Alternatywne losy Ellen Ripley – recenzja książki „Obcy: Wyjście z Cienia”

Seria filmów o Obcym to klasyk, który zgromadził wokół siebie rzesze fanów. Czego już nie było? Filmy, gry, komiksy, audiobooki, figurki, książki, ubrania… W mojej miejscowości nawet jeden gość odpicował sobie busa na styl Aliena i ma w środku neonowy napis: „OBCY”. Ja także jestem fanem serii, ale to już pewnie wiecie. Ostatnio pisałem o książce „Obcy” – która jest książką adaptacją filmu Ridleya Scotta. Tym razem w moje ręce wpadła książka „Obcy: Wyjście z Cienia„.

Dzieło Tima Lebbona zostało wydane już ponad 10 lat temu w 2014 roku. Jednak dopiero nie dawno książka trafiła do Polski za sprawą wydawnictwa Vesper. Jest to pierwsza część trylogii o Obcym, która nie jest oparta o żaden film. Akcja dzieje się kila lat po wydarzeniach z Nostromo, na Górniczej Orbitalnej Stacji Kosmicznej „Marion”, która eksploruje złoża trymonitu na piaszczystej LV-178. Pracujący na ów planecie górnicy odnajdują poza najtwardszym minerałem jaja ksenomorfów. Jak łatwo się domyślić nie wróży to nic dobrego. Stwory opanowują teren kopalni i doprowadzają do zderzenia promu z statkiem orbitującym „Marion”. Dochodzi do poważnej awarii. Nieliczni ocalali wraz z Chrisem Hooperem, głównym inżynierem nadają sygnał S.O.S, który odbiera prom „Narcissus”. Na nim podróżuje ostatnia ocalała z Nostromo Ellen Ripley i jest futrzasty przyjaciel Jones… Walka o przeżycie rozpoczyna się od nowa.

Muszę przyznać, że początkowo sceptycznie podchodziłem do tej książki. Jako ogromny fan filmu „Obcy: Decydujące Starcie” nie uważałem, by alternatywne dzieje po Nostromo miały sens. Okazuje się jednak, że mają. Co prawda Lebbon tak zawarł historię w omawianej książce, że wydarzenia z „Aliens” wciąż mogą się wydarzyć. Nie zmienia to jednak faktu, że sama zabawa z światem ksenomorfów daje dużo frajdy zarówno odbiorcom jak i twórcom. To uniwersum jest tak złożone i rozległe, że w zasadzie każdy może tworzyć swoje historie nie szkodząc innym. Dobrym tego przykładem jest tegoroczny film „Romulus„, który także opisuje wydarzenia po Nostromo i wyszło z tego bardzo dobre dzieło. Podobną sytuację mamy tutaj. Otrzymujemy w zasadzie „Decydujące Starcie” w wersji górniczo-naukowej. Zbiór ciekawych i różnorodnych postaci z własnymi motywacjami toczy zaciekłą walkę o przetrwanie z najdoskonalszym organizmem we wszechświecie. Jest sporo akcji, krwawych opisów śmierci, gęstego i mrocznego klimatu, czyli wszystko to co uwielbiamy w Obcym.

Dla kogo to książka? Przede wszystkim dla wszystkich alienowych freaków, takich jak ja. Jeżeli uwielbiasz filmy z tej serii, lubisz pograć w gry z Obcym a przy okazji książka to twój kompan. To powinieneś koniecznie sięgnąć po „Obcy: Wyjście z Cienia„. To także nie lada gratka dla wszystkich kolekcjonerów, gdyż Vesper wydał ją w pięknej czerwono-czarnej oprawie. Jednak nie tylko fani obcego odnajdą tutaj coś ciekawego. Jeżeli lubicie po prostu czytać książki, zwłaszcza w klimacie horroru i science-fiction to myślę, że w tym gatunku nie ma nic lepszego od Aliena. Już przymierzam się do kolejnych części tej trylogii, zwłaszcza, że nie dawno ukazała się książka: „Obcy: Zimna Kuźnia” autorstwa Alexa White’a.

Budowa vibes – przegląd płyt z sierpnia i września

Od około trzech lat jestem w stanie budowy własnego domu. Ostatnie miesiące stoją pod znakiem wykańczania wnętrz, dlatego większość płyt, które tutaj opisuje towarzyszyły mi albo na samej budowie bądź przy czynnościach towarzyszących jak przeglądanie kabin prysznicowych w internecie lub zakupy w hurtowniach i sklepach budowlanych. Stąd też tytuł „Budowa vibes”… A co w tym czasie było słuchane? Same dobre nuty, o których poniżej.

Jamie XX – In Waves. Dziewięć lat temu James Thomas Smith tworzył kolory za sprawą albumu „In Colours„. Dziś członek grupy The XX postanowił pójść w fale. I uwierzcie, że czuć te wibrujące fale na tym kapitalnym albumie. Nowa płyta Dua Lipy? Sabriny Carpenter? Zapomnijcie! najbardziej taneczny krążek tego roku to właśnie omawiany longplay od 36-letniego Brytyjczyka. Te bliskie połowy piłkarskiego widowiska odsłuchy mijały mi niewyobrażalnie szybko. Do tego stopnia, że klika razy sprawdzałem, czy aby na pewno ten krążek trwa 45 minut? Zwłaszcza, że wydawało mi się, że w ciągu nieco ponad godziny przesłuchałem go trzy razy z rzędu. Świetna muzyka, mocno taneczna, rytmiczna i wciągająca. Sporo ciekawych gości z branży muzyki elektronicznej: Robyn, The Avalenches, Panda Bear. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadł mi ten CD-ek od poprzedniego (również dobrego!) „In Colours” oraz debiutanckiego „We’re New Here„. Jeżeli macie problem z wejściem w deszczowy i ponury klimat tegorocznej jesieni oraz tęsknicie za minionym latem to „In Waves” jest, jak znalazł. Co więcej artysta na początku listopada wystąpi w Polsce. Mam nadzieje, że organizatorzy Carbona i Taurona obserwują temat. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Nilüfer Yanya – My Method Actor. 29-letnia Brytyjka dorastająca w dzielnicy Chelsea w Londynie miała dość ciekawe dzieciństwo pod względem muzycznym. Matka o korzeniach irlandzko-barbadoskich zapoznawała Nilüfer z muzyką klasyczną, z kolei ojciec (Turek) torpedował swoją córkę muzyką turecką. W końcu sama zainteresowana sama zaczęła tworzyć muzykę i poszła w brzmienie gitarowe, a dokładnie indie rocka. Taka też jest płyta „My Method Actor„. Co prawda brzmi ona jak debiut artystki – jest pełna dobrej energii i takiej lekkości w procesie twórczym. Jednak nic bardziej mylnego, to już trzeci longplay Brytyjki po wydanym w 2019 debiucie „Miss Universe” oraz „Painless” z 2022 roku. Pamiętacie Soccer Mommy? Tak właśnie by brzmiała jej płyta, gdyby urodziła się w Anglii a w domu stykały by się dwie odmienne kultury. Wracając jednak do „My Method Actor” to świetna, bardzo piosenkowa, dojrzała i pełna luzu płyta. Pomimo swojej lekkości, tematy na niej poruszane już takie nie są. Jednakże pełna samoakceptacji artystka nie daje nam tego w ogóle odczuć. Nie napiszę, że warto ten krążek sprawdzić tylko, że koniecznie trzeba znać. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Molchat Doma – Belaya Polosa. Kojarzycie te filmiki na tiktoku z budownictwem wschodnioeuropejskim (brutalizm) lub ogólnie obrazkami rosyjskich osiedli z tą ponurą,elektroniczną muzyką? To właśnie Molchat Doma i ich „Sudno„. Początkowo wydawało mi się, że to jakiś stary radziecki kawałek z lat 80. New wave’owy i dość specyficznie ponury klimat tego utworu sprawiał, że brzmiał jak żywcem wyjęty z moskiewskiego klubu muzyki elektronicznej z 1984 roku. Co prawda rodowód się prawie zgadzał, bo to białoruski band założony w Mińsku, jednak w zupełnie innych latach (2017 rok). Obecnie Molchat Doma przebywa w Stanach Zjednoczonych i tam też został stworzony i nagrany album „Belaya Polosa„, który jest ich czwartym w dorobku krążkiem. I wciąż czuć na nim ten surrealistyczny i ponury klimat wschodnioeuropejskiego blokowiska z odrapanymi klatkami schodowymi i przygnębiającymi barwami. Chłopaki odrobili lekcje z historii muzyki, bo pięknie nam serwują ten post-punk, dark-wave i synth-pop. Po raz kolejny otrzymujemy niezwykła podróż w czasie. I być może, nie jest tak intensywna jak na „Etazhi„, ale wciąż sprawia frajdę. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

MJ Lenderman – Manning Fireworks. MJ Lenderman, czyli Mark Jacob Lenderman to 25-letni amerykański wokalista i multiinstrumentalista. Od momentu debiutu w 2019 roku wydaje on swoje płyty dość regularnie, co roku. I tak oto mamy ich już pięć, z czego najnowszy „Manning Fireworks” już otrzymał miano „Best New Music” na Pitchforku. Dlatego też sprawdziłem ten album. I generalnie już rozumiem dlaczego Pitchfork nazywa się pitchfork, czyli widły. Mimo, że mieszkam na wsi, w Mrągowie miałem jedne z lepszych wakacji i cenię Boba Dylana to takie folkowo-country’owe brzmienie zupełnie mi nie leży. Co prawda jest tutaj parę fajnych momentów jak chociażby „She’s Leaving You” to generalnie do samej płyty racze nie wrócę. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Charli XCX – Brat. Co prawda najnowsze wydawnictwo Brytyjki słuchałem już jakiś czas temu, to dopiero teraz jest okazja wspomnieć o nim parę słów. Jestem zdumiony jak pięknie nam rozwija się Charli. Jeszcze nie tak dawno temu (A w zasadzie to dawno temu bo w jakimś 2011 roku) słuchałem jej pierwszych utworów i byłem pod wrażeniem jej zdolności. Nie sądziłem jednak wtedy, że wyda 6 dobrze przyjętych albumów, będzie pojawiać się na galach, grać w filmach i nagrywać utwory z topowymi artystkami. A najnowszy album? No zrobił furorę. Charakterystyczny kolor okładki krążył w socialach. Jednak to tylko obrazek, ważniejsza jest zawartość muzyczna. A ta jest świetna. Charli XCX ponownie sięga po retro stylistykę lat 90, a więc mamy sporo muzyki klubowej, dance oraz electropop. Jednak brytyjka potrafi się także odnaleźć w balladzie, tak jak w utworze: „I might say something stupid„, który nagle się urywa po blisko dwóch minutach trwania a artystka ponownie wraca do tanecznej wersji siebie. Oby więcej takich popowych płyt nam towarzyszyło w przyszłości. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Atak paniki i eksperymentowanie z własnymi granicami – recenzja płyty „Romance” Fontaines D.C.

Irlandzki Fontaines D.C. blisko miesiąc temu wypuścił na światło dzienne swój najnowszy, czwarty w dorobku album pt. „Romance„. Niesamowite jest to, że goście z zielonej wyspy, którzy są na rynku muzycznym od 10 lat nie nagrali słabej płyty. Debiut „Dogrel” wydany w 2019 roku przyniósł im nominację do Mercury Prize i sprzedał się dobrze na Wyspach, zwłaszcza w Irlandii i Szkocji. „A Hero’s Death„, które ukazało się rok później w pandemicznej rzeczywistości, zebrało bardzo dobre opinie krytyków i sprzedało się w Wielkiej Brytanii w liczbie 60 tyś kopii. Grian Chatten i spółka w tym momencie tworzyli na nowo siłę post-punku (wraz z Idles). Jednak wydane w 2022 roku „Skinty Fia” zaczęło odważniej eksperymentować z shoegaze i przyniosło grupie sławę za sprawą takich otworów jak: „Roman Holiday„, „I Love You” czy też „Jackie Down The Line„. Mi Osobiście jednak najbardziej przypadł do gustu kapitalny „Bloomsday„.

Po wspólnej trasie koncertowej z Arctic Monkeys w Stanach i Meksyku członkowie Fontaines D.C. rozproszyli się po świecie. Wokalista Grian Chatten, który w zeszłym roku wydał również solowy album „Chaos for the Fly” trafił do Los Angeles. Gitarzysta Carlos O’Connell zapuścił korzenie w Hiszpanii w regionie Castilla-La Mancha z kolei basista Conor Deegan wylądował w Paryżu. Panowie po czasie trafili do Londynu, gdzie mieli sporo czasu na własne eksperymenty muzyczne. Po trasie koncertowej z 2023 roku zamknęli się na miesiąc w pod paryskim zamku by dać upust swoim emocjom i doświadczeniom. Tak powstał ich czwarty album „Romance„.

Najnowsza płyta zaczyna się dość mrocznie i niepozornie od klimatycznego „Romance„. Prawdziwego kopa dostajemy już od drugiego utworu „Starbuster„. Ten quasirapowy kawałek to pierwszy singiel promujący tegoroczne wydawnictwo. Niektóre elementy piosenki jak łapanie powietrza zostały zainspirowane przez atak paniki jakiego doznał wokalista Chatten podczas pobytu w Londynie. Utwór wzbogacony o kinowy teledysk to najmocniejszy punkt „Romance„. Kolejna piosenka to kolejna odsłona grupy, gdyż „Here’s The Thing” to istna gitarowa, post-punkowa uczta. „Desire” znacznie zwalnia tempo i kontynuuje romans grupy z shoegaze. Warto podkreślić w tym miejscu, że te ich eksperymentowanie z muzyką Slowdive i My Bloody Valentine jest wręcz wybitne i w tej odsłonie Fontaines D.C. nie mają sobie obecnie równych. Melancholijny „In The Modern World” porusza tematykę poszukiwania miłości w nowoczesnym, zimnym, betonowym świecie. Stąd też nazwa płyty „Romance„, Grian Chatten był zafascynowany tematyką znajdowania miłości w trudnych, oziębłych miejscach. Z kolei utwór „Sundowner” zaskakuje nas swoim pięknym i sennym brzmieniem oraz poetyckim tekstem. Ów klimat utrzymuje się także w kolejnym „Horseness is The Watness„. Całość zamyka radiowy singiel „Favourite„, który uroczo opowiada o uczuciach.

Co tutaj dużo mówić? Jestem zachwycony najnowszą propozycją Fontaines D.C. Już zapowiadające „Romance” single tylko pobudzały mój apetyt na ten krążek. Irlandczycy nagrali spójny, klimatyczny i mający coś ważnego do powiedzenia longplay. Chatten i spółka udanie łączą różne gatunki muzyczne, od hip-hopu, przez post-punk po shoegaze. Zwłaszcza eksperymenty z tym ostatnim są najbardziej owocne w pozytywne odczucia. Lirycznie także jest ok, bo jest tutaj wiele zapadających w pamięć wersów od chociażby banalnego refrenu „Favourtie„: „You were my favourite for a long time” czy też ten szarpany początek „Starbuster„: „I wanna see you alone, I wanna sharp the stone / I wanna bounce the bone, I wanna mess with it„. Jak dla mnie jedna z lepszych, jak nie najlepszych płyt wydanych w tym roku. Zdecydowanie warto przesłuchać i zanurzyć się w ich całą dyskografie. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.