Odrobina optymizmu od Fleet Foxes – recenzja albumu „Shore”

Od blisko tygodnia widok za okna pozostaje niezmienny. Szaro, buro i ponuro. Nieustający deszcz, niezbyt ciepła temperatura i coraz krótsze dni nie wpływają na człowieka pozytywnie. W dodatku kot żony przynosi do sypialni codziennie nową porcję błota i piasku. Humoru nie poprawia zaglądanie do mediów, tam nigdy nie ma nic prawdziwego i pocieszającego. Co robić zatem? Jest recepta! To najnowszy album Fleet Foxes.

„Shore” to czwarty długograj w dorobku zespołu z Seattle. Robin Pecknold i spółka postanowili odejść tym razem od długich i rozbudowanych utworów, jakie znajdowały się na poprzednim „Crack-Up„. Tym razem band nawiązuje do swojego optymistycznego, pozytywnego i radosnego debiutu z 2008 roku. Utwory są krótsze, bardziej zwięzłe i pogodne. Trudno się nie zgodzić z tezą, że to dobrze obrana droga. Z jednej strony zespół nawiązuje do swojego najlepszego dzieła, jakim było „Fleet Foxes„, z drugiej świat potrzebował pogodnego i uśmiechniętego Pecknolda. Zwłaszcza w obecnych czasach.

„Shore” to kolekcja wyjątkowo zgrabnych 15 utworów, przy których czas mija nam szybko i miło. Brzmienie zespołu jest łagodne, to wciąż miła dla ucha muzyka z pogranicza folku i indie rocka. Otrzymujemy tutaj również popisy wokalne Robina Pecknolda, który eksperymentuje ze swoim głosem i wychodzi to całkiem obiecująco. Lirycznie płyta skupia się na krótkich, pozytywnych historiach, które nie zmieniają naszego życia. Ale też nie taki jest cel tej płyty. Obcujmy z naturą, cieszmy się i żyjmy chwilą – tyle w skrócie można powiedzieć o „Shore„.

Warto również pochwalić produkcję płyty za którą stała Beatriz Artoli. Słuchając „Shore” nie słychać tego, że pracę nad płytą kończył w pojedynkę sam Pecknold. Co prawda większość materiału została stworzona jeszcze przed globalną paniką związaną z covid-19, jednak ze względu na pandemię lider musiał zrezygnować z towarzystwa reszty zespołu. Co prawda wokalista Fleet Foxes mógł liczyć na wsparcie muzyków Grizzly Bear oraz The Dap-Kings.

Podsumowując, najnowszy album Fleet Foxes to udany powrót do korzeni. Muzycy z Seattle ponownie zachwycają pogodnymi, zwięzłymi i melodyjnymi utworami, które są dobre na każdą okazję. Zespoły takie jak FF to skarb, słuchajmy ich zatem jak najczęściej by wciąż mogły nagrywać muzykę! Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Ścianka – Katowice, 9.10.2020

Sopockiego zespołu Ścianka nie trzeba zbytnio przedstawiać. Pamiętna formacja Macieja Cieślaka to legenda polskiej muzyki alternatywnej. Takie płyty jak: „Statek Kosmiczny„, Białe Wakacje” czy też „Dni Wiatru” to już klasyki gatunku, które miały ogromny wpływ na polski niezal. Poza tym sam lider grupy to ikona w świecie rodzimej alternatywy. Jego label My Shit In Your Coffee wydało kilka interesujących płyt a sam Cieślak czuwał przy produkcji płyt (m.in. Materac – „Andersen, Dobranoc„).

Trochę wstyd się przyznać, ale nigdy nie miałem okazji widzieć sopockiego bandu na żywo. Co prawda w moim mieście (Mikołów) podobno kiedyś wystąpili w lokalnym barze, ale byłem wtedy zajęty inną muzyką by odnotować takie wydarzenie. Później już nie było zbytnio okazji, gdyż sam zespół nie pojawiał się za wiele na scenie w pobliżu. Pana Cieślaka jednak widziałem na Offie podczas koncertu Cieślak i księżniczki. Pamięta ktoś jeszcze taki projekt?

Dlatego też mocno się ucieszyłem na wieść, że grupa w tym roku wraca z trasą koncertową. Już w kwietniu byłem gotowy na podróż do Krakowa by ich zobaczyć live. Plany pokrzyżował koronaświrus. Jednak nie na długo bo już jesienią pojawiła się poszerzona oferta koronatrasy. Tym razem nie musiałem daleko jechać, gdyż zespół zapowiedział się w katowickim Królestwie.

Niestety półtoragodzinny występ Ścianki w Katowicach okazał się nie tym czego oczekiwałem. Zacznijmy może od tego, że z dawnej Ścianki została już tylko nazwa i sam Cieślak. Sopocki zespół jest w nowym składzie, gdzie poza Cieślakiem znajdziemy: Carlosa Roberto Peña Montoye grającego na harfie!, Maje Laure Jaryczewską na klawiszach i Tomasza Kopera na garach. Wybierając się na koncert nowej Ścianki możemy zapomnieć, że usłyszymy coś z starego repertuaru. „The Iris Sleeps Under The Snow„, „Harfa Traw„, „Boję się zasnąć, boję się wrócić do domu„, „miasta i nieba” – nie usłyszałem, żadnego z tych wspaniałych utworów. Grupa gra wyłącznie nowy materiał plus covery. Momentami nie brzmiało to źle, jednak większość nowych utworów w ogóle mnie nie poruszyła. Zwłaszcza, że były to głównie nieco przekombinowane i niemiłosiernie rozciągnięte w czasie muzyczne improwizacje.

Możliwe, że miałbym nieco lepsze wrażenia gdyby koncert nie odbywał się przez ponad godzinę w totalnej ciemności. Co więcej sama Ścianka bardzo powoli się rozkręcała i mogła wcześniej zachęcić ludzi do podejścia pod scenę. No i gdyby na bis jednak zagrano coś z starego repertuaru… Do końca miałem nadzieje, która została zdruzgotana słowami lider o braku możliwości zagrania na bis. Generalnie jednak jestem zadowolony, że byłem na tym występie. Znając siebie żałowałbym, że przegapiłem okazję by zobaczyć Ścinankę. Dziękuje mojej żonie, że wyciągnęła mnie na ten koncert kupując bilety! Teraz jednak wiem, że na następny występ się wybiorę, gdy Cieślak obieca zagrać parę starych piosenek. W końcu to dzięki nim mam taki szacunek do zespołu i jego samego.

Zmiany klimatu i nocne przemyślenia wg Cut Copy – recenzja płyty „Freeze, Melt”

O tym, że jestem ogromnym fanem Cut Copy wiecie doskonale. Nie przez przypadek członkowie tego australijskiego bandu widnieją już od paru lat w górnym logo mojego muzycznego bloga. Miłość do ich muzyki zaczęła się od pamiętnego „In Ghost Colours”. To była muzyka mojej młodości, późne imprezy do rana przy dźwiękach „Lights & Music„, zachwyty nad „So Haunted” czy też odpowiedni na każdy moment „Hearts on Fire” to soundtrack mojego życia z tamtego okresu, ale także kamień milowy dla muzyki z pogranicza popu, indie i elektroniki. Później pojawiły się: „Zonoscope„, „Free Your Mind” oraz „Haiku From Zero„, które były dobre, ale nigdy nie dorównały poziomem do mojego wielbionego krążka z 2008 roku

Teraz grupa powraca ponownie z kolejną porcją muzyki, której bliżej do ambientu aniżeli typowego tanecznego popu. Sam lider grupy w końcu powiedział, że „to najbardziej elektroniczny album jaki zrobiliśmy i jednocześnie najmniej taneczny. Wcześniej będąc w studiu nagraniowym chcieliśmy zmusić ludzi do wyjścia na parkiet, teraz chcemy ich poruszyć emocjonalnie”. I to słychać na „Freeze, Melt„. Dan Whitford i spółka tym razem udają się w nieco spokojniejsze i mroczniejsze regiony, jednocześnie sięgając ponownie po sprawdzone patenty z lat 80. Muzycznie możemy odnaleźć tutaj porównania do Portishead, Boards of Canada czy też Hansa-Joachima Roedeliusa.

„Freeze, Melt” to hipnotyczny, ciekawy w brzmieniu album, który faktycznie zmusza do przemyśleń. Tematycznie skupia się na pogodzie, zmianach klimatycznych, nocnych przemyśleniach. Skąd ta zmiana z dość lekkiej muzyki do potańczenia na muzykę do politycznych rozważań? Pomyślicie, że człowiek się starzeje i poważnieje wraz z wiekiem. Może, acz niekoniecznie. Liderowi grupy udzielił się skandynawski klimat. Pan Dan Whitford przed nagraniem płyty pomieszkał chwilę w Kopenhadze i po prostu udzielił mu się nieco nastrój zimna i długich skandynawskich nocy. Wyobraźcie sobie, że wcześniej urzędujecie w słonecznym australijskim Melbourne. Albo w ciepłych stanach USA. To duża zmiana, która dała dość fajny efekt w postaci longplaya „Freeze, Melt„.

Podsumowując, najnowszy, szósty krążek Cut Copy to album mniej taneczny, ale bardziej osadzony w elektronice. Jest mrocznie, ambientowo, hipnotycznie i ciekawie. Tęsknie za rozrywkowym Cut Copy, ale takie też mi odpowiada w pełni. Płyta warta przesłuchania, zwłaszcza teraz – w długie, jesienne wieczory. Podczas odsłuchu możecie się poczuć jak Dan Whitford podczas mroźnych, duńskich nocy. Ocena: 7/10.