Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Łódź, 12.04.2025

Ponad 12 lat. Tyle czekałem by ponownie zobaczyć Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach na żywo. Ostatni raz grupa z Świebodzina koncertowała w 2013 roku, a ja miałem okazję być na ich koncercie w Bytomiu (o którym pisałem TUTAJ). Gdy pod koniec minionego roku grupa ogłosiła pierwszy od ponad dekady koncert w Gorzowie Wielkopolskim, bilety wyprzedały się w mgnieniu oka. Dlatego potrzebna była kolejna data koncertu. Zainteresowanie tematem było tak wielkie, że kolejne ogłaszane koncerty nie miały problemów z wyprzedaniem. Zespół wciąż nie ogłosił żadnego występu na Górnym Śląsku, dlatego wraz z ekipą Paweuu Alternativ Blog postanowiliśmy się wybrać do Łodzi.

Stolica województwa łódzkiego wypiękniała w ostatnim czasie. Zwłaszcza okolice słynnej ul. Piotrkowskiej, gdzie grupa KDZKPW miała dać swój występ. W klubie UV, zebrała się znaczna grupa fanów Zagana i spółki. Niestety nie doczekaliśmy się występu supportu Niedźwiedzi i Kotów. Nie mniej oczekiwanie do koncertu umilała nam próba jakiegoś lokalnego zespołu, który przygrywał na poddaszu w budynku obok muzykę spod gatunku jazzu i funku.

W końcu, z lekkim poślizgiem pojawili się oni. W odświeżonym składzie (ze starej gwardii został wokalista Marcin Zagański oraz gitarzysta Paweł Koprowski) rozpoczęli swój występ od „Waniliowego Nieba„. To chyba najlepszy wybór na opener, który towarzyszy im na każdym koncercie. W tym momencie publika zgromadzona w klubie UV zrozumiała, że oni wciąż mają to COŚ. Niestety, zespół nie nagrał nowego materiału od wydania płyty „Karmelki i Gruz” w 2011 roku. Dlatego też koncertowa setlista składa się z najlepszych utworów z „Ósmego Piętra„, „Lewej Strony Literki M” oraz małej garstki piosenek z ostatniej płyty. Jednak, po tak długiej przerwie ogromną frajdą było usłyszeć ponownie ten materiał. W końcu to muzyka mojej młodości. Zasłuchiwałem się w czasach licealnych w debiutanckiej płycie, jak i w „Lewej Stronie Literki M„. Będąc na studiach pokochałem również „Karmelki i Gruz” jak i osobny materiał nagrany jako Materac. Dlatego dużo frajdy sprawiło usłyszenie takich piosenek jak: „Planety i Liście„, „Warszawa„, „Połączenia” czy też „Uczucia„. Dobrze było także usłyszeć kilka nieoczywistych wyborów jakimi byli granie na dokładkę: „Chłopcy z Dynamitu” jak i „Śnieżka”. Poza tym odegrany „Milion” jak i „Dubrownik” przypomniał mi ile w tych utworach tkwi energii i emocji.

Czy mogło być lepiej tego wieczoru? Chyba nie. Zespół w dobrej koncertowej formie grał moje ulubione piosenki (Chyba niczego mi nie brakowało, może poza większą reprezentacją „Karmelków…”), publika nie przypadkowa (Większość znała te piosenki, a praktycznie wszystkim bardzo się podobało). Po koncercie była jeszcze krótka chwila na wspólne zdjęcie i małą pogawędkę ze zespołem. Mam nadzieje, że pojawicie się Panowie wkrótce na klubowym koncercie na Górnym Śląsku, tutaj także macie liczną grupę fanów! No i mam nadzieje, że ta trasa przerodzi się w nowy materiał. Wciąż macie wiele do powiedzenia, a w zasadzie do zaśpiewania!

Deafheaven skończyli z przyjemnym śpiewaniem – recenzja „Lonely People With Power” Deafheaven

W ostatnim czasie byliśmy świadkami nieoczekiwanej zmiany kalifornijskiej grupy metalowej Deafheaven. Ich ostatni album „Infinite Granite” (o którym pisałem TUTAJ) po raz pierwszy było bardziej shoegazową płytą, aniżeli black metalową. Wokalista George Clarke po raz pierwszy dał się poznać jako utalentowany wokalista za sprawą delikatnych wokali, które mogliśmy usłyszeć m.in. na takich piosenkach jak: „In Blur” czy też „Great Mass of Colour„. Zespół natomiast postawił na bardziej melodyjne brzmienie gitar. To zaowocowało udaną płytą, co skłaniało do refleksji, czy tak teraz będzie brzmiał zespół z słonecznego San Francisco?

Okazuje się, że wydany w 2019 roku utwór „Black Brick” wcale nie był pożegnaniem grupy z mocnym, ciężkim brzmieniem. Ich najnowszy, szósty już album „Lonely People With Power” jest powrotem do korzeni. Najnowsze dzieło za sprawą mrocznego klimatu bardziej przypomina album „New Bermuda” aniżeli ostatnie, łagodniejsze dokonania. Generalnie po ich zeszłorocznym koncercie w Krakowie miałem takie przeczucie, że to nie koniec ciężkiego Deafheaven. Grupa na koncertach częściej grała utwory z pierwszych płyt, a George Clark zapuścił włosy do efektowniejszego kręcenia głową podczas występów na żywo. Jednak dla fanów tak zwanego black-gaze to wciąż dobra porcja muzyki, bo Deafheaven na swoim najnowszym krążku wciąż umiejętnie łączą piękne linie gitar z metalowym tłem.

Początek płyty pozbawia nas złudzeń co do dream-popowej wersji Deafheaven. Zaraz po zakończeniu intro jakim jest „Incidental I” grupa wchodzi z mocnym, metalowym brzmieniem za sprawą „Doberman” oraz singlem „Magnolia”. Jest charakterystyczny screamo wokal Clarka, podwójna stopa w perkusji i mocne gitarowe linie. Nikt tutaj się nie pierdzieli, jest ostro. Jednak im dłużej trwa płyta, tym częściej zespół przypomina sobie o swojej łagodniejszej stronie. „The Garden Route” rozpoczyna melodyjna linia gitary, która prowadzi nas przez cały utwór, aż do efektownego zakończenia. Natomiast na kolejnym „Heathen” pojawia się nawet przez moment łagodny wokal, jednak im dłużej trwa ten utwór, tym większy rozpierdol. I taki Deafheaven lubię najbardziej, zaczynający łagodnie, rozpędzający się i kończący istnym metalowym huraganem. Na „Amethyst” także pojawiają się łagodniejsze fragmenty, jednak na dłuższą metę Clark z spółką nie potrafią nie wejść z kopem w każdej piosence na płycie. Wisienką na torcie jest kończący całość „The Marvelous Orange Tree„, gdzie ponownie usłyszymy sporo z shoegaze (w idealnych proporcjach, oczywiście).

Nowością nie spotykaną do tej pory w twórczości Deafheven są występy gościnne. Jednak nie są one takie same jak na rapowych albumach. Pojawiający się tutaj Paul Banks z Interpolu, nie śpiewa a wygłasza monolog. Nieco inne zadanie ma Jae Matthews z Boy Harsher, który użycza delikatnego wokalu w „Incidental II„. W ogóle ten utwór to jakiś fenomen, gdyż brzmi jak soundtrack do American Horror Story. Widać, że wspólne koncerty Interpolu z Deafheaven (Dla mnie niesamowite muzyczne combo) z zeszłego roku przełożyły się na wydawnicze konkrety. Czekam na nową płytę Nowojorczyków z gościnnym wokalem Clarka – to będzie interesujące. Inną nowością jest format płyty. Jest więcej utworów (12), które rzadko przekraczają 6 minut. A trzeba wiedzieć, że amerykanie lubują się w długich utworach trwających nawet ponad 10 minut.

Przyznam szczerze, że nie pokochałem tej płyty od pierwszego odsłuchu jak w przypadku „Ordinary Corrupt Human Love” czy też „Sunbather„. Jednak im dłużej słucham najnowszej pozycji od Deafheaven, to tym bardziej mi się ona podoba. Grupa z jednej strony nawiązuje do swoich korzeni, z drugiej jednak nie zapomina o swoich fanach, kochających ich za to w jak piękny sposób łączą ze sobą melodyjne gitary z metalem. Czekam teraz na jakąś europejską trasę uwzgledniającą Polskę, a póki co wałkuje dalej „Lonely People With Power„. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Sezon festiwalowy rozpoczęty – relacja ze SnowFest 2025

Już po raz trzeci rozpoczynam sezon festiwalowy od wizyty w zimowym Szczyrku. W tamtejszym amfiteatrze Skalite miał miejsce po raz dwunasty festiwal SnowFest. Ci, którzy śledzą moje wpisy na bieżąco, dobrze wiedzą, że jest to jedna z moich ulubionych imprez muzycznych, która idealnie łączy dobrą zabawę z muzyką i sportem. Jak był w tym roku? O tym poniżej w tekście.

Dzień I

Pierwszy, piątkowy dzień SnowFest rozpocząłem od wizyty Sceny Jelenia, gdzie imprezę rozkręcał duet KVPX6 z NARO. Scena otoczona dwoma jeleniami słynie z najlepszych imprez, które trwają do 24. Ponadto gorąca atmosfera pod namiotem przyciąga każdego, kto pragnie się rozgrzać w mroźny, górski wieczór. Pierwsza wizyta w Amfiteatrze Skalite tego dnia to występ legendarnej, brytyjskiej grupy Dub Pistols. Mający na koncie 10 długograjów i wiele udziałów w soundtrackach do gier wideo zespół idealnie wpisał się w założenie festiwalu. A jest nim dobra zabawa. Przyznam szczerze, że nie zagłębiałem się w twórczość Barry’ego Aswortha i spółki, jednak na żywo jest to ogromna porcja energii, która potrafi rozruszać każdego. Brytyjczycy poruszali się w klimatach reggae, trip-hopu oraz big beatu. Ich „Boom Schalaka” towarzyszyło mi przez resztę wieczoru.

Gwiazdą wieczoru była śląska grupa hip-hopowa Paktofonika. Dla mnie jako ślązaka i mikołowianina oczywistą, oczywistością jest fakt, że Paktofonika to LEGENDA Hip-Hopu. Jednak mam ostatnio poczucie, że chyba za mało to zaakcentowałem na blogu. Być może w niedalekiej przyszłości nadrobię to wpisem o PFK. Wracając jednak do koncertu. Widać, że Rahim i Fokus to stare, sceniczne wygi, które rozumieją się bez słów. Ich koncerty są dopracowane w 100 procentach, a raperzy wiedzą jak rozruszać każdą publikę. Koncert rozpoczął się z lekkim poślizgiem, ze względu na występ lokalnej grupy wykonującej muzykę góralską. Później lekka rozgrzewka z DJ Westem, który puścił parę szlagierów jak np. „Na Szczycie” Grubsona. Po odegraniu „Na mocy paktu” pojawili się Rahim i Fokus. Początek mocny z takimi utworami jak „Ja To Ja„, „Gdyby” czy też „Priorytety„. Nieco spadł poziom w okolicach środka występu, jednak końcówka to już była jazda bez trzymanki. Zawsze dobrze brzmiące „W peunej gotowości„, „ToNieMy” z podkładem Busty Rhymes no i nieśmiertelne „Jestem Bogiem” zostało odebrane z ogromnym entuzjazmem. A na sam koniec odegrane zostało „Chwile Ulotne„, i z całą pewnością wiele osób miało tak zwane ciary. Pierwszy dzień zakończyłem pod sceną Snowtent, gdzie występował Ros Addiction w akompaniamencie Foxa. Ross Addiction to w zasadzie już stały członek składu zarówno SnowFest jak i festiwalu Carbon. Poprzednio towarzyszył im MC Conrad, który niestety zmarł w kwietniu minionego roku.

Dzień II

Sobotni dzień SnowFest rozpocząłem od koncertu Meek, Oh Why? na scenie Amfiteatru Skalite. Stojący za tym projektem Mikołaj Kubicki, występował w akompaniamencie perkusji oraz instrumentów klawiszowych. Granie na początku imprezy ma swoje wady i zalety, ja jednak uwielbiam, gdy nie ma tłumów i można poczuć większą więź na linii słuchacz – artysta. Muzycznie koncert na wysokim poziomie. Muzyk z Częstochowy pomimo młodego wieku, ma już całkiem sporą dyskografię i wiele materiału, którym może żonglować na koncertach. Widać jednak było, że nie kocha sceny tak mocno jak chociażby występujący po nim Łąki Łan. To kolejny zespół, który miałem okazję zobaczyć na żywo miliony raz, jednak dopiero teraz to nastąpiło. A jak było? Dokładnie tak jak się spodziewałem. Totalny, kolorowy rozpierdziel muzyczny. Czysta energia w 100 procentach, taniec, miłość i muzyka. Nie zabrakło przebojów takich jak „Pola ar„, „Jamin‚” czy też „Łan Pała„. Tak jak dzień wcześniej Dub Pistols, polski funkowy zespół zapewnił sporo dobrej zabawy. Gwiazdą dnia był belgijski dj Netsky. Mój rówieśnik ma na koncie wiele, dobrze przyjętych utworów a jego występ to była demoniczna potańcówka pod chmurką. W ruch poszły remiksy wielu znanych utworów jak „Can’t Stop” Red Hot Chili Peppers czy też „Satisfaction” Benny’ego Benassi’ego. Dzień, jak i cały festiwal zakończyłem na mrocznym secie Rex The Dog. Trochę szkoda, że przegapiłem Gorgon City oraz Paule Tape, ale takie są realia festiwalowe. Nie można być na wszystkim i wszędzie…

SnowFest to także zawody sportowe, które w tym roku odbyły się w ramach Pucharu Europy FIS Rail Snowboard & Freeski. Zawody przyciągnęło zawodników z całej Europy, dzięki czemu byliśmy świadkami wielu niesamowitych tricków na desce oraz nartach. W porównaniu do poprzednich edycji, zmienił się tor zjazdu, dzięki czemu zawodnicy mogli robić większą ilość ewolucji na desce oraz nartach.

Podsumowując, dwunasta edycja SnowFest ponownie okazała się udana. Mam nadzieję, że poziom zostanie utrzymany również za rok i ponownie spotkamy się w Szczyrku przy dobrej muzyce i jagerku.