7 Najlepszych filmów, w których zagrał Joaquin Phoenix

Joaquin Phoenix należy do grona najbardziej charyzmatycznych i nieprzewidywalnych aktorów współczesnego kina. Słynie z niezwykłej intensywności gry, umiejętności całkowitego zanurzenia się w odgrywane postacie oraz zamiłowania do ról nieoczywistych, często skomplikowanych psychologicznie. Na przestrzeni lat udowodnił, że potrafi odnaleźć się zarówno w kameralnych dramatach, jak i wielkich hollywoodzkich produkcjach, nie tracąc przy tym własnego, charakterystycznego stylu. Jego kreacje często pozostają w pamięci długo po seansie, ponieważ Phoenix nie boi się pokazywać swoich bohaterów jako ludzi pełnych sprzeczności, słabości i wewnętrznych konfliktów. Poniżej siedem ról, które najlepiej pokazują skalę jego aktorskiego talentu.

Gladiator (2000, reż. Ridley Scott). W „Gladiatorze” Joaquin Phoenix stworzył jedną ze swoich najbardziej wyrazistych i pamiętnych kreacji, wcielając się w Commodusa – człowieka rozdartego między pragnieniem władzy, zazdrością i desperacką potrzebą uznania ze strony ojca. Aktor znakomicie oddaje jego niestabilność emocjonalną oraz stopniowe pogrążanie się w okrucieństwie. Phoenix nie gra typowego jednowymiarowego czarnego charakteru – jego bohater jest jednocześnie arogancki, tchórzliwy, okrutny i rozpaczliwie samotny. Szczególnie mocno działa kontrast między pozorną pewnością siebie Commodusa a jego głęboko skrywanym kompleksem niższości. To właśnie dzięki tej niejednoznaczności kreacja Phoenixa stała się jednym z najmocniejszych elementów filmu i przyniosła mu pierwszą nominację do Oscara.

Osada / The Village (2004, reż. M. Night Shyamalan). W „Osadzie” Joaquin Phoenix wciela się w Luciusa Hunta, młodego mężczyznę żyjącego w zamkniętej społeczności, której mieszkańcy starają się za wszelką cenę utrzymać z dala od tajemniczego i niebezpiecznego świata znajdującego się poza jej granicami. Phoenix gra go z dużą powściągliwością, budując postać człowieka spokojnego, wrażliwego i jednocześnie pełnego wewnętrznych wątpliwości. Jego bohater nie jest typowym filmowym protagonistą – zamiast efektownych gestów czy bohaterskich deklaracji aktor stawia na subtelne spojrzenia, gesty i emocje skrywane pod pozornym spokojem. Szczególnie dobrze wypada w scenach, w których Lucius musi skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością, którą dotychczas znał. Phoenix nadaje tej postaci wiarygodność i emocjonalną głębię, dzięki czemu jego kreacja dobrze współgra z melancholijnym i niepokojącym klimatem filmu.

Spacer po linie / Walk The Line (2005, reż. James Mangold). Był czas, że z głośników nie schodził u mnie Johnny Cash. Nieżyjący już amerykański muzyk zdecydowanie zasługuje na osobny post na blogu. Tymczasem skupmy się na biograficznym filmie o nim, który jest moim zdaniem jednym z lepszych w tej materii. Odgrywający główną rolę Phoenix niemal całkowicie stapia się ze swoim bohaterem. Amerykanion nie ogranicza się do naśladowania legendarnego muzyka – oddaje jego charakterystyczną charyzmę, chłód i wewnętrzne rozdarcie, ale również słabości oraz uzależnienia, które przez lata wpływały na jego życie. Szczególnie imponujące jest to, że aktor samodzielnie wykonuje partie wokalne, dzięki czemu występy sceniczne mają autentyczną energię i nie sprawiają wrażenia typowej filmowej imitacji. Jego Cash jest człowiekiem pełnym sprzeczności – pewnym siebie na scenie, a jednocześnie zagubionym i potrzebującym bliskości poza nią. Phoenix nadaje tej postaci ogromną emocjonalność, a jego kreacja pozostaje jednym z najważniejszych powodów, dla których film tak dobrze działa jako opowieść o muzyce, miłości i walce z własnymi demonami. Rola przyniosła mu nominację do Oscara dla najlepszego aktora.

Królowie Nocy / We Own the Night (2007, reż. James Gray). Tym obrazem z kolei zachwyciłem się w okresie licealnym, gdy miałem fazę na kino „gangsterskie”. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku pod koniec lat 80. Film opowiada o Bobby’m Greenie (w tej roli Phoenix), menedżerze popularnego klubu nocnego, który stara się trzymać z dala od swojej rodziny – jego ojciec i brat są policjantami. Bobby prowadzi beztroskie życie, obraca się w świecie nocnych klubów i spotyka z Amandą, nie przejmując się zbytnio rodzinnymi oczekiwaniami. Sytuacja zmienia się, gdy nowojorska policja zaczyna prowadzić zdecydowaną walkę z rosyjską mafią, a Bobby zostaje zmuszony do wyboru między dotychczasowym życiem a lojalnością wobec rodziny. Film jest przede wszystkim historią rodzinnych więzi, lojalności i moralnych wyborów, ale jednocześnie oferuje sporo napięcia charakterystycznego dla kina gangsterskiego. Ważną rolę odgrywa relacja Bobby’ego z ojcem i bratem oraz jego stopniowa przemiana – z człowieka próbującego uciec od rodzinnej przeszłości w kogoś, kto musi się z nią zmierzyć. Warto też zaznaczyć, że Joaquin Phoenix nie gra tu człowieka całkowicie oderwanego od świata przestępczego – jego bohater funkcjonuje w środowisku klubowym, w którym interesy prowadzone przez gangsterów są czymś powszechnym, choć sam stara się zachować dystans. To właśnie konflikt między tym światem a jego rodzinnymi zobowiązaniami stanowi jeden z głównych motorów fabuły.

Ona / Her (2013, reż. Spike Jonze). W tym filmie Joaquin Phoenix wciela się w Theodore’a Twombly’ego, samotnego, wrażliwego mężczyznę, który po rozpadzie małżeństwa próbuje na nowo odnaleźć swoje miejsce w życiu. Phoenix świetnie oddaje jego emocjonalną kruchość, samotność i trudności w nawiązywaniu bliskich relacji. To rola wymagająca dużej subtelności, ponieważ znaczną część filmu aktor spędza, rozmawiając z głosem sztucznej inteligencji, którego fizycznie nie ma na ekranie. Mimo to Phoenix potrafi sprawić, że emocje Theodore’a są niemal namacalne – od początkowego zaciekawienia i fascynacji, przez radość i zakochanie, aż po niepewność i ból. Jego gra jest bardzo naturalna i pozbawiona przesadnego dramatyzmu, dzięki czemu historia niezwykłej relacji z systemem operacyjnym staje się przede wszystkim opowieścią o ludzkiej potrzebie bliskości. To jedna z najbardziej intymnych i delikatnych kreacji w dorobku aktora.

Joker (2019, reż. Todd Phillips). Najprawdopodobniej jest to najbardziej kultowy tytuł pod względem memiczności, odniesień w kulturze oraz pamiętnych pielgrzymek do Nowego Jorku, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na legendarnych już schodach w dzielnicy Bronx. Dla samego Phoenixa to również jeden z najważniejszych filmów, ze względu na statuetkę Oskara, którą zgarnął w kategorii najlepszy aktor. I nic dziwnego, gdyż stworzył jedną z najbardziej intensywnych i zapadających w pamięć kreacji w swojej karierze. Wciela się w Arthura Flecka, samotnego i pogardzanego przez otoczenie mężczyznę, który bezskutecznie próbuje odnaleźć się w społeczeństwie i marzy o karierze komika. Phoenix pokazuje jego stopniową przemianę w sposób niezwykle sugestywny – od człowieka wycofanego, kruchego i desperacko szukającego akceptacji do postaci całkowicie pochłoniętej przez własny gniew i poczucie odrzucenia. Aktor wykorzystuje zarówno mowę ciała, jak i charakterystyczny, niepokojący śmiech, aby pokazać psychiczne rozpadanie się bohatera. Szczególnie mocne są sceny, w których Arthur znajduje wreszcie poczucie siły i kontroli, choć prowadzi go ono w coraz bardziej destrukcyjnym kierunku. Phoenix nie próbuje jednak usprawiedliwiać swojego bohatera – zamiast tego tworzy postać jednocześnie przerażającą, tragiczną i głęboko niepokojącą.

Boo się boi / Beau Is Afraid (2023, reż. Ari Aster). Tutaj należy wspomnieć przede wszystkim o reżyserze. Ari Aster to przede wszystkim specjalista w kinie grozy. Ma na koncie takie kultowe dla tego gatunku tytuły jak: „Dziedzictwo. Hereditary” czy też „Midsommar. W biały dzień„. Omawiany tytuł z 2023 roku w zasadzie jest podobny do wymienionej dwójki. Tutaj także znajdziemy wiele niepokojących momentów, gęsty surrealistyczny klimat oraz całą mnogość odniesień i skojarzeń. Fabuła opowiada o opowiada o Beau Wassermannie, niezwykle lękliwym i samotnym mężczyźnie. Jego codzienne życie jest podporządkowane obsesyjnym obawom – przed ludźmi, światem zewnętrznym, chorobami, przypadkowymi zagrożeniami i przede wszystkim przed własną matką. Pewnego dnia Beau dowiaduje się o jej śmierci i postanawia wrócić do rodzinnego domu. Podróż, która początkowo wydaje się prostym przedsięwzięciem, szybko zamienia się w absurdalny, pełen niebezpieczeństw koszmar. Rzeczywistość zaczyna mieszać się z jego lękami, wspomnieniami i wyobrażeniami, przez co coraz trudniej stwierdzić, co naprawdę się wydarza. Film można odczytywać jako opowieść o traumie, poczuciu winy, nadopiekuńczej relacji z matką i paraliżującym lęku przed dorosłością. Aster celowo zaciera granicę między rzeczywistością a psychiką bohatera, tworząc momentami groteskowy i absurdalny świat. Joaquin Phoenix jest tutaj absolutnie centralną postacią – niemal każda scena podporządkowana jest jego bohaterowi. Jego Beau to człowiek skrajnie nerwowy, zagubiony i nieustannie przerażony, a jednocześnie niezwykle samotny. Phoenix wykorzystuje przede wszystkim mowę ciała, mimikę i reakcje na absurdalne sytuacje, tworząc kreację jednocześnie komiczną, żałosną i przejmującą. „Bo się boi” to zdecydowanie jedna z najbardziej osobliwych i wymagających ról w jego dorobku.

15 Najlepszych płyt roku 2025

Tradycyjnie nowy rok zaczynam od podsumowania minionego roku. 2025 pod względem muzycznym był dość ciekawym rokiem dla mnie. Większość moich ulubionych artystów (Wczasy, Mac DeMarco, Deafheaven, The Horrors, Wavves) wydało nowy materiał. Niestety nie każdy był na tyle wartościowy by się znaleźć na mojej liście TOP15. Co więcej zaliczyłem sporo fajnych koncertów, no i co najważniejsze na scenę wrócił Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Także działo się. A jakie albumy są w mojej ocenie najlepsze? O tym poniżej.

15. Geese – Getting Killed. Podobno tylko oni są w stanie uratować tegoroczny OFF Festival przed totalną katastrofą. I może być w tym sporo prawdy, gdyż „Getting Killed” to najlepsza zeszłoroczna pozycja z okolic indie rockowych. Także, Panie Rojek, staraj się tam bardziej.

14. Bads Bunny – Debí Tirar Más Fotos. Lubicie latino-trap? Jeżeli nie wiedzieliście (tak jak ja) do tej pory, że istnieje taki gatunek to sprawdźcie najnowszy album od Bads Bunny. Uwierzcie, że poczujecie ciepły klimat pomimo panującego mrozu za oknem.

13. Kali Uchis – Sincerely. Amerykańska wokalistka o kolumbijskich korzeniach nie zwalnia tema. W 2024 roku zachwycałem się jej kapitalnym „Orquideas„, nie minął rok a ja znowu jestem pod wrażeniem. Tym razem pięknym melodiom towarzyszącym „Sincerely„. Ten album to niekończąca się ballada, tylko, że tym razem śpiewana w języku Szekspira.

12. Tame Impala – Deadbeat. Kevin Parker wrócił po pięciu latach przerwy. Wrzucił dwa single nagrane w starym stylu, by przysłonić prawdę. A prawda jest taka, że Australijczykowi znudziły się już psychodeliczne klimaty i gitarowe granie. Obrał drogę konsolety i tworzenia muzyki elektronicznej. Trochę szkoda, bo przecież uznanie zyskał za sprawą tej psychodelii zawartej na „Lonerism” oraz „Currents„. Jednak szanuje jego wybór, a elektroniczna strona Parkera jest również spoko, co udowadnia „Deadbeat„.

11. Oneohtrix Point Never – Tranquilizer. Jako coroczny uczestnik katowieckiego Tauron Nowa Muzyka Katowice w obowiązku miałem wyróżnić najnowszy album Daniela Lopatina. Główną zaletą tego materiału jest jego wysoki, równy poziom. W zeszłym roku nie było niczego z pogranicza elektroniki i ambientu.

10. Trupa Trupa – Mourners EP. Być może Grzegorz Kwiatkowski i spółka cieszą się większym uznaniem za Oceanem, niż w rodzimym kraju. Pora to zmienić, gdyż ich materiał ponownie się broni. Co prawda to tylko 13 minut muzyki, ale za to jakiej! Czekam na kolejny, konkretny krążek w klimacie post punkowym. Tym razem w formie długograja.

9. Perfume Genius – Glory. Ta płyta przypomniała mi stare dzieje, kiedy zasłuchiwałem się w takich kapelach jak Fleet Foxes czy też Wolf Parade. A że człowiek z wiekiem staje się bardziej sentymentalny to docenia fakt, że ktoś jeszcze bawi się w takie folkowe klimaty. Wiem, jestem jak ten stary pierdziel z Teraz Rocka, który do śmierci będzie słuchał tylko Pink Floyd. Czytelnicy w moim wieku i starsi mnie zrozumieją, ci młodsi jeszcze mają na ten czas. A póki co doceniam „Glory” bo to kolejny dowód na to, że Michael Alden Hadreas to dobry pieśniarz jest.

8. FKA Twigs – EUSEXUA. Pani Barnett nie rozpieszcza swoich fanów częstymi wydawnictwami. Od momentu debiutu w 2014 roku, kiedy ukazał się „LP1” wydała tylko dwa albumy. W tym zeszłoroczny „EUSEXUA”. Jednak stare porzekadło, że liczy się jakość nie ilość, ma tutaj sporo racji. Pięknie są tutaj eksponowane elektroniczne klimaty lat 90.

7. Bon Iver – SABLE, fABLE. Co prawda nie jest to „For Emma, Forever Ago„, ale nie ma źle. Poza tym drugi taki album już mu się nigdy nie trafi, a zeszłoroczny „SABLE, fABLE” na prawdę dobrze mi się słuchało.

6. Wczasy – Dżungla. Są i oni, cali na biało wjeżdżają na swoich rumakach by obwieścić, że wciąż nie jest dobrze. Wczasy kocham przede wszystkim za świetne, pełne rozgoryczenia, ironii i humoru teksty. „Dżungla” pod tym względem mnie nie rozczarowała, a wręcz przeciwnie zachwyciła. Z każdym nowym odsłuchem wyłapuje kolejne smaczki.

5. Tyler, The Creator – DON’T TAP THE GLASS. Niech nie zmyli was mainstremowy sukces utworu „Sugar On My Tongue”, który stał się wiralem. Ta płyta to coś znacznie więcej aniżeli rolki na tiktoku a sam Okonma przekonuje o tym dość często, przy wydawaniu nowych albumów.

4. Deafheaven – Lonely People With Power. Jeden z nielicznych moich ulubionych zespołów, który nowym wydawnictwem w tym roku potwierdził swoją jakość. Grupa wykonująca tzw „Blackgaze” wróciła ponownie bardziej do black, aniżeli gaze. Jednak nie brakuje tutaj melodii, za które pokochałem ich twórczość. Wciąż liczę, że pojawią się w tym roku w Polsce na czymś więcej aniżeli support.

3. The Horrors – Night Life. Na brytyjczyków z Farisem Badwanem na czele można stawiać ślepo. Goście, nie przerwanie od momentu debiutu w 2007 roku utrzymują wysoki poziom. Ba, można wręcz powiedzieć, że z każdym kolejnym krążkiem są coraz lepsi. Czy ktoś kiedykolwiek miał przez prawie dwie dekady taką tendencję wzrostową? Na „Night Life” przybierają ciuchy dawnych Depeche Mode i celebrują synth-popowe brzmienia lat 80. Słucha tego się wybornie!

2. Dijon – Baby. W swojej recenzji tego krążka obwieściłem, że odnalazł się już następca zmarłego w minionym roku D’Angelo. Zdanie podtrzymuje, to wciąż piękne i przejmujące granie spod znaku R’n’B i soulu.

1. Blood Orange – Essex Honey. Przez większą część roku nie miałem faworyta na pozycję numer jeden za miniony roku. Do momentu, aż usłyszałem „Essex Honey„. Co prawda znam twórczość Blood Orange i wiem, że gość potrafi nagrywać dobrą muzykę. Nie sądziłem jednak, że jego album odnajdzie aż takie uznanie w moim jakikolwiek rankingu. Być może to sprawa Devonté Hynesa, który wszedł na wyżyny swojej twórczość. A być może to ja, bardziej dojrzały i wrażliwy na jego muzykę. Co by jednak nie mówić, to „Essex Honey” jest wybitną płytą i trzeba to powiedzieć, by to wybrzmiało.

15 Najlepszych płyt 2024 roku

Okazuje się, że rok 2024 był wybitnie obfity w muzyczne wydawnictwa, które przypadły mi do gustu. Oto moja subiektywna lista 15 najlepszych muzycznych krążków minionego roku, które najczęściej słuchałem.

15. Young Jesus – The Fool. Z całej indie rockowej paczki został jedynie John Rossitera, ale i tak jest bardzo dobrze. Koleś ogarnia sam już kolejną płytę i ponownie ląduje u mnie na liście podsumowującej. Tym razem uderza w dream-popowe tony i folkowe brzmienie. Kapitalny popis wokalny.

14. Mannequin Pussy – I Got Heaven. Nie będę ściemniał, że Mannequin Pussy znaleźli się tutaj głównie za wybitny track „Loud Bark„. Nie mniej na całym „I Got Heaven” nie brakuje dobrej, gitarowej muzyki. To była jedna z tych płyt, która pod koniec roku okazała się jedną z najczęściej przeze mnie odpalaną. Teraz, gdy do niej ponownie wróciłem odżyły znowu te emocje i wiem, że będzie to mój stały punkt muzycznych powrotów.

13. Coals – Sanatorium. Jedyna polska płyta na moim zestawieniu. W sumie i tak dobrze jak na wskaźnik rodzimych płyt, które przesłuchałem. Co prawda staram się sprawdzać polskie produkcje, jednak od czasów kiedy poumierały polskie niezal portale ciężko się dokopać jakiś polecajek w social mediach zalanych gównianymi rolkami o chłopie przebranym za babę albo innych pierdołach. „Sanatorium” to kawał dobrej muzyki, do czego węglowy duet już nas przyzwyczaił na poprzednich albumach. Jest trochę popowo, jak i hip-hopowo za sprawą duetu z Hubertem w „primabalerina”. Płyta powstała w studiu Łukasza Rozmysłowskiego, które zostało zniszczone w wybuchu cieszyńskiej kamienicy. Dlatego też zachęcam do wsparcia zrzutki.

12. Charli XCX – Brat. Chyba najbardziej hajpowana płyta w minionym roku. Charakterystyczna barwa okładki, tytuł, który stał się młodzieżowym sloganem czy też wielobarwne utwory przyczyniły się do tego, że Pani Charli XCX stała się jedną z najbardziej rozchwytywanych wokalistek popowych. Płyta dobra, ale wiele starszych kompozycji od Brytyjki cenię bardziej niż „Brat„. Czas pokaże, na ile ta płyta jest innowacyjna.

11. Nilüfer Yanya – My Method Actor. Dla 29-letniej Brytyjki jest to już trzeci album, a energia i świeże pomysły zgromadzone na „My Method Actor” raczej wskazywałyby na artystyczny debiut. Ładne i zgrabne kompozycje łączą się tutaj z charakterystycznym wokalem Pani Nilüfer Yanya. Bardzo przyjemny album.

10. Jamie XX – In Waves. Doskonałą decyzją dla Pana Jamesa Thomasa Smitha (członek grupy The xx) okazała się solowa kariera, gdyż każda z jego płyt okazywała się wybitna. To samo można powiedzieć o jego już trzecim longplayu „In Waves„. Świetne wyczucie panujących trendów, zmysł kompozytorski i nieszablonowe pomysły stawiają go w jednej linii z Pandą Bearem czy też Danem Snaithem tworzącym Caribou.

9. Kendrick Lamar – GNX. Czy jest obecnie lepszy raper w Stanach od Kendricka, który w swojej dyskografii ma same perełki? Sprawa wątpliwa. Lata 90 miały NASA, TUPACA czy też Biggy’ego. Obecna dekada może pochwalić się raperem z Compton. Kolejna świetna płyta, która celebruje minione dekady i zwraca uwagę na problemy czarnoskórej społeczności. Nie jest tak singlowo jak na jego pierwszych wydawnictwach, ale to cholernie równa i mocna płyta.

8. Idles – TANGK. Obok Fountaines D.C. zespół z Bristolu to najlepsze obecnie granie z gatunku post punku, a może i samej muzyki gitarowej. „TANGK” to już ich piąty album, który daje ogromne ilości świeżości. Joe Talbot i spółka od 2009 roku nie zwalniają tempa i chwytają swoich słuchaczy za karmany, wrzeszcząc w twarz: „SIADAJ I SŁUCHAJ, BO TO ZAJEBISTA MUZA”. No i mają racje. Mimo, że początkowy „IDEA 01” daje sygnały, jakby mieli grać lżejszą muzyką. To jednak następny „Gift Horse” to prawdziwa energia, która stała się hymnem minionego roku.

7. Tyler, The Creator – CHROMAKOPIA. Czy Pan Tyler Gregory Okonma nagrał kiedykolwiek słaby album? Wygląda na to, że nie. Co prawda nie pawam miłością do debiutanckiego „Goblina„, jednak od 2013 roku, czyli wydania płyty „Wolf” było już tylko lepiej. Potwierdza to także zeszłoroczna „CHROMAKOPIA„, która jest muzyczną jazdą bez trzymanki. Efekciarski mix gatunków łączy się tutaj z bezpardonową nawijką Tylera. Każdy następny jego utwór kupuje w ciemno, a Tyler to jakość sama w sobie.

6. Vampire Weekend – Only God Was Above Us. Już pewnie to mówiłem, ale nie spodziewałem się po Nowojorczykach niczego wielkiego od czasu debiutu (który też nie był jakiś wybitny). Nie mniej potrafią zarazić miłością do tego swojego niewyobrażalnie ogromnego miasta. Świetny klimat, miłe dla ucha kompozycje. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu.

5. Kali Uchis – ORQUIDEAS. Orchidee to narodowy kwiat Kolumbii. Czyli kraju z którego pochodzi wokalistka Kali Uchis. Artystka postanowiła nawiązać do swojej ojczyzny poprzez przystrojenie swojej płyty ów kolorowym kwiatem. A co poza orchideą czuć na „ORQUIDEAS„? Kawał świetnego r’n’b. Już na zeszłorocznym „Red Moon Venus” wszystko u tej Pani brzmiało dobrze. Teraz jest jeszcze lepiej. Niesamowity progres. Zwłaszcza, że artystka postanowiła zaśpiewać w ojczystym, hiszpańskim języku.

4. Jessica Pratt – Here In The Pitch. Na swoim czwartym albumie Jessica Pratt nawet nie stara się ukryć jaka jest jest ulubiona epoka w muzyce. Lata 60 dominują na przestrzeni całego „Here In The Pitch„. Oczywiście uwielbiam ten okres za kapitalne filmy i jeszcze lepsze płyty, jednak nie jestem aż takim orędownikiem tej dekady jak chociażby lat 80 i 90. Nie mniej ów krążek amerykanki to jeden z tych, w których warto się zakochać.

3. The Smile – Wall of Eyes/Cutouts. Postanowiłem oba zeszłoroczne albumy The Smile umieścić na tej samej pozycji w rankingu. Zarówno „Wall of Eyes” wydane w pierwszym półroczu 2024 jak i późniejsze „Cutouts” uzyskało u mnie tą, samą, wysoką i w pełni zasłużoną ocenę. Cieszy niezmiernie płodność twórcza Thome’a Yorke’a i Johnny’ego Greenwooda, gdyż na nowy album Radiohead prędko się nie zanosi, a i też fani w ostatniej dekadzie nie byli zbytnio rozpieszczani przez Brytyjczyków z Oxfordu. Jednak wciąż czuć w tym ducha radiogłowych i jest to niezwykle kawał dobrej muzyki, do której zawsze można wrócić.

2. Magdalena Bay – Imaginal Disk. Wszyscy lubią Madzię, lubię i ja. W końcu ciężko nie uwielbiać tej płyty, gdy składa się ona z tylu świetnych tracków. Oczywiście nie ma w tym duecie żadnej Magdy, a jest wokalistka o niezwykle uroczym głosie – Mica Tenenbaum oraz Matthew Lewin – czyli facet, który zagra na wszystkim. Ich drugi album rozbił bank w 2024 roku i był najczęściej hajpowanym longplayem w blogosferze i social mediach. Jak najbardziej w pełni zasłużenie, bo takie piosenki jak: „That’s My Floor„, „Image” czy też „Killing Time” to już niemal klasyki indie-popu.

1. Fontaines D.C. – Romance. Ok nie będę się silił w tym miejscu by moją jedynką był wybór płyty najbardziej odkrywczej, nieoczywistej w wyborze i jakiejś zaskakującej. Wybrałem „Romance” bo blisko przez trzy dwa miesiące nie słuchałem w zasadzie niczego innego. Tak ta płyta do mnie trafiła. Irlandzka grupa Fontaines D.C. w piękny sposób muzycznie dojrzewa, gdyż każda ich kolejna płyta jest to coraz lepsza! „Romance” to nie tylko kapitalne single jak quasirapowy „Starbuster” czy też przyjazny radiu „Favourite„. To także wiele smaczków pomiędzy jak mój ulubiony, niemal punkowy „Death Kink” czy też shoegazowy „Sundowner„. Dla mnie płyta bezbłędna pod każdym względem i wciąż ją wałkuje. No i widzimy się oczywiście na Offie.