Roztańczonej Jessie Ware ciąg dalszy – recenzja płyty „That! Feels Good!

W zasadzie sezon festiwalowy mogę uznać za zakończony. Być może pojawię się jeszcze w październiku na wrocławskim Trick or Beat lub na pojedynczych koncertach, jednak i tak ten rok był wyjątkowo obfity pod tym względem. W całej swojej karierze nie zaliczyłem w jednym roku aż pięciu imprez muzycznych! Stąd też na blogu pojawiały wyłącznie wpisy związane z muzycznymi festiwalami. Pora jednak wrócić do żmudnej, recenzenckiej roboty bo jest sporo zaległości. Pierwszą z nich jest najnowsza płyta Jessie Ware „That! Feels Good!

Recenzję tej płyty zapowiedziałem już daaaawno temu, a więc do dzieła! Jeżeli czytacie mój blog, to wiecie, że w tym miejscu lubimy i szanujemy Panią Jessie Ware. Pomimo tego, że zdarza się jej hałturzyć dla pieniędzy w naszym kraju to jej muzyka jest wybitna. A wszystko zaczęło się od kapitalnego „Devotion” z 2012 roku. Później jej kariera zwolniła a albumy „Tough Love” oraz „Glasshouse” nie były juz tak dobre jak debiut. W 2020 roku artystka postanowiła uderzyć w bardziej taneczne rytmy, zahaczające nawet o muzykę disco. Jej „What’s Your Pleasure?” okazało się strzałem w dziesiątkę! Co więcej, pomimo upływu lat zdarza mi się dość często wracać do tego albumu.

Dlatego też wydanie „That! Feels Good!” nie jest już tak zaskakujące, a raczej staje się naturalnym, kolejnym krokiem w dyskografii Brytyjki. Na najnowszej płycie Pani Ware ponownie uruchamia dyskotekową kulę i serwuje całkiem sporą dawkę muzykę do potańczenia. Już otwierające całość tytułowe „That! Feels Good!” porywa nas do tańca. W utworze „Free Yourself” nie zwalnia tempa a „Pearls” po prostu nas porywa w jakąś nieziemską podróż! I tak w zasadzie przez cały album, aż do końcówki, gdzie w „Lightning” i „These Lips” serwuje nam powolniejsze, acz wciąż taneczne tempo.

Przyznam się szczerze, że przy pierwszych odsłuchach mój entuzjazm nie był tak wielki, jak teraz. Chyba za wielkim ultrasem byłem płyty What’s Your Pleasure?” by w pełni docenić nowy materiał. Teraz, gdy nabrałem już odpowiedniego dystansu mogę w pełni powiedzieć wam, że to płyta koza i warto ją znać. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Pogoda czasem zawodzi, koncerty na Offie nigdy – relacja z OFF Festival 2023

Pogoda czasem zawodzi, koncerty na Offie nigdy – wiem co mówię, gdyż był to już mój dziewiąty OFF w karierze. Co prawda w ostatnim czasie Dolinę Trzech Stawów odwiedzam średnio co cztery lata, czyli tak jak piłkarskie reprezentacje wybierają się na mundial. Jednak to wciąż jeden z moich ulubionych muzycznych festiwali. Różnorodność artystów, stawianie na muzykę niezależną, mocno rozrastające się miasteczko festiwalowe oraz korzystna dla mnie lokalizacja sprawiają, że OFF to dla mnie jeden z najlepszych muzycznych festiwali w kraju. Niestety, w tym roku również nie załapałem się na medialną akredytację. Jednak ze względu na headlinerów nie mogłem opuścić tej imprezy. Ale o tym już poniżej.

Dzień I

Piątkowy dzień na papierze wyglądał najsłabiej i być może taki był. Ciężko stwierdzić, gdyż ze względów pogodowych moje przyjazdy na imprezę przesunęły się znacznie i nie byłem w stanie zobaczyć tyle, ile bym chciał. Tegoroczny Off rozpocząłem od występu grupy… Off! Chłopaki chcieliby być jak Rage Against The Machine, niestety za bardzo im nie wyszło. Jak to stwierdził Wyciu: „Takie trochę kuce” i chyba trochę w tym racji. Lubię ostrą gitarową muzykę, ale Off! to nie mój klimat. O wiele bardziej do gustu przypadła mi Dreya Mac. Brytyjska raperka i tancerka w jednym! Przy pomocy DJa i dwóch tancerek dała całkiem niezłe show. Kontakt z publiką utrzymywała jak na Offowe standardy bardzo dobry a jej muzyka potrafiła się obronić. Była to dobra rozgrzewką przed głównym występem dnia, który nieoczekiwanie przesunął się na godzinę 21:30. Pusha T wielbię od dawna, a facet wciąż wydaje dobrą muzykę. Jego dwa ostatnie krążki: „Daytona” oraz „It’s Almost Dry” doceniłem na blogu za konkretność i zwięzłość. Taki też był jego występ. Wszystkie jego najlepsze kawałki takie jak: „If You Know You Know„, „The Games We Play„, „Brambleton” czy też „Dreamin Of The Past” mogliśmy usłyszeć ze Sceny Głównej. Na sam koniec Pusha T odegrał „Runaway” i to defacto był jedyny kawałek, który potrafiła odśpiewać publiczność zgromadzona pod sceną. To może za rok na Offie pojawi się sam Kanye West? To mogło być i nawet powinno idealne zwieńczenie tego dnia, jednak ze względu na przesunięcie w programie miałem do zobaczenia jeszcze kilka występów tego dnia. Wpierw uderzyłem pod scenę eksperymentalną, gdyż kojarzyłem, że słuchałem jakiś czas temu płytę Special Interest. Jednak po kilku minutach stwierdziłem, że grające na scenie leśnej Melody’s Echo Chamber będzie lepszym wyborem. Nie myliłem się. Lekko senny acz nostalgiczny i melodyjny klimat tego występu może nie dodał mi sił, ale wprowadził w dobry nastrój za sprawą dream-popowego brzmienia. Wyjątkowo dobrze było usłyszeć live utwory ze zeszłorocznego „unfold„, które przypadło mi do gustu. Na położonej nieopodal scenie namiotowej scenie występowali Homixide Gang. Nim jednak raperski duet pojawił się na scenie to ich bucowaty DJ puszczał trapowe szlagiery wymieszane z innymi rockowymi kawałkami i rozgrzewał publikę. Jednak ani ta część występu, ani samo pojawienie się raperów nie sprawiło, że chciałem tu zostać do końca. W drodze powrotnej do auta sprawdziłem jeszcze Kokoroko, które ludzie zdążyli już okrzyknąć Coco Jambo. Fajna muzyczka, ale zmęczenie w tym momencie wygrało.

Dzień II

Sobotni, równie deszczowy dzień rozpocząłem od końcówki koncertu Nation Of Language. To niesamowite jak oldschoolowo brzmi ten amerykański indie-popowy projekt. Szczerze mówiąc nie interesowałem się zbytnio tym zespołem i byłem w nie małym szoku, że to muzyczny projekt, który debiutował trzy lata temu a nie trzy dekady temu! Grający na scenie leśnej Balming Tiger był tym czego się spodziewałem. Nieco pretensjonalni, trochę dziwaczni i czerpiący z daleko wschodniej kultury a jednocześnie dodający sporo nowoczesności i przebojowości. Trochę żałowałem, że nie zostałem na dłużej z powodu deszczu. Grający na scenie głównej Spiritualized miałem okazję już widzieć na Offie w 2009 roku, jeszcze w Mysłowicach. Wtedy Jason Pierce nie przekonał mnie do siebie, teraz zupełnie odwrotnie. Uważam, że to był jeden z lepszych koncertów tego dnia. Być może pomogła mi perspektywa czasu, wtedy miałem 20 lat, a teraz 34…. A być może, katowicki występ był po prostu lepszy? Potwierdziły się plotki, że na Offie wystąpi Dawid Podsiadło ukrywający się pod przykrywką projektu Udary. Tajemnicza grupa miała odegrać w całości debiutancki album The Strokes „Is This It„. Stąd też nazwa Udary, która jest po prostu przetłumaczeniem angielskiego strokes. Występ ten uznaje za udany ze względu na dwie sprawy. Po pierwsze miło było w końcu usłyszeć coś co się ZNA (W tym roku nawet nie próbowałem poznawać offowych zespołów i po prostu poszedłem na żywioł poznawania dopiero pod sceną) i zna ze swoich młodzieńczych lat (Tak, wiem – brzmi to bardzo dziadersko). Natomiast druga sprawa to bardzo dobre odegranie The Strokes i zbliżony wokal Dawida Podsiadło do Juliana Casablancasa, normalnie tym występem wygrał kolejną edycję „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. Szkoda tylko, że zespół nie wykorzystał pełniejszej puli swojego występu. Aż się prosiło o jakiś bis albo chociaż kolejny cover The Strokes z drugiego albumu. Podejrzewam, że to był jednorazowy występ ale chcętnie jeszcze był posłuchał czegoś podobnego, gdyż The Strokes pewnie nie zagrają nigdy w Polsce… Dzień zakończyłem występem Slowdive. Nie miałem okazji być na Offie w 2014 roku, kiedy byli również headlinerem dlatego cieszę się, że udało mi się nadrobić ich występ w tym roku. Usłyszenie na żywo „When the Sun Hits” oraz „Alison” to zawsze wielkie przeżycie a ich brzmienie tego dnia było niesamowite. Jak na zespół, który debiutował w czasie kiedy ja dopiero przyszedłem na Świat to zachowują dobrą formę. W odróżnieniu ode mnie, bo mi już doskwierały różnego rodzaju bóle i zmęczenia…

Dzień III

Niedziele planowałem rozpocząć szybciej… Niestety i tym razem moje plany zmienił ulewny deszcz. W końcu, gdy pogoda się ustabilizowała mogłem sprawdzić końcówkę występu Hani Rani. Jednak moja wizyta była zbyt, krótka by coś sensownego napisać o występie artystki. O wiele więcej mogę powiedzieć o grającym na scenie leśnej Tamino. Ten 26-letni Belg dał piękny aczkolwiek nieco przygnębiający występ. W dodatku ta smutna muzyka idealnie odzwierciedlała nastrój wokalisty, który stracił nie dawno przyjaciela. By nie popadać całkowicie w żałobne tony postanowiłem sprawdzić trapy od Lanceya Fouxa. Było znacznie lepiej niż na piątkowym Homixide Gang, ale i tak towarzyszyło mi gorzkie przemyślenie, że pod względem rapsów to Off zawsze był w tyle. Kiedyś ten wspaniały gatunek nie pojawiał się wcale, a jak już, to tylko na zasadzie powiedzenia, że gramy wszystkie gatunki. Teraz jest go całkiem sporo, ale te wszystkie trapy były modne ze 5-7 lat temu, teraz hip-hop wraca do korzeni i docenia się jak ktoś nie jedzie na audio-tune…. No, ale nie narzekam bo w końcu też zaczęto doceniać raperów jako headlinerów. Grający na scenie głównej Confidence Man był z kolei świetnym podejściem do trendów! Obciach lat 90 już dawno temu wrócił, a dowodem na to jest z jakim przyjęciem spotkał się australijski duet, który brzmiał jak grający niegdyś Mr President czy zespół Aqua. No i ta kapitalna choreografia, na tej scenie ciągle coś się działo! Z kolei na scenie leśnej sprawdził się inny duet. Mowa o projekcie Panda Bear i Sonic Boom. Pierwszy z nich to członek legendarnego już Animal Collective, drugi z kolei to Peter Kember – założyciel grupy Spaceman 3. Ich wspólny album z zeszłego roku „Reset” na żywo brzmiało równie niesamowicie. Zwłaszcza utwory „Edge of the Edge” czy też „Go On„. Nie zawiódł również headliner ostatniego dnia. O King Krule napisałem na blogu w zasadzie już wszystko. Jego oba pierwsze albumy mocno przypadły mi do gustu, podobne mam spostrzeżenia także do rudowłosego wokalisty podczas jego występów na żywo. Zwłaszcza świetnie było usłyszeć na żywo „Stoned Again” oraz „Alone, Omen 3„. W Katowicach tego dnia udzielił się klimat angielskiego, zadymionego klubu a sam King Krule był dobrej formie. Oby jak najwięcej tego typu koncertów w przyszłym roku!

Industrialne techno w Zabrzu – relacja z CARBON Silesia Festival 2023

W miniony weekend odbyła się trzecie edycja CARBON Silesia Festival. Oczywiście jako miłośnik muzycznych wrażeń i w zasadzie sąsiad tej imprezy (Słychać było u mnie w domu wszystko) nie mogłem odpuścić tego wydarzenia. Po świetnej zeszłorocznej edycji, podczas której wystapił m.in Monolink, NTO czy też Coals oczekiwania były spore. Czy zabrzańska impreza je spełniła? O tym dowiecie się poniżej.

Dzień I

Zanim przejdę do koncertów, muszę po raz kolejny potwierdzić, że CARBON to festiwal z kapitalnym klimatem. Największą robotę robi oczywiście miejsce wydarzenia, którym jest Sztolnia Luzia w Zabrzu. Zabytkowy kopalniany kompleks nadaje imprezie industrialnego klimatu, który idealnie komponuje się z muzyką elektroniczną graną ze scen CARBONa. Zaplecze festiwalu miało swoją siedzibę w byłej łaźni łańcuszkowej i to miejsce za sprawą wiszących na łańcuchach górniczych ciuchów także robi spore wrażenie. Generalnie warto odwiedzić to miejsce także poza festiwalem, lub w okresie wakacji, kiedy odbywa się tam Carnall Festival (który jest cyklem darmowych koncertów).

Ok, wróćmy jednak do samego CARBONA. Swoją przygodę rozpocząłem od wizyty na Carnal Stage, gdzie dopiero zbierającą publikę rozgrzewał Holly Molly. Myślę, że Marcin Marynka grający pod tym pseudonimem dał dobrego startera na resztę wieczoru. Na Scenie Głównej swój występ dawała grupa Niemoc. Przyznam się, że był to mój pierwszy ich koncert live i dłuższy kontakt z ich muzykę. I muszę przyznać, że te młokosy zrobiły na mnie dość spore wrażenie. Fajny klimacik lat 80 był doprawiony sporą dawką energii, którą szczególnie epatował gitarzysta. Nowy kawałek brzmiał obiecująco i jestem ciekaw jak wyjdą im koncerty z żywym perkusistą. Może za rok ulepszona powtórka? Czemu nie!

Ponownie powróciłem pod namiot, by usłyszeć odrobinę setu od Joany. I brzmiało to dobrze! Jednak nie na długo, gdyż tego dnia koniecznością było zobaczyć jeden z ostatnich występów grupy KAMP! Łódzki zespół zapowiedziała koniec działalności, jednak po rozmowie z Michałem Słodowym, wiem, że ten koniec jest rozłożony dość mocno w czasie i potrwa do przyszłego roku. W planach jest jeszcze wydanie płyty i parę koncertów z serii 360, także do pożegnania będzie jeszcze czas! Wróćmy jednak do samego występu KAMP! Był to najlepszy ich koncert jak widziałem do tej pory, a widziałem ich sporo. Chłopaki zagrali z niesamowitą energią i zaprezentowali cały przegląd swojej twórczości z takimi utworami jak: „Melt„, „Cairo„, „Can’t You Wait” czy też „Distance of the modern hearts„. Co więcej chłopaki zagrali dość długo jak na festiwalowe standardy, dając półtoragodzinny show (Michał Słodowy wspomniał, że najbardziej lubi grać koncerty trwające 2,5 godziny!). KAMP! tego dnia totalnie rządził na scenie głównej CARBONA.

Przed głównym koncertem dnia zdążyłem jeszcze zajrzeć na techno potańcówki w wykonaniu Last Robots i zaliczyć szybkie wszamanko u wusztzkarry. Z strefy gastro pod scenę główną to już rzut kamieniem, dlatego też zdążyłem zobaczyć od początku występ HVOB. Austriacki duet przez Annę Muller i Paula Wallnera występował jakio trio zabierając na pokład perkusistę. I taka forma ich muzyki mi odpowiadała najbardziej. Generalnie spędziłem ten koncert dość chilloutowo spoglądając na wszystko z góry i popijając zimnego Brooklyn Brewery.

Dzień II

Dzień drugi był na lekkim kacu, dlatego jako starter poleciał zimny Brooklyn. W tym miejscu muszę przyznać, że nawet zasmakował mi ten browar i był zdecydowanie lepszy od Tauronowej Perły. A muzycznie dzień zacząłem od Ani Leon na scenie głównej. Ubrana w strój do biegania artystka była mi całkowicie obca przed tym występem. Mroczny i dość specyficzny pop był uzbrojony w brzmienie saksofonu i instrumentów klawiszowych i robił całkiem ciekawy balans pomiędzy wokalem a brzmieniem zespołu. Kolejnym występem na scenie głównej, który zobaczyłem tego dnia był występ zamaskowanego zespołu BOKKA. Przyznam szczerze, że nie jestem fanem ich twórczości. Miałem okazję widzieć ich przy okazji debiutu na Tauronie i generalnie mnie wtedy nie porwali. Również album „Don’t Kiss And Tell” nie należał nigdy do moich ulubionych. Jednak po tym koncercie zmieniłem trochę o nich zdanie. Być może 10-letnie doświadczenie zrobiło swoje, bo taki właśnie jubileusz obchodzą w tym roku.

Z powodu lotniskowego opóźnienia, występ gwiazdy dnia – Boys Noize przesunął się na godzinę 0:45. I w ten oto sposób z dwóch koncertów, które chciałem zobaczyć w tym samym czasie zrobiły mi się trzy! I każdego zaliczyłem po trochu. A był to występ wspomnianego Boys Noize na scenie głównej, Lindstrøma na Carnall Stage i Rysy na Jungle Stage. Tych ostatnich widziałem podczas niedawnego Snowfesta, dlatego im poświęciłem najmniej swojej uwagi. Najwięcej spodziewałem się po Lindstrømie, którego koncerty w internecie robiły na mnie ogromne wrażenie. Co prawda ten zabrzański, nie wyglądał jak ten z Paryża, ale i tak był zajebisty. A Boys Noize? No był ogień pod sceną, ale to niezbyt mój klimat muzyki techno.

Podsumowując, zakończony niedawno CARBON Silesia Festival 2023 przeszedł do historii jako epicka techno impreza i już nie mogę się doczekać kolejnej edycji. Co prawda line-up wydawał się na początku gorszy od tego sprzed roku, jednak koncerty generalnie dały radę! Warto także wspomnieć o świetnej organizacji tej imprezy. Mam nadzieję, że organizatorzy utrzymają ten poziom także w 2024 roku a ja będę miał okazję ponownie wziąć w tym udział!