Gra o tron w wersji korpo – recenzja serialu „Sukcesja”

Właśnie dobiegła końca emisja trzeciego już sezonu serialu „Sukcesja„. Jestem pod tak dużym wrażeniem produkcji HBO, dlatego postanowiłem opisać szerzej serial stworzony przez Jessego Armstronga. Na początek słów parę o fabule. Serial przybliża widzowi losy amerykańskiej rodziny miliarderów – Roy’ów. Głowa rodziny – Logan Roy to właściciel ogromnej firmy Waystar Royco, w której skład wchodzi telewizja, parki rozrywki czy też ekskluzywne rejsy morskie. W momencie, kiedy podupada na zdrowiu czwórka jego dzieci włącza się w „grę” przejęcia po nim władzy w firmie. Jak się jednak okaże, stary Logan zagra każdemu na nosie nie jeden raz, a sama firma zaliczy wzloty i upadki.

Sukces „Sukcesji” tkwi przede wszystkim w stworzonych postaciach. Najważniejszą z nich jest oczywiście Logan Roy – grany przez świetnego Briana Coxa. Na pierwszy rzut oka jest to potulny dziadzio w eleganckim swetrze. Pozory mylą, gdyż lata spędzone w mediach, biznesie i polityce ukształtowały Logana na człowieka bez skrupułów. To i tak eleganckie określenie, gdyż w serialu nie jednokrotnie okazywał się zwykłym chujkiem. Manipuluje, oszukuje i wykorzystuje praktycznie każdego. Jego „spierdalaj” weszło już do ogólnego użytku w całym otoczeniu. Pomimo odrzucającego zachowania, okazuje się, że to jednak on ma zawsze racje, i że to on zawsze wygrywa. Pytanie tylko, jak długo to potrwa?

Kolejne są jego dzieci. Najstarszy syn (z pierwszego małżeństwa) Connor to typowy nieudacznik, z brakiem pewności siebie, który początkowo jest odsunięty od firmy i rodziny. Mieszka gdzieś na pustyni w Nowym Meksyku, a dziewczyna z którą się pokazuje (Willa), zostaje opłacana za te spotkania. Z biegiem serialu postać grana przez Alana Rucka coraz głębiej angażuje się w firmę oraz politykę, gdyż postanawia kandydować na urząd Prezydenta USA. Najstarszy syn (z drugiego małżeństwa) Kendall Roy (W tej roli Jeremy Strong) to jedyna postać, która siedzi w firmie już od dawna. Od początku jest szykowany na następce Logana i w pewnym sensie wydaje się faworytem w oczach ojca. Jednak gdy do tego nie dochodzi postanawia przejąć władzę na własną rękę. Jego plany przeważnie nie wypalają, gdyż sam sobie staje na drodze do sukcesu. Problem z używaniem narkotyków, wyrzuty sumienia a także rozwód z żoną to główne jego bolączki. Momentami mógł być postacią, której się kibicuje. Jednak jak się okaże, tutaj nikomu nie można kibicować.

Jedyna córka Siobhan „Shiv” Roy (W tej roli Sarah Snook) również początkowo nie angażuje się w firmę. Prowadzi całkiem udaną karierę w politycznym PR i jest żoną Toma Wambsgansa (dziwne nazwisko), który jest jednym z dyrektorów w firmie Logana. Shiv z jednej strony ma dobre pomysły na firmę, które na pewno by ją uzdrowiły. Jednak tak jak reszta postaci ma także swoją drugą, ciemną stronę. Zdradza Toma, a w dniu ślubu oznajmia mężowi, że chce otwartego związku. Co więcej jest równie dobrą manipulantką co Logan Roy. Ostatni w zestawieniu jest Fuller, brat Kevina. Żart. To oczywiście Roman Roy, którego gra Kiernan Culkin (czyli de facto odtwórca roli Fullera w „Kevinie Sam w Domu” oraz brat Macaulaya). Najbardziej dziwaczna postać w zestawieniu. Śmieszek, z jakimiś dysfunkcjami seksualnymi, który całkiem dobrze sobie radzi w biznesie. Z czasem stanie się kolejnym faworytem Logana, jednak przez zachowania na pograniczu molestowania seksualnego sprawiają, że nie można go traktować poważnie.

Ważne są także pozostałe postacie. Duet Tom – kuzyn Greg to przede wszystkim elementy komedii, satyry czy też kabaretu. Z nimi zawsze się coś dzieje. Główna prawniczka firmy Gerri Kellman z kolei wchodzi w dziwne relacje z Romanem Royem, które momentami (a w zasadzie zawsze) mają podtekst seksualny. Jest także Marcia – żona Logana, o której nie dowiadujemy się za wiele. Epizodycznie pojawia się także brat Logana, który utożsamia go z największym na świecie złem i jego poprzednia żona, którą ciężko nazwać matką roku.

Fakt, że nie ma w serialu postaci, której można kibicować i się utożsamiać sprawia, że nigdy nie jesteśmy pewni co się wydarzy. Mimo, że akcja skupia się wyłącznie w firmowych dyskusjach, głosowaniach czy też meetingach to serial potrafi wciągnąć. Ciągle coś się dzieje, momentami aż za szybko. Gdy w jednym odcinku pewne sprawy mają wagę życia i śmierci, to już kilka epizodów dalej tematy te zostają całkowicie wygaszone, przez inne problemy. To w zasadzie jedyna rzecz, której mógłbym się przyczepić, ale czy w rzeczywistości medialno-polityczny biznes tak nie wygląda? Czy jeden skandal, afera nie zostaje zastąpiony przez inny?

Sukcesja” to w zasadzie taka „Gra o Tron„. Tylko zamiast smoków mamy tutaj twittera, zamki zastępują luksusowe wille i biurowce a żelaznym tronem jest fotel Logana Roya. Mam tylko nadzieje, że serial równie dobrze się zakończy jak się zaczął, i to będzie jedyna różnica między nim a serialem o Westeros. Na zakończenie tylko jeszcze dodam, że serial ma genialną czołówkę. Zobaczcie koniecznie, serial dostępny na platformie HBO Go.

Po takich płytach serce rośnie – recenzja „To wszystko kiedyś minie” Wczasów.

Na temat ostatniego i zarazem debiutanckiego krążka grupy Wczasy rozpisywałem się ponad programowo TUTAJ. Tym razem stawiam na zwięzłość i prostotę, zupełnie jak duet Bartłomiej Maczaluk – Jakub Żwirełło. Dlatego poniżej w paru zdaniach dlaczego „To wszystko kiedyś minie” jest w pytkę.

Po pierwsze Wczasy ponownie wygrywają w sferze lirycznej. Inteligentnie, z przekąsem i ironią opisują widoki widziane za okna. W tym aspekcie prym wiedzie singiel „Polska (serce rośnie)” gdzie zespół śpiewa: „To Polska! Czyste rzeki i jeziora / Bo każdy sprząta po sobie / Nawet psy załatwiają się w torebkę / A ja wdycham świeże powietrze„. A to tylko fragment, bo każdy wers jest tutaj złotem ironii. Poza tym grupa ponownie wchodzi w problemy egzystencjalne i społeczne przypominając o nierównościach w piosence „Nie dla nas„. Nie zabrakło również motywu odrzucenia w piosence „Pogoda„, gdzie zespół śpiewa „Byłaś mi pisana, byłaś, byłaś / Ale to już koniec / Wykasujesz mój numer, ja nigdy nie zadzwonię„. Są również bardziej optymistyczne piosenki jak chociażby „Tak pięknie” czy też „Tyle słów„. Z tym, że kiedy Jakub Żwirełło śpiewa” „Więc nie martw się mała / To wszystko kiedyś minie” to nie czuje się spokojnie o to, że tak faktycznie będzie…

Drugi aspekt to muzyka. Przy kompozycjach pomagał Piotr Maciejewski z Much, i to słychać. Zespół ładnie porusza się w syntezatorowych brzmieniach lat 80. Siła brzmienia tkwi w gitarowych wstawkach, prostych rytmach no i elektronicznych odniesieniach do epoki new romantic. Słychać, że zespół pod tym względem się rozwinął. Imponująca jest także lista gości na płycie. Usłyszymy tutaj m.in. dziewczyny z Enchanted Hunters, Iwonę Skwarek z zespołu Rebeka (Z którą już w tym roku wydali wampiryczny singiel „Czy wiesz już?”) czy też EURODANEK.

Podsumowując Wczasy udowadniają, że wciąż mają wiele do powiedzenia. Chyba nie będzie przesadą, gdy powiem, że to najciekawszy polski zespół ostatnich lat. I nie mówię tego, dlatego, że jestem ich ogromnym fanem. Duet Bartłomiej Maczaluk – Jakub Żwirełło trafnie opisuje obecną rzeczywistość w naszym kartonowym kraju i w dodatku ma dar do przyjemnych dla ucha elektronicznych brzmieniach. Tym czasem daje ocenę 8/10 i zapraszam ponownie do Mikołowa.

Ostateczna transformacja Deafheaven – recenzja „Infinite Granite”

O romansach mniejszych i większych z dream popem i shoegaze grupy Deafheaven wiedzieliśmy od zawsze. Już na „Sunbather” zespół dawał znaki, że muzyka spod znaku My Bloody Valentine im się podoba. Jednak do tej pory to wszystko było zasłonięte grupą warstwą black metalu. Przy okazji wydania „Ordinary Corrupt Human Love” grupa z San Francisco pokusiła się o większą dawkę „lajtowych” utworów i wydawało się, że całkowite odejście od ciężkiego brzmienia to kwestia czasu. I tak też się stało, gdyż ich najnowsza propozycja „Infinite Granite” ma z metalem tyle samo do czynienia co „Sunbather” z muzyką Slowdive.

Są ostrzejsze momenty, jednak gdyby ująć to w matematycznych proporcjach to wynik by oscylował w granicy 90-10 na korzyść shoegaze. George Clark zaczął „normalnie” śpiewać, Kerry McCoy łaskotać nasze uszy spokojnymi riffami a podwójna stopa została zdemontowana z zestawu perkusyjnego i schowana na strychu w domu Daniela Tracy’ego. Kompozycję wciąż pozostały rozbudowane, gdyż utwory trwają w granicy 6-8 minut. Jednak największą zmianą jest gatunek muzyczny. Teraz można już oficjalnie nazwać Deafheaven zespołem z pogranicza dream popu i shoegaze. Całkiem możliwe, że na serwisach metalowych już nie znajdziecie informacji o ich koncertach w Polsce 😉

Czy zespół zrobił dobrze obierając tą drogę? Oczywiście, że tak. Już od dawna obserwowaliśmy ich podążanie w tym kierunku, dlatego też nie jest to wielkie zaskoczenie. Co więcej grupa z zachodniego wybrzeża USA idealnie się w tych klimatach odnajduje. Co w dobry sposób udowadnia opisywany album. „Infinite Granite” to płyta wyśmienita. Już od pierwszych dźwięków „Shellstar” czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. Dalej tylko nas Deafheaven w tym utwierdzają. „In Blur” to podróż w modne w ostatnim czasie lata 90 a „Great Mass of Colour” pięknie buduje napięcie. Pociesze fanów metalowej strony grupy, że ostrzejsze momenty znajdą na „The Gnashing” oraz „Villain„. „Other Language” ładnie się rozkręca z każdą sekundą trwania a całość dopełnia nieco senne „Mombasa”, które przy końcu potrafi nas jeszcze kopnąć.

Podsumowując, najnowszy krążek grupy Deafheaven to oczekiwane przejście na lżejszą stronę muzyki. Grupa pomału odcina się od metalowego dziedzictwa na rzecz wpływów grup shoegazowych z lat 90 i wychodzi na tym bardzo dobrze. „Infinite Granite” to płyta melodyjna, dbająca o detale brzmienia, czerpiąca pełnymi garściami z osiągnięć takich bandów jak chociażby Slowdive czy My Bloody Valentine. Co prawda lubiłem, gdy Clark i spółka zagrali z „pierdolnięciem” i takie momenty jeszcze tutaj znajdziemy, jednak nowe oblicze grupy bardziej do nich pasuje. Ode mnie 9/10, trochę na zachętę by nie tracili werwy i dalej robili swoje.