Grimes wraca na swoją planetę – recenzja „Miss Anthropocene”

Claire Boucher, znana szerzej jako Grimes wydała właśnie swój piąty album studyjny „Miss Anthropocene” i zarazem zapowiedziała, że to jej ostatni ziemski krążek… Czyżby artystka planowała ze swoim lubym Elonem Muskiem podróż w kosmos i nagrywanie muzyki z odległości tysiąca kilometrów? Nie zdziwiłbym się, gdyby faktycznie tak było.

Z resztą kanadyjka od początku była taką trochę muzyczną kosmitką. Jej poprzednie albumy z „Visions” oraz „Art Angels” na czele udowadniają tę tezę. Nikt chyba tak nie kombinował, eksperymentował i udziwniał swojej muzyki, tak jak ona. Jej muzyczne szpagaty i wygibasy doszły do tego pułapu, że artystka wypracowała swój oryginalny i rozpoznawalny styl. I jest to zdecydowanie zaleta, która przekłada się na poziom jej najnowszej propozycji jaką jest longplay „Miss Anthropocene”.

Piąty w kolekcji album to kolejna porcja futurystycznego, cyberpunkowego, nieco apokaliptycznego popu. Znajdziemy tutaj wiele ciekawych rzeczy. Od mocno radiowo -popowego  „Delete Forever„, które śmiało mogłaby śpiewać Taylor Swift, przez zabawy z j-popem w „Idoru” kończąc na mrocznym ambiencie w „Before The Fever” oraz „Darkseid„. W „We Appreciate Power” kanadyjka używa ostrzejszego, gitarowego brzmienia, ale potrafi być także bardziej melodyjna tak jak w „My Name Is Dark„. Grimes po raz kolejny cieszy ucho swoim charakterystycznym głosem, szczególnie przekonamy się o tym wsłuchując się tanecznego „Violence„. Świetnie się słucha także drum’n’basowego „4ÆM”, które znalazło się jako soundtrack do gry „Cyberpunk 77„.

Pod względem lirycznym płyta ta świetnie się odnajduje w chwili obecnej, gdzie praktycznie wszyscy żyją pandemią COVID-19. Artystka porusza apokaliptyczne i futurystyczne wizje świata. Ginąca cywilizacja czy też sztuczna inteligencja idealnie wpisują się w muzyczne tło. Mieszanka ta tworzy niezwykły, konceptualny album. Przyznaje, że „Miss Anthropocene” nie jest może płytą, która porywa od początku. W moim przypadku zaiskrzyło przy drugi-trzecim odsłuchu. Nie jest to też muzyka łatwa, gdyż momentami Grimes mocno zapędza się w dziwne rejony, które mogą być odrzucające dla zwykłego, niedzielnego słuchacza. Z drugiej jednak strony jest tutaj taka mieszanka gatunków, że chyba każdy znajdzie na tej płycie coś dla siebie. Ocena: 8/10.

Powrót Króla, King Krule’a – recenzja „Man Alive!”

Przebić osiągnięcie albumu „The OOZ” z 2017 roku dla King Krule’a było nie lada wyzwaniem. W końcu ta płyta ogłosiła go nowym mesjaszem muzyki alternatywnej z pogranicza jazzu i trip-hopu. Pozytywne recenzje (W tym MOJA), czołówki list podsumowujących i propozycja współpracy z Kanye Westem (ODRZUCONA!) to wielkie osiągnięcia rudego artysty z Londynu. Jak to przebić? Proste! Wydając równie genialny krążek „Man Alive!”.

Już po pierwszych odsłuchach singli „Alone, Omen 3” oraz „Cellular” wiedziałem, że Archy Ivan Marshall szykuje wydanie kolejnego wielkiego albumu. Nie myliłem się. Czwarty już w jego dyskografii krążek to ponownie mieszanka gatunków i stylów muzycznych. Czego tu nie ma? Rapujący Archy, śpiewający Archy, milczący Archy. Wpływy post-punku, elementy autoparodii, ponowne zabawy z jazzem i to wszystko pod przykrywką indie rocka. Pełno na tej płycie utworów, które z miejsca stają się klasykami. Weźmy przykładowo taki „Comet Face”, gdzie przy post-punkowym brzmieniu gitary niczym zaczerpniętym od Fugazi czy też Mission on Burma, artysta wrzuca świrujący saksofon i będąc w transie wypowiada kolejne zwrotki. Z kolei „Stoned Again” to nieźle popieprzony kawałek hip-hopowy, który pokazuje, że szczery i nie oblany auto-tunem rap ma sens.

Man Alive!” to longplay, który dobrze się sprawdzi jako muzyka na wieczór jak i klimatyczny soundtrack filmowy, do obrazu, który jeszcze nie powstał. King Krule pokazuje, że w budowaniu klimatu nie ma sobie równych. Ponownie czujemy się jakbyśmy podążali londyńskimi, zamglonymi ulicami i co jakiś czas wchodzili do dziwacznych barów „na jednego”. To płyta, którą chce się słuchać i łatwo z głowy nie wychodzi za sprawą niebanalnych dźwięków i nieco ekscentrycznego stylu śpiewania Archy’ego.

Mimo, że najnowsza produkcja King Krule’a ma wiele wspólnego z swoją poprzedniczką „The OOZ” to ciężko mi porównywać oba albumy. Ten najnowszy wydaje się świadomym rozwojem artysty i kolejnym, naturalnym krokiem do przodu. To coś co samo się dzieje i co najlepsze w tym jest skutecznie DOBRE. Mimo, że spotkałem się z paroma negatywnym opiniami to uważam, że Marshall podtrzymał poziom i trzymam kciuki by wpadł na dniach do Polski. Ocena: 9/10.

Kolejna dostawa muzyki – premiery z lutego

…Chociaż niektóre płyty mogą w sumie być z stycznia, ale co tam. Ważne, że nowości. Zapraszam do lektury.

Destroyer – Have We Met. Jest dopiero początek roku a pojawił się na horyzoncie godny pretendent do płyty roku. Jednak z tymi wszystkimi muzycznymi premierami zimowymi i rankingami grudniowymi, jest jak z Oscarami. Nikt teraz nie wypuszcza filmu, który będzie walczył o przyszłoroczne nagrody. No bo kto tam w lutym będzie pamiętał co to tam było roku temu. Jeżeli chodzi o Daniela Bajera to bez obaw, na pewno wrócę do tego wpisu przed stworzeniem swojej listy. Zawsze to robię. Pytanie, tylko, czy ta płyta przetrwa próbę czasu do tego momentu? To się dopiero okaże, a póki co za niesamowity zestaw klimatycznych utworów w stylu Destroyera daję 8/10.

Bonny Light Horseman – Bonny Light Horseman. Życie na wsi ma swoje powolne uroki. Do tego stopnia, że zacząłem słuchać amerykańskiego folku w starym stylu. BLH to projekt stworzony przez Anaïs Mitchell, Erica D. Johnsona (Fruit Bats) i Josha Kaufmana (Craig Finn, Josh Ritter, The National). Dodatkowo na płycie usłyszymy także Justina Vernona znanego szerzej jako Bon Iver. Jak widać paczka muzyków całkiem zacna. Jak im wyszła współpraca? Stworzyli całkiem lekki, przyjemny i spokojny zestaw 10 piosenek, który można odpalić o każdej porze dnia. Ocena: 7/10.

Squirrel Flower – I Was Born Swimming. Mimo, że nie umiem pływać to płyta urzekła mnie swoim nastrojem. Już od pierwszego utworu „I-80” wpadamy w wir dziwnych wrażeń, które prezentuje nam Ella O’Connor Williams. Momentami jest spokojnie, nastrojowo, sennie a chwilami nasza ruda wokalistka potrafi (uwaga nie lubię tego określenia i nie wiem czemu je tutaj wykorzystuje…) ZAGRAĆ Z PAZUREM (A już wiem, bo chciałem by było trochę śmieszno na moim sztywniackim blogu – no bo umówmy się, jaki spoko, zabawny koleś zawadiaka piszę przy sobocie o takich płytach?). Generalnie obawiałem się, że to będzie kolejna nudna płyta jakiejś tam wokalistki z gitarą – myliłem się. Ocena: 7/10.

…And You Will Know Us By The Trail of Dead – X: The Godless Void and Other Stories. No cóż, Trail of Dead raczej prochu już nie wymyślą i nigdy nawet nie zbliżą się poziomem do swojego opus magnum jakim jest „Source Tags And Codes„. Nie mniej cieszy mnie to, że wciąż wydają płyty, które sprawdzam za każdym razem. Ocena: 5/10.

Drive-By Truckers – The Unraveling. Pitchfork wrzucił ich do worka z napisem „ROCK”. Cóż, z rockiem to ma nie za wiele. Może tylko tyle, że usłyszymy gitarę i perkusję. „The Unraveling” to połączenie folku z country w starym, dylanowym stylu. Lekka i przyjemna płyta, ale niestety nic poza tym. Ocena: 5/10.

Shopping – All or Nothing. Całkiem chwytliwe i przyjemne indie rockowe granie. Tylko wiecie jak to jest z tego typu graniem? Po pierwszych dwóch, trzech utworach myślimy „fajnie, fajnie”, a chwilę później odkrywamy, że wszystkie utwory są podobne do siebie i nagrane na „jedno kopyto”. Przesłuchałem, raczej już nigdy nie wrócę do tej płyty. Ocena: 4/10.

Poliça – When We Stay Alive. Nowy album (Już piąty!) grupy z Minneapolis z pewnością ucieszy starych fanów. Nie znajdziemy tutaj niczego nowego, ale usłyszymy za to stare, dobre rozwiązania, które grupa wałkowała na poprzednich krążkach. Jeżeli jesteście fanami tego typu grania spod znaku synth-popu możecie śmiało sprawdzić, ale nie oczekujcie fajerwerków. Ocena: 5/10.