sensie nobilitacja. Z drugiej jednak… No właśnie. W tym momencie trzeba przejść do minusów albumu.

Solids pomimo tego, że gra muzykę fajną, dobrą, SOLIDNĄ to jest zespołem kalką tego co zagrały takie bandy jak No Age czy też wspomniane wcześniej Japandroids. Na „Blame Confusion” nie doszukacie się niczego innowacyjnego ani świeżego. Najlepsze na płycie „Traces” to po prostu kolejny rockowy kawałek jakich wiele słuchałem w ostatnim czasie. Drugi poważny zarzut wobec tej płyty to gra na jedno kopyto. Nie trzeba być wymagającym słuchaczem by stwierdzić, że pomiędzy takimi utworami jak: „Cold Hands” a „Off White” nie ma zbyt dużej różnicy. Kanadyjczycy są co prawda energiczni i żywiołowi, jednak brakuje tego czegoś co mogliśmy znaleźć chociażby na „An Object” No Age.

Solids-Blame_ConfusionTrochę czuje, że tracę czas na recenzję tej płyty, ale postanowiłem propsować zespoły mniej znane. Solids pasuje do tej koncepcji, gdyż w polskich mediach nie natknąłem się na wzmianki o nich. Ponadto ich muzyka jest wystarczająca w tym sensie, że jeżeli lubi się hałaśliwe gitary i jest się fanem Japandroids to powinno nam się spodobać „Blame Confusion”. Fanom oczekującym czegoś więcej muzyki, raczej nie przypadnie do gustu z powodu braku oryginalności czy też czegokolwiek nowego w temacie noise popu. Szkoda,ze żaden z tych elementów nie pojawił się na tym krążku. „Blame Confusion” miało predyspozycje by być na prawdę dobrym albumem. Ocena: 5/10.

Young Fathers – Dead

Young-FathersPowstała w 2008 roku formacja Young Fathers idealnie się wkomponowała ze swoją muzyką w obecnie panujące trendy tak zwanych „czarnych rytmów”. Ich zeszłoroczne obie EP-ki „Tape One” oraz „Tape Two” nie były typowo hip-hopowymi wydawnictwami a raczej plasowały się gdzieś w okolicach muzyki spod znaku The Weeknd czy też ostatniego Drake’a. To samo można powiedzieć o tegorocznym, debiutanckim longplay’u „Dead„. Z tym, że wydaje się on jeszcze bardziej śpiewany aniżeli poprzednie EP-ki.

Jako, że członkowie zespołu to Szkoci to czuć na „Dead” sporo elementów wyspiarskiej muzyki. W otwierającym całość „No Way” słyszymy przecież szkockie dudy a w pozostałych utworach znajdziemy sporo elektroniki, popularnej w ostatnim czasie w brytyjskiej muzyce mainstreamowej. Na „Dead” brytyjski duch łączy się z elementami muzyki afrykańskiej, co nie dziwi gdy się spojrzy na prawdziwe (afrykańskie) pochodzenie członków Young Fathers. Oprócz chóralnych śpiewów i pełnego zakresu bębnów i bongosów mamy też inne egzotyczne instrumenty – końcówka „Just Another Bullet” to dobry przykład. Jednak to nie koniec bogatego wachlarzu inspiracji i dźwięków. Na płycie usłyszymy jeszcze trochę gospelu, trochę popu. Natomiast momenty stricte hip-hopowe przypominają ostatnie utwory Death Grips.

DEAD-520x220W odróżnieniu od zeszłorocznych EP-ek debiutancki LP jest znacznie bardziej szorstki, czarno-biały i surowy w brzmieniu. Chyba już można mówić o pierwszym efekcie „Yeezusa„. Fakt, że Young Fathers nagrywają rap eksperymentalny nie powinien dziwić, gdyż ich wszystkie krążki zostały wydane przez awangardowe Anticon Records. „Dead” to dobra, ciekawa i zróżnicowana pod względem brzmienia płyta. Nie ustrzegła się jednak pewnej wady, którą dostrzegłem również na „Tape One” oraz „Tape Two„. Otóż to co najlepsze zostało zaoferowane na początek, natomiast im bliżej końca tym więcej pojawia się nudy i przeciętności. Pomimo tego polecam zdecydowanie ten album. Jeżeli jesteście otwarci na nowe brzmienia i różnorodność kulturalną to sprawdźcie „Dead” przy najbliższej okazji (Najlepiej już w przyszłą środę w Katowicach podczas before’u Taurona). Ocena: 7/10.

J. Cole – Born Sinner

jcoleJakoś nie potrafię się wstrzelić w ten nowy rok jeżeli chodzi o nową muzykę. Przeglądam co jakiś czas co proponuje z nowości Pitchfork i Allmusic. Przeglądałem na CoS listę płyt, które mają wyjść w 2014 roku i doszedłem do smutnego wniosku, że w gruncie rzeczy nie ma na co czekać poza nową Charli XCX i Schoolboy’em. Indie Rock proponowany przez te serwisy skończył się już jakiś czas temu. Dobry przykład stanowią zespoły pokroju Bastille i Foster The People, które pojawiają się w line-upach ważniejszych festiwali muzycznych oraz na łamach portali zajmujących się szeroko pojęta muzyką alternatywną.  Problemem nie jest fakt, że pod przykrywką tagów indie rocka nagrywają pop grany w stacjach komercyjnych. Problemem jest to, że jest to cholernie słabe. Stąd też grzebie w starszych rzeczach. Oprócz klasyki (Black Sabbath, Tears of Fears) i starych nagrań Wavves przesłuchuje hip-hop i r’n’b z 2013 roku. Stąd recenzja pominiętego jakimś cudem przeze mnie J. Cole’a.

J.-Cole-Born-Sinner-661x349„Born Sinner” to trzeci album w dorobku amerykańskiego rapera urodzonego w Frankfurcie. Nie jest to płyta, która znalazłaby się na mojej liście TOP15 2013 roku, jednak jest to pozycja godna uwagi ze względu na kapitalne single. J. Cole zebrał na albumie całkiem fajnych gości: wszędobylski Kendirck Lamar, Miguel czy też Jhene Aiko. Jako całość ta płyta spisuje się tak sobie, jednak słuchając momentów zostajemy urzeczeni. Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu „She Knows” nagrany we w spółce z Amber Coffman. Głównie chodzi o fenomenalny podkład i klimatycznie odśpiewany słodki refren. Chciałoby się rzecz by powstawało więcej tego typu przebojów. Świetnie się też sprawdza „Forbidden Fruit” z jazzowym podkładem i Kendrickiem Lamarem w refrenie. Mocny punkt albumy stanowi także „Power Trip„, gospelowy „Born Sinner” oraz „Crooked Smile„. Niestety jak mówiłem wcześniej „Born Sinner” jest nierówne i zbyt rozciągnięte. Gdyby skrócić materiał do 11-12 piosenek powstałby zgrabny, fajny album. A tak dostajemy rozlazły longplay z fajnymi momentami.

Generalnie propsuje. Jeżeli jakimś cudem tak jak ja nie słyszałeś tej płyty to warto przesłuchać dla wspomnianych wyżej przeze mnie utworów oraz fajnych podkładów. J. Cole sprawdza się jako raper oraz ma zdolność do tworzenia uwodzicielskiego r’n’b, które może nie powala na kolana, ale wciąga na pewno. Ocena: 7/10.