Słuchajcie uważnie, bo się dzieje. Tegoroczny OFF Festival podał już pełen skład headlinerów. Do ogłoszonych wcześniej Fontaines D.C. oraz Jamesa Blake’a dołączył legendarny Kraftwerk! Ale po kolei. Pierwszego zespołu zbytnio nie ma co przedstawiać. Ich „Romance” znalazł się na pierwszym miejscu mojego zestawienia płyt za rok 2024. Jednak Irlandczycy mają znacznie więcej do zaprezentowania dzięki tak genialnym albumom z pogranicza post-punku i alternatywnego rocka jak: „Skinty Fia„, „A Hero’s Death” czy debiutancki „Dogrel„. Swoją drogą występowali już podczas Offa w 2018 roku. Jednak tym razem pojawią się w Katowicach jako gwiazda.
James Blake to z kolei niekwestionowany innowator w dziedzinie muzyki elektronicznej. Na jego albumach znajdziemy wiele z dubstepu, electropopu, hip-hopu, jazzu oraz soulu. Do tej pory wydał sześć albumów i na każdym znajdziemy sporo dobrych dźwięków. Ostatni długograj brytyjczyka ukazał się dwa lata temu i nosił nazwę „Playing Robots into Heaven„. Chyba nie muszę wspominać, że warto znaleźć się pod sceną główną by usłyszeć takie utwory jak: „Retrograde” czy też „Are You Even Real?„.
Trzeciego headlinera poznaliśmy teraz i jest nim niemiecka legenda muzyki elektronicznej – Kraftwerk. Pomyślcie co robiliście w 1970 roku, kiedy ten zespół już występował na scenach w Niemczech. Mnie nawet na Świecie jeszcze nie było, a moja matka dopiero co nauczyła się chodzić. Ich występy to przede wszystkim niesamowite brzmienie muzyki elektronicznej doprawione niesamowitymi wizualizacjami. Wiem to, bo miałem okazję widzieć ten zespół parę lat temu w Katowicach podczas Tauron Nowa Muzyka. I mimo, że już ich wdziałem to chętnie posłucham ponownie na żywo takie przeboje jak: „Das Model” czy też „The Robots„.
Poza tym na Offie wystąpią m.in. tacy artyści jak: Have A Nice Life, Elias Rønnenfelt, María José Llergo, Nilüfer Yanya, Pa Salieu, Kneecap oraz Machine Girl. Zapiszcie sobie datę – pierwszy weekend sierpnia 2025 – Dolina Trzech Stawów, Katowice.
Tegoroczny OFF Festival był moim małym jubileuszem, gdyż W Dolinie Trzech Stawów (A wcześniej Parku Słupna) pojawiłem się po raz dziesiąty. Tym razem tylko na jeden dzień (sobota 3.08.2024), jednak pozytywnych emocji dostarczył mi ten wypad jak nie jeden festiwal dwu lub trzy dniowy. Jak było tym razem na Offie? O tym przeczytasz poniżej.
Wizytę w Katowicach rozpocząłem od koncertu polskiego rapera Yung Adisz. Przyznam, że dawno nie widziałem tyle zażenowania co podczas tego występu. Tutaj chyba wszystko było nie tak. Na początku pojawił się dj w towarzystwie ziomka by rozgrzać publikę. Amerykańskie rapsy słabo zadziałały na publikę a wspomniany duet wypatrywał tylko pojawienia się Adisza by rozbujać towarzystwo. Wejście w towarzystwie licznej paki, wyglądającej jakby została zebrana spod sklepu z płazem w logu na nie wiele się zdała. Ludzie nie byli gotowi by wariować przy tej muzyce, a co więcej nie znali twórczości Yung Adisza. Ja też nie, przyjechałem na OFFa by ją poznać. Niestety koncert nie zachęcił mnie by zagłębić się w tą muzykę, pomimo, że jestem ogromnym fanem rapu. Rapowanie do odgrywanych utworów i teksty o chlaniu i ćpaniu średnio wpadły w mój gust.
Na szczęście później było już tylko lepiej. John Maus, który został przesunięty do sceny namiotowej pomimo grania bez zespołu na żywo zdołał lepiej porwać katowicką publikę. Ten nie pozorny gość, który wyglądał jak typowy korpo pracownik z objawami adhd, dwoił się i troił by dać energiczny występ. Zagrane utwory takie jak: „Streetlight„, „The Combine” czy też „Cop Killer” brzmiały bardzo dobrze a sam występ Mausa idealnie wpisał się w off’ową estetykę. Świetny rapowy występ zaprezentował Clavish. Gość dostosował się do publiczności, a ta dużo lepiej bawiła się niż godzinę przed podczas Yung Adisza. Wkrótce po brytyjskim raperze w scenie namiotowej występowała Edyta Bartosiewicz. Publiczność zebrała się tłumnie i wszędzie można było usłyszeć często powtarzane „idziemy na edzię”. Mam wrażenie, że ten koncert odbył się o dobre 10-12 lat za późno, jednak dobrze było usłyszeć takie hiciory jak „Zegar„, „Skłamałam” czy też „Jenny„. Legenda pop rocka z lat 90 występowała bez zespołu w solo-akcie i z jednej strony dobrze bo koncert dzięki temu wydawał się bardziej kameralny. Z drugiej jednak strony wspomniane hity nieco straciły na swojej mocy. Pozytywnym zaskoczeniem dla mnie był występ Baxtera Dury’ego. Brytyjski muzyk dosłownie rozdzierał z siebie szaty by wypaść dobrze na scenie głównej. Byłem tam chwilę, ale wystarczająco by żałować, że nie zobaczyłem pełnego występu Baxtera.
Ten dzień, jak i cała moja wizyta na Offie należała do jednego zespołu jakim było Les Savy Fav. To, że jestem ogromnym fanem amerykańskiego indie rockowego bandu wiecie z mojej twórczości na blogu już od dawna. I pomimo tego, że to kolejny koncert, który mógłby już się odbyć dobre 10-15 lat temu to i tak nie zabrakło mocy. A wszystko za sprawą Tima Harringtona, który jest istną sceniczną bestią. A w zasadzie nawet nie sceniczną, bo facet ewidentnie stara się jak najmniej czasu spędzać na scenie. Nie było to dla mnie szokiem, bo widziałem już w necie parę jego występów. Nie mniej na żywo to robi większe wrażenie. Nie było chyba miejsca pod Sceną Leśną, gdzie nie zajrzał by wokalista Lest Savy Fav. I nie było chyba rzeczy, której nie dotknął albo nie rzucił w stronę publiczności. Kubki, Aparaty, Butelki, kubeł na śmieci, płaszcz przeciwdeszczowy czy nawet paleta Euro. Ochrona miała wyczerpującą godzinę pracy przy Harringtonie, a wśród publiczności nikt nie mógł się czuć bezpieczny, gdy nieopodal grasował wokalista LSV. Co więcej, z każdą minutą występu jego ubiór był coraz bardziej skąpy by ostatecznie paradować w samych batkach. A muzycznie? Rewelacyjnie wykorzystana godzina. Utwory z najnowszego albumu „OUI, LSF” na żywo brzmiały bardzo dobrze. W szczególności „Limo Scene” oraz „Legendary Tippers„. Jednak znaczna część setlisty to były utwory starsze, a wśród nich takie szlagry jak „The Sweat Descends„, „Patty Lee” czy też „Let’s Get Out of Here„. Jasne, mogłoby być więcej utworów z starszych płyt jak „Inches„, jednak zagrny zestaw w pełni zadawalał. Z perspektywy czasu uważam, że występ Les Savy Fav był jednym z najlepszych w historii OFFowych koncertów. Gdybymy nie pojawił się w Katowicach tego dnia, żałowałbym okropnie.
Gwiazdą dnia, jak i całego festiwalu była jednak legendarna Grace Jones. 76-letnia jamajska piosenkarka jest w niesamowitej formie! Cały jej występ to był prawdziwy show, podczas, którego nie zabrakło tańców, zmian garderoby, fruwającego konfetti jak i różnorakich rekwizytów. Podczas kończącego koncert „Slave to the Rhythm” artystka przez cały czas kręciła hula-hop, nie łapiąc przy tym zadyszki wokalnej ani na chwilę! Wybór utworów także trafiony, gdyż nie zabrakło takich hitów jak: „Williams’ Blood”, znanego z filmy „Frantic” Romana Polańskiego – „I’ve Seen That Face Before” czy też „Private Life„. Sporo było coverów od m.in. The Police, Roxy Music czy też Iggy’ego Popa. Świetny koncert, po którym nie spodziewałbym się tak genialnego show. Na zakończenie wybrałem się także pod scenę eksperymentalną, by sprawdzić Backxwash. Kryjąca się pod tą nazwą zambijska raperka Ashanti Mutinta porusza się w mrocznych wartstwach rapu dodając do niego sporo z metalu i hardcore’u. Niby spoko, ale jak na taki dzień wystarczyło mi wrażeń. Dlatego też zakończyłem swój jubileuszowy, dziesiąty OFF Festiwal.
Podsumowując, sobotni dzień OFFa należał do najlepszych po deszczowym piątku i nierównej niedzieli. Szkoda, że cały festiwal nie stał na tak wysokim poziomie, jak sobotni dzień. Rok temu wyglądało to podobnie, dlatego też cieszę się, że wybrałem się do Doliny Trzech Stawów na jeden dzień. Szkoda, też, że nie dostałem żadnej odpowiedzi na wniosek akredytacyjny. Ogólnie festiwal piękny, tylko szkoda, że ludzie go organizujący zapominają o tym co stworzyło legendę OFF Festiwalu. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że w przyszłym roku będzie pod tym względem lepiej.
XIX edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice już za nami. W minionym tygodniu miałem przyjemność wziąć udział po raz szósty w katowickim wydarzeniu spod znaku muzyki elektronicznej. Jak było? O tym dowiecie się poniżej.
Dzień I
Szczerze powiedziawszy po ogłoszonym line-upie imprezy nie wiązałem wielkich nadziei z tegoroczną edycją Taurona. W jak wielkim tkwiłem błędzie przekonałem się już pierwszego dnia. Przede wszystkim w porównaniu do poprzednich edycji festiwal zanotował ogromny progres pod względem organizacyjnym. Już na powitaniu zaskoczył mnie pozytywnie fakt, że jako media mogłem przejść przez bramki bez zbędnego przeszukiwania przez ochronę. Oczywiście nie miałem zamiaru przemycać na festiwal niedozwolonych rzeczy czy też substancji, ale zawsze nieco mnie to irytowało, gdyż czułem się jak potencjalny przestępca… A przecież przyjechałem na imprezę by ją relacjonować dla Was. Niby nic istotnego, ale takie rzeczy są mile odbierane przez media. Co więcej do strefy medialnej wróciła lodówka z napojami. Co prawda tylko woda niegazowana, ale to miły gest. Zwłaszcza, gdy temperatura na zewnątrz jest afrykańska.
To nie koniec zmian. Samo miasteczko festiwalowe rozrosło się do znacznie większego i ciekawszego. Czego tam nie było? Fryzjer, stoiska z samochodami, różnego rodzaju alkohole i piwa (Do tej pory rządziła zawsze jedna marka), więcej foodtracków, plac zabaw ze stołem do ping-ponga i koszami do koszykówki, nowa scena Kominiarz, więcej miejsc do spokojnego chillowania. Tauron pod tym względem przebija resztę śląskich festiwali. Ogromny wybór wszystkiego i przede wszystkim miejsc, gdzie można spokojnie usiąść i delektować się imprezą. Pomimo sporej liczby widowni (Około 20 tysięcy ludzi) to na miejscu w ogóle nie czuć było tłumów. Brawo Tauron, było na prawdę pięknie. Przejdźmy teraz do muzyki.
Jak wspomniałem wcześniej zestaw artystów na papierze nie był imponujący. Nauczyłem się jednak nie oceniać książki po okładce, gdyż na żywo wielu artystów potrafi zrobić robotę. Tak było i tym razem. Swoją przygodę z TNMK rozpocząłem od występu Darii ze Śląska. Mimo, że artystka jest hajpowana już od dwóch lat to dopiero teraz miałem okazję usłyszeć ją pierwszy raz live. Przyznaję, że ta niepozorna dziewczyna robi ogromne wrażenie i po jej koncercie koniecznie muszę dokładnie przyjrzeć się jej dokonaniom muzycznym. Następnie udałem się pod scenę amfiteatru by sprawdzić USO 9001. Przyznaje, że nie znałem wcześniej tej grupy muzycznej i dlatego też pozytywnie mnie zaskoczyła. Trio, które tworzą Jan Pieniążek (perkusja), Jan Gałosz (gitara), Miłosz Pieczonka (saksofon) to połączenie jazzu, hip-hopu i muzyki gitarowej. Idealnie się odnaleźli na pikniku jaki wytworzył się w amfiteatrze nieopodal budynku NOSPR. Chłopaki z pewnością spełniają wszelkie europejskie normy jakościowe. Przez posiadanie butelki z wodą nie dostałem się na koncert Kelly Moran w budynku NOSPR… (Pozostawię to bez komentarza) dlatego wybrałem się na występ Nosowskiej pod Sceną Muzyki Miasta. No cóż, był to mój kolejny koncert ów legendy polskiej muzyki. Mam do niej ogromny szacunek za dokonania z grupą Hey i solowo, jednak gdy Pani Katarzyna zaczęła rapować to uznałem, że to mi wystarczy (A był to w zasadzie początek jej występu). Pod sceną Electronic Beats sprawdziłem Panią Jin Synth i był to mocarny set muzyki klubowej.
Niestety późnym wieczorem pogoda się zepsuła i zaczęło dość intensywnie padać. Dlatego też oczekiwany przeze mnie występ grupy Kury na scenie Amfiteatru nie odbył się (Jak również Nihiloxica). Trochę szkoda, że nie spróbowaną upchnąć tych zespołów na scenach znajdujących się w MCK… Dlatego też by uniknąć zmoknięcia udałem się na występ austriackiego duetu Kruder & Dorfmeister AV. I było OK, jednak o wiele lepsza potańcówka odbywała się pod Secret Stage, gdzie grała Franca. Wieczór jednak należał do głównej gwiazdy całego festiwalu, czyli Roisin Murphy. Członkini grupy Moloko dała wspaniałej show, w pełni tego słowa znaczeniu. Czego tam nie było? Zmiana strojów, dzikie tańce, różne rekwizyty od kwiatów po wisior z ogromnego bobasa, różnorakie nakrycia głowy, wyjścia artystki do publiczności. Na tym występie nie dało się nudzić. Zwłaszcza, że setlista była mocarna z takimi hitami jak „The Time Is Now” czy tez „Sing It Back„. Do był występ idealny na którym zakończyłem pierwszy dzień Taurona.
Dzień II
Drugi dzień Taurona obfitował w znacznie lepszą pogodę (bez deszczu) i rywalizował z innym wielkim muzycznym wydarzeniem jakim był występ Dawida Podsiadły na Stadionie Śląskim. Z wyrazami szacunku dla Dawida, który bił w tym czasie rekord frekwencji to jednak impreza parę kilometrów dalej rozbiła bank. Sobotę rozpocząłem nieco wcześniej aniżeli piątek od występu Huberta na scenie amfiteatru. Ten zdolny raper ze Szczecina, którego wcześniej kojarzyłem wyłącznie z kolaboracji z duetem Coals zagrał kapitalny występ pod chmurką. Właśnie dla takich występów Turon to jedna z lepszych imprez muzycznych na Śląsku, jak i całej Polsce. Nie obyło się jednak bez negatywnych niespodzianek, gdyż swój występ odwołał Tuğçe Şenoğul. Nie zawiodła jednak urodzona w Lizbonie raperka IAMDDB. Co prawda na swój występ mocno się spóźniła, a później towarzysząca jej DJ-ka przez kwadrans przygotowywała publiczność na pojawienie się samej IAMDDB. Zatem artystce pozostało nieco ponad półgodziny na występ. I to w zasadzie wystarczyło bo to był najmocniejszy hip-hopowy akcent całej imprezy.
Sporym objawieniem okazał się dla mnie zespół Rat Kru, który występował na scenie Amfiteatru. Założony w 2016 roku w Poznaniu kolektyw tworzy muzykę spod znak ave, rap, techno, electropop i dub. Dopiero na Tauronie miałem okazję przekonać się, że chłopaki dobrze sobie radzą. Niesamowity spektakl wizualny zgotował uczestnikom Taurona Evian Christ, który całą scenę Tauron Music Hall zadymił gęstym dymem. Wyglądało to pięknie w parze z pulsującymi światłami. W obawie że dostanę ataku epilepsji od tej intensywności świateł opuściłem MCK w Katowicach po około kwadransie. W sobotni wieczór pojawiła się kolejna nowość, jakim był pokaz mody Pilawskiego, który zaprojektował tegoroczny merch Taurona. Pokaz trwał równe 15 minut, podczas których modelki oraz modele zaprezentowali festiwalową odzież oraz ubrania z najnowszej kolekcji Pilawskiego. Był to mój pierwszy raz podczas tego typu wydarzenie i zrobił on na mnie pozytywne wrażenie.
Występujący na Scenie Miasta Muzyki Leftfield to legendarny duet tworzony przez Neila Barnesa i Paula Daley’a. Czemu legendarny? Bo gdy w 1989 ja przychodziłem na świat, to oni już występowali w londyńskich klubach. Pomimo długiego stażu scenicznego brytyjskiemu duetowi nie zabrakło sił i werwy by porwać katowicką publikę do zabawy. Równo o północy rozpoczęły się dwa koncerty, które równie mocno chciałem sprawdzić. Wpierw udałem się pod Amfiteatr by posłuchać grupy Klawo. I był to dokładnie taki koncert jakiego się spodziewałem po festiwalowym opisie. Szalona, zahaczająca o jazz, groove i funk muzyka stanowiła idealne tło muzyczne do pełnego relaksu. Po 30 minutach ruszyłem jednak pod Tauron Music Hall, gdzie występował Clark. Artysta nieco pechowy dla festiwalu, gdyż miał wystapić już rok wcześniej. Jednak z powodów problemów wizowych odwoła swój koncert. Tym razem jednak udało mu się przybyć do Katowic i zrewanżował się za poprzednią edycję w 100 procentach. Punkt 1:00 rozpoczął się główny występ tego dnia, jakim był koncert Bicep present Chroma AV set. Bicep to didżejski duet tworzony przez Matta McBriara i Andy’ego Fergusona. Powstali w 2008 roku w Belfaście i od tego czasu wyrobili sobie ogromną markę, którą można było usłyszeć podczas Taurona. Ich muzyka idealnie połączyła się z specjalnym setem audiowizualnym Chroma, w efekcie czego otrzymaliśmy mocno spektakularny występ tego dnia. Sobotnie wojaże zwieńczyłem zahaczeniem o Chase i Status, jednak tego typu drum’n’bass nigdy nie był mi bliski, dlatego odpuściłem i zakończyłem tegoroczną edycję Tauron Nowa Muzyka.
Podsumowując, Tauron Nowa Muzyka Katowice zanotował ogromny progres organizacyjny i rozrósł się do nieporównywalnych rozmiarów względem poprzednich edycji. Pomimo, że line-up nie obfitował w wielkie nazwy poza Rosin Murphy to muzycznie impreza dała radę. Mam nadzieję, że obecny poziom zostanie zachowany i spotkamy się ponownie za rok w Katowicach.