Cóż to za wieści od organizatorów festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice 2024! Do line-upu imprezy dołącza legendarna wokalistka Róisín Murphy. Irlandzka piosenkarka ma w dorobku 6 solowych albumów, z czego jej ostatni „Hit Parade” pochodzi z minionego roku. Ponadto artystka nagrała 4 albumy z grupą Moloko i ma w dorobku takie hity jak „Sing It Back” czy też „Time Is Now”. Pani Murphy łączy w swojej twórczości muzykę elektroniczną i pop, dzięki czemu idealnie pasuje na głównego headlinera katowickiego festiwalu.
To nie koniec dobrych wieści! Do składu TNMK2024 dołącza całkiem liczna i silna kobieca ekipa. Nosowska, która jest dobrze znana katowickiej publiczności, gdyż już występowała wcześniej na Tauronie będzie miała okazję zaprezentować materiał ze zeszłorocznego albumu „Degrengolada„. Pojawi się także Daria ze Śląska, która jest nie małym odkryciem na rodzimym, alternatywnym rynku muzycznym. Artystka grała już na innych festiwalach w Polsce, teraz czas najwyższy na Tauron! Poza tym do składu dołączają: Mimi Love, Jin Synth oraz Franca.
Tauron Nowa Muzyka Katowice 2024 startuje w tym roku 20 czerwca i potrwa do 23 czerwca. Więcej informacji na temat imprezy znajdziecie TUTAJ.
Ponownie miałem przyjemność udział wziąć udział w organizowanym w Szczyrku festiwalu SnowFest 2024. Była to już 11 edycja tej imprezy a jak było na jedynym zimowym muzycznym festiwalu w Polsce? Tego dowiecie się poniżej!
Dzień I
Pierwszy, piątkowy dzień imprezy rozpocząłem od występu GOORAL na scenie głównej Amfiteatru. Twórcy pamiętnego hitu „Karczmareczka” dali występ jakiego można było się spodziewać. Połączona muzyka elektroniczna z góralskim folklorem idealnie wpasowała się w górski, zimowy klimat imprezy i była udaną zapowiedzią dalszej zabawy. Zabawowy duch SnowFesta to przede wszystkim Scena Jelenia, gdzie rozkręcane są najlepsze imprezy. Znakomicie to odzwierciedlił duet DNTRT x DEYNA, który zaprezentował bardzo solidny zestaw zabawowych piosenek. Wiele także działo się na skoczni Skalite. Być może w tym roku zima nie była tak śnieżna jak w latach poprzednich, ale i tak udało się zorganizować zawody w skokach na snowboardzie. Pisałem już o tym wielokrotnie, ale warto to powtórzyć. Sportowe zmagania, mimo, że nie mają światowej rangi to idealnie komponują się z omawianym wydarzeniem. Podziwianie tych wszystkich trików na desce, czy też nartach to fajne urozmaicenie i odskocznia od muzyki. A gdyby zrobić coś podobnego w letnim wydaniu z deskorolką czy też rowerem bmx?
Z wielkimi nadziejami oczekiwałem występu Kalibra 44. Katowicka grupa to żywa legenda hip-hopu w Polsce, której jak dotąd nie miałem okazji zobaczyć na żywo. Zawsze coś stawało na drodze, czy to choroba bądź załamanie pogody. Cieszę się, że udało się tym razem bo chłopaki nie zawiedli. Ich występ to był istny wehikuł czasu, który zabrał mnie w lata 90. Początkowo DJ zaprezentował hip-hopowe szlagry z zachodniego wybrzeża Stanów z Wu-Tang Clanem czy też Snoop Doggiem na czele. Potem dołączył AbraDab i Joka i kontynuowali tą podróż. Takie utwory jak: „Nasze Mózgi Wypełnione są Marią„, „Normalnie o tej Porze”, „Gruby Czarny Kot…” czy też „Konfrontacje” zabrzmiały kapitalnie, a publiczność przyjęła je z sporym entuzjazmem. Lata 90 przeżywają swój revival a Kaliber 44 idealnie to wykorzystuje. Ogromnym zainteresowaniem cieszył się kolejny występ na tej scenie, gdzie występował duet Rudimental. Generalnie przyznam się, że nie słucham chłopaków, ale praktycznie znałem każdą ich piosenkę. Brytyjczycy mają na koncie mnóstwo radiowych przebojów takich jak m.in. „These Days„, „Feel The Love” czy też „Waiting All Night„, które wprowadzały do tańca publikę zgromadzoną w Amfiteatrze. Piątkową wyprawę zakończyłem pod sceną Snowtent, gdzie występował dobrze mi znany Ros Addiction oraz MC Conrad.
Dzień II
Sobotni dzień festiwalu rozpocząłem od występu grupy Lordofon na scenie głównej. Nie znałem wcześniej twórczości chłopaków, dlatego też okazali się dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem całej imprezy. Okazuje się, że mamy swój polski Wavves, kóry jest bardziej melodyjny i otwarty na inne gatunki, gdyż chłopaki odważnie eksperymentują z hip-hopem. Takie utwory jak: „Francoise Hardy„, „Kobayashi” czy też „Opener” zabrzmiały kapitalnie na żywo. Warto sprawdzić ten zespół. Tego dnia na skoczni Skalite odbywały się zawody Freeski, które może nie są tak spektakularne jak te na snowboardzie, ale równie dobrze je się oglądało.
Głównym występem tego dnia dla mnie miał być występ grupy PRO8L3M. Jestem ogromnym fanem twórczości Oskara i Steeza, a do tej pory miałem okazje widzieć ich tylko raz i to jeszcze w ubogiej formie podczas OFF Festivalu 2015, czyli 9 lat temu! Od tamtej pory nagrali wiele świetnych kawałków i parę dobrze przyjętych płyt. Co tu dużo mówić? Pod względem wizualnym i muzycznym był to występ KAPITALNY. Fajnie było usłyszeć na żywo „Przebój Nocy„, „Flary” czy też „Molly” oraz obserwować te lasery i wizualizacje. Jak to PRO8L3M, idealnie połączył futuryzm z retro odniesieniami. Następnie udałem się do namiotu by sprawdzić (tym razem chyba już na serio?) ostatni występ grupy Kamp! Grupa co prawda zapowiedziała zakończenie twórczości, ale ten koniec trwa już od roku. I dobrze! Bo chłopaki na prawdę dają teraz czadu. Byłem nimi zachwycony podczas minionego Carbonu, byłem i teraz. Co prawda przeszkadzał ogromny ścisk w namiocie, ale i tak zabawa była przednia. Pod tym samym namiotem wystąpił także duet ROYKSOPP, który nieco rozczarował mnie podczas ostatniego Taurona w Katowicach. W Szczyrku chłopaki brzmieli dużo lepiej, jednak z powodu późnej godziny i kawałka drogi do przebycia do domu nie zaliczyłem całego występu.
Podsumowując, SnowFest po raz kolejny udowodnił, że warto odwiedzić Szczyrk na początku marca. Festiwal idealnie łączy sportowe zawody, z koncertami i tanecznymi imprezami. Jest górsko, zimowo i kameralnie. To sprawia, że za rok również chętnie wezmę udział w SnowFeście. Mam nadzieję, że do zobaczenia za rok!
Pamiętacie grupę MGMT? Któż by nie pamiętał? Zwłaszcza za rewelacyjny debiut „Oracular Spectacular„! Co prawda od wydania tamtej płyty minęło sporo lat, a odpowiadający za ten projekt Andrew VanWyngarden miał w tym czasie lepsze i gorsze chwilę, to jednak nowa płyta pod tym sloganem zawsze będzie wzbudzać zainteresowanie. Tym razem dość nietypowo, autorem recenzji płyty „Loss of Life” nie jestem ja, tylko mój gość, którego przedstawię poniżej. Póki co wspomniana recenzja:
„Loss of Life” to najnowsze dzieło od zespołu MGMT, które wzbudziło wiele oczekiwań wśród fanów alternatywnej muzyki elektronicznej. Od momentu debiutanckiego albumu „Oracular Spectacular„, MGMT zyskało reputację jako eksperymentalna siła w świecie indie popu, stale zaskakując słuchaczy swoim odważnym podejściem do tworzenia muzyki. Jednakże, „Loss of Life” nie spełnia tych oczekiwań i zostawia wiele do życzenia.
Album otwiera się odważnie, z hipnotyzującymi dźwiękami i intrygującymi aranżacjami, sugerującymi, że może to być kolejne arcydzieło od zespołu. Jednakże, im dalej w głąb albumu, tym bardziej staje się on niejednoznaczny i chaotyczny. Brak spójności w kierunku muzycznym sprawia, że ”Loss of Life” wydaje się bardziej zbiorem eksperymentów niż spójną płytą.
Tekstowo, album porusza się w różnych kierunkach, dotykając tematów od osobistych do społecznych, ale brakuje mu głębi i spójności, które mogłyby nadać utworom większy znaczenie. Choć niektóre piosenki, takie jak „Ghosts of the Past” czy „Echoes of Time„, wybijają się jako potencjalne hity, większość utworów na albumie nie pozostawia trwałego wrażenia.
Jednakże, nie wszystko jest stracone. MGMT nadal eksperymentuje z dźwiękiem i kreatywnymi aranżacjami, co daje nadzieję na przyszłość. Istnieją chwile na „Loss of Life„, które przypominają o geniuszu zespołu, ale niestety są one zagubione wśród mniej udanych eksperymentów.
Podsumowując, „Loss of Life” jest niestety rozczarowującym albumem od MGMT. Pomimo obiecującego początku, brak spójności i kierunku muzycznego sprawia, że ta płyta nie może konkurować z poprzednimi osiągnięciami zespołu. Mimo to, fanatycy MGMT mogą znaleźć kilka perełek na tej płycie, ale dla większości słuchaczy będzie to prawdopodobnie przeciętna oferta w dorobku zespołu.
OK, a teraz złów parę o moim gościnnym recenzencie. Jest nim…. ChatGPT, czyli sztuczna inteligencja. Muszę przyznać, że wykonał całkiem solidnie swoje zadanie. Może nie jest wybitne dzieło, ale całkiem sprawne. Co więcej zgadzam się z tą recenzją, że MGMT nie wykorzystało w pełni swojego potencjału i płyta jest nieco rozczarowująca. Dlatego od siebie dodam tylko ocenę, którą jest: 6/10. A czy czuje się zagrożony przez AI? Zupełnie nie, gdyż mam świadomość, że ludzkie odczucia są prawdziwe a tego typu twory to tylko zbiór danych dostępnych w internecie. Co nie zmienia faktu, że współczesny postęp mnie szokuje. I dopóki roboty nie będą tworzyć filmów i muzyki, to będzie ok.