Wczasy – Katowice, 5.07.2020

Tegoroczne lato niestety pozbawione będzie muzycznych festiwali… Nie zmienia to jednak faktu, że koncerty plenerowe będą się i tak odbywać. W ostatni niedzielny wieczór miałem okazję wziąć udział w występie Wczasów na katowickich Sztauwajerach. Jak było? O tym parę słów poniżej.

Niedzielny występ Wczasów był moim już trzecim koncertem grupy na którym miałem przyjemność być. Wcześniejsze dwa odbyły się na zeszłorocznym OFF Festiwali. Każdy z nich był inny, i każdy był na swój sposób wyjątkowy. Duet Barłomiej Maczaluk – Jakub Żwirełło pomimo lekkiej nieśmiałości w kontaktach z widownią potrafi stworzyć pełen pozytywnej energii występ. W Katowicach mieliśmy okazję usłyszeć zarówno dobrze znane utwory takie jak: „Dzisiaj Jeszcze Tańczę„, „Ryszard„, „Prince i Bowie” czy też „Jesteś Najlepszy„, jak i zupełnie nowy materiał. Nowe utwory brzmiały obiecująco i już na tym etapie mogę stwierdzić, że szykuje się kolejna udana płyta grupy. O debiucie rozpisałem się TUTAJ. Koncert trwał około godziny i pomimo paru problemów technicznych należy uznać ten wypad za bardzo udany. Bo co może być lepszego od słuchania dobrej muzyki przy piwko, jeziorku i ładnej pogodzie?

Chłopaki z Wczasów raczej nie rozgadują się za bardzo, ale podoba mi się ten styl kontaktu z widownią. Do tej pory nie wiem co się wydarzyło w Alwernii, gdzie grali dzień wcześniej. Grupa stwierdziła, że niedzielny występ lepiej im poszedł. Generalnie czuć było w powietrzu sporo rozluźnienia. Jak stwierdził Żwiru – ograniczenia są tylko w naszych głowach. Przybijam temu piątkę. I pomijając fakt, że przed sceną przebiegał jakiś szlak turystyczno-wędrowny to zainteresowanie samym koncertem było spore.

W tym miejscu należy jeszcze wspomnieć o miejscu wydarzenia. Byłem pierwszy raz w katowickich Sztauwajerach i już teraz wiem, że jeszcze tam wrócę. Miejsce to ma niepowtarzalny klimat. Świetnie łączy odpoczynek na łonie natury z zabawą i słuchaniem muzyki live. Dolina Trzech Stawów to piękne miejsce, jeżeli jeszcze tam nie byliście to wpadnijcie jak najszybciej. Najbliższa okazja już jutro, kiedy zagra grupa Tęskno. Ja póki co czekam na kolejny występ Wczasów na Śląsku.

Premiery muzyczne z maja

The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Za projektem The Soft Pink Truth stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos. Jeżeli mówią Wam coś te nazwy, lubicie nieoczywiste techno, nieco zabawy z elektroniką, byliście kiedyś na Tauronie w Katowicach i wam się podobało – to jest to pozycja dla Was. Ja generalnie nie słucham takich rzeczy za często, ale gdy już wejdę w te klimaty to siedzę w nich po uszy. Ta płyta przypomniała mi, że techno i house wchodzące delikatnie w ambient to spoko rzeczy. A tutaj dzieje się wiele dobrego. Ocena: 8/10.

Drake – Dark Lane Demos Tapes. Rok bez nowego materiału od Drake’a to rok stracony – można by rzec. Na szczęście Aubrey tym razem za bardzo nie przesadza i daje nam TYLKO 14 tracków. W zasadzie to już nie wiem co pisać o kolejnej jego płycie… To, że się rozwija? Próbuje nowych rzeczy jednocześnie pozostając w duchu starych wydawnictw? To, że trochę momentami przynudza, ale i tak jest spoko? To wszystko prawda, która powtarza się co roku. Powiedzmy po prostu tylko tyle, że Drake wydał nowe LP i że warto je sprawdzić jak każde inne. Ocena: 7/10.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. Z Panem Michaelem Aldenem Hadreasem miałem rozbrat na prawie 8 lat. Ostatni jego album jaki sprawdziłem (I Podobał mi się, dowód TUTAJ) to „Put Your Back N 2 It” z 2012 roku. Fajnie usłyszeć, że wszystko u niego OK i że robi coraz lepszą muzykę. Tak, jego tegoroczny album to jak do tej pory jego najlepsze dzieło. Najbardziej dojrzałe, przemyślane od początku do końca, emocjonalne i pełne pięknych brzmień. Trochę szkoda, że spłaszczam tę płytę tylko do tak krótkiej notki w zbiorowym wpisie, bo czuję, że to naprawdę ważna rzecz. Ocena: 9/10.

Charli XCX – how i’m feeling now. Już od pierwszych brzmień „pink diamond” wiemy, że będziemy mieć z czymś nowym w wykonaniu Charlotty Aitchison. Sugestywne, mocne i pokręcone elektroniczne brzmienie wprowadza nas w świat jaki wykreował się w głowie artystki podczas światowej kwarantanny. Mówię o tym, gdyż trzeba dodać, że ten krążek powstał w około miesiąc w absolutnej izolacji. Jaki efekt? Nadzwyczaj dobry, gdyż od „True Romance” z 2013 roku coraz mniej zapamiętywałem z nowych płyt Charli. A tutaj proszę nieprzekombinowany, spontaniczny i całkiem spoko popik. Ocena: 8/10.

The 1975 – Notes on a Conditional Form. Powiem bardzo nie popularną, ale szczerą opinię. Nie ogarniam fenomenu The 1975. W sensie, gdy wszyscy zachwycali się ich albumem sprzed dwóch lat „A Brief Inquiry Into Online Relationships” to ja dalej mamy jakiś problem z tego typu muzyką. Może dlatego, że nigdy nie byłem wielkim fanem The Cure? Co prawda było tam parę spoko piosenek, ale żeby od razu się tak zachwycać? To samo mam z nową ich płytą. Trochę za długa, trochę za podobna do poprzedniczka, trochę nie w moich klimatach. Ocena: 5/10.

Pure X – Pure X. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej bandu z Austin. A to już ich czwarta płyta w dorobku! Przesłuchałem wszystkie i dzięki temu mogłem odkryć genialność w psychodelicznym brzmieniu „Pleasure„. Świetny krążek, ale to niestety nie nad nim mam się rozwodzić. „Pure X” nie ma już tego przebicia, wrażenia się spłaszczają a zespół popada nieco w banał. Niemniej to poprawny longplay, który całkiem przyjemnie się słucha. Być może bardziej by mi się podobał, gdyby nie sięgnął dalej w ich dyskografie. No niestety… Ocena: 6/10.

Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach zadebiutował trzy lata temu. Jego „Aromaticism” spotkało się z dobrym odbiorem i postawiło Sumneyowi wysoko poprzeczkę. Na szczęście udało mu się przeskoczyć ten poziom. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, trochę awangardy. Nie przez przypadek porównuje się go do najlepszych. Koleś tutaj dobrze kombinuje. Ma swoje skomplikowane, pokręcone ścieżki, ale wiecie co? Dobrze się tego słucha, pomimo tego, że to nie jest łatwa muzyka. A mówiłem, że przy płycie palce maczali Thundercat i James Blake? Słychać to bardzo wyraźnie. Co więcej Moses postanowił dawkować ten nietuzinkowy album. Pierwsza część ukazała się w lutym, druga w maju – i już teraz się mówi o muzycznym serialu. To album o którym będzie się wspominało latami. Ocena: 9/10.

Blake Mills – Mutable Set. Pitchfork się zachwyca, ja raczej mniej. To znaczy, lubię spokojne gitarowe granko. Wałkuje dość często oniryczne klimaty Sufjana Stevensa więc tego typu muzyka jest mi bliska. Millis prochu nie odkrywa, ale jest to przyzwoity album, który wpada w ucho i o którym w zasadzie nie ma co więcej pisać. Ocena: 6/10.

8 filmów Martina Scorsese, które musisz zobaczyć

Martina Scorsese generalnie nie trzeba przedstawiać. Reżyser- Legenda. Mistrz kina gangsterskiego, genialny ilustrator dobrej historii i laureat wielu prestiżowych nagród filmowych. Twórczość tego 77-letniego reżysera można podzielić na dwa etapy: filmy z De Niro i filmy z DiCaprio. Przez ponad 50 lat działalności filmowej uzbierał  na koncie wiele wyśmienitych filmów i z pewnością każdy jest wary zobaczenia.  W wpisie tym postaram się jednak wyodrębnić 8 obrazów, które każdy powinien zobaczyć.

Taxi Driver/ Taksówkarz (1976). W sumie do tej pory się zastanawiam co jest tutaj lepsze? Czy film „Taksówkarz” jako całość, który wpisał się do kanonu kinematografii? Czy może rola Robera De Niro, który jest tutaj FE-NO-ME-NA-LNY. Travis w którego wciela się aktor to weteran wojny w Wietnamie cierpiący na bezsenność. Chcąc rozwiązać swój problem zostaje kierowcą taksówki na nocnej zmianie. Jako, że jego praca odbywa się na ulicach Nowego Jorku to jest świadkiem wielu patologii i przemocy z którą postanawia się rozprawić na własną rękę. No co tu dużo mówić? KLASYK kina, który trzeba znać obowiązkowo. Ogromny wpływ na popkulturę i odskocznia w aktorskich karierach De Niro i Jodie Foster. W mojej ocenie 10/10, także tego… ZOBACZCIE KONIECZNIE, jeżeli jeszcze jakimś cudem nie widzieliście.

Raging Bull / Wściekły Byk (1980). Kolejny filmowy dowód, że współpraca De Niro z reżyserem to najlepsze co mogło mu się przytrafić (I na odwrót też). „Wściekły Byk” to kinowa ekranizacja biografii boksera Jake’a La Motty. Młody i głodny sukcesów bokser zdobywa uznanie dzięki wygranym walkom w wyjątkowo brutalnym stylu. Jednakże sukces i popularność sprawiają, że główny bohater staje się coraz bardziej nieufny. Ponownie dużą robotę robi rola pierwszoplanowa De Niro, który na potrzeby filmu profesjonalnie ćwiczył boks i stoczył trzy walki (Z czego dwie wygrał) a także musiał przybrać na wadzę 27 kg. Czarno-biały film reżysera to studium ludzkiego umysłu, jego słabości i słabych stron. To poza tym dająca do myślenia i dobrze oglądająca się ilustracja drogi jaką przeszedł La Motta. Jeżeli lubicie filmy o boksie a seria o Rockym wydaje się wam zbyt ckliwa i bajkowa to zdecydowanie polecam ten tytuł.

Goodfellas / Chłopcy z ferajny (1990). O tym filmie można by pisać prace doktoranckie i naukowe. Z jednej strony „Goodfellas” to świetne podsumowanie kina gangsterskiego, które pełnymi garściami czerpie z takich filmów jak „Człowiek z Blizną„, „Ojciec Chrzestny” czy też „Nietykalni„. Z drugiej natomiast strony film ten wiele dodaje do gatunku kina gangsterskiego i staje się jego jednym z najlepszych reprezentantów wpływając na późniejsze powstanie takich filmów jak „Wściekłe Psy” czy „Donnie Brasco„. Film opowiada historię trójki przyjaciół: Jimmy’ego (Ponownie De Niro), Henry’ego (Ray Liotta) oraz Tommy’ego (Genialna rola Joe Pesciego) i ich niezbyt legalnego sposobu na życie. Pierwszoosobowa narracja i krótki montaż sprawia, że angażujemy się w historię od pierwszej sceny w filmie. By dowiedzieć się jak genialne jest to skupisko scen i dialogów a także popisów aktorskich, należy zobaczyć niezapomnianą sekwencje z Pescim pytającym się: „Co to znaczy, że jestem zabawny?„. Jeżeli nie przepadacie za kinem gangsterskim to po seansie tego film zmienicie zdanie.

Cape Fear / Przylądek Strachu (1991). Legendarny thriller z De Niro, Nickiem Nolte i Jessicą Lange w rolach głównych to remake filmu o tym samym tytule z 1962 roku. Z więzienia wychodzi Max Cady (W tej roli De Niro), który został skazany na 14 lat więzienia za gwałt. Jego zamiarem jest zemsta na adwokacie, który nie zdołał go obronić przed wyrokiem skazującym. Adwokat Sam Bowden wraz z rodziną będzie musiał stoczyć nierówną walkę z psychopatycznym zwyrodnialcem. To prawdopodobnie jeden z najlepszych remake’ów w dziejach kina (Muszę zrobić kiedyś osobną listę na ten temat). Scorsese wytworzył tutaj bardzo gęsty klimat osaczenia i poczucia niebezpieczeństwa i bezradności. Do końca seansu nie możemy się czuć bezpieczni a częste zwroty akcji sprawiają, że seans pochłania nas całkowicie. Całość kończy WIELKI FINAŁ i ostateczną batalię na lini rodzina Bowdenów – Max Cady.

The Departed / Infiltracja (2006). Film Scorsese z 2006 roku to przykład idealnego kina sensacyjnego. Fabuła skupia się na bostońskiej policji walczącej z przestępczością zorganizowaną. Jesteśmy świadkami rywalizacji pomiędzy dwóją policjantów: Billy’ego Costigana (W tej Roli Leonardo DiCaprio), który rozpracowuje mafię od środka i Colina Sullivana (Matt „Kamienna Twarz” Damon), który jest wtyką mafii w służbach mundurowych. Scorsese udaje się w tym filmie wszystko. Jest brawurowa akcja, napięcie, rozbudowane postacie, dobry scenariusz i genialne kreacje aktorskie. Tym razem swój popis daje Jack Nicholson w roli bossa mafii Franka Costello, dla którego była  to jedna z ostatnich kreacji aktorskich. Generalnie nie jestem fanem kina sensacyjnego, ale ten film stawiam równie wysoko w swoim osobistym rankingu co takie klasyki jak „Dirty Harry” czy też „Gorączka„.

The Shutter Island / Wyspa Tajemnic (2010). Szczerze? Aż dziwi mnie, że nad tytułem tego filmu nie widnieje nazwisko Davida Finchera albo Christophera Nolana. Ten obraz jest totalnie w klimacie tych kolesi. Stary wyga Scorsese udowodnił tutaj jednak, że niczym nie odstępuje od swoich dużo młodszych kolegów po fachu. Mamy rok 1954, na jednej z wysp Zatoki Bostońskiej znajduje się zakład psychiatryczny z którego ucieka jedna z pacjentek. Sprawę ucieczki rozwiązuje dwójka szeryfów federalnych Teddy Daniels (Leonardo DiCaprio) oraz Chuck Aule (Mark Ruffalo). Sprawy się komplikują gdy panujący huragan odcina wyspę od reszty Świata. Okazuje się również, że nie wszystko wydaje się tak oczywiste jakie w rzeczywistości jest. Przyznam się, że lubię tego typu pokręcone filmy, które dają pole do interpretacji. Czy główny bohater zwariował? A może cała reszta oszalała? Było sporo tego typu filmów, ale to „Wyspa Tajemnic” jest najlepszym przykładem tego typu kina. Wytężcie mózgi i zobaczcie ten angażujący thiller z domieszką dramatu.

The Wolf of Wall Street / Wilk z Wolf Street (2013). Z „Wilkiem…” mam nie mały problem. W 2013 roku kiedy film wyszedł do kin wielu recenzentów i fanów bezwarunkowo pokochało ten obraz. Ja również dałem się porwać pozytywnemu hajpowi na nowy hit od Scorsesego, jednak z perspektywy czasu uważam, że ocena tego dzieła jest nieco przesadzona. Co nie zmienia faktu, że to dobry film i było o nim głośno nawet kilka lat po premierze, gdy pierwszy raz puszczano go w TV. „Wilk z Wall Street” to historia nowojorskiego brokera Jordana Belforta, którego rozwiązły tryb życia wzbudza podejrzenia u agentów FBI. Być może Scorsese przesadził z niektórymi scenami, ale to wciąż ciekawa historia. Jednak sporo racji ma Pan Dębski, mówiący, że przez trzy godziny nie zmienia się tu za wiele. To najsłabsza pozycja na mojej liście, nie mniej warta zobaczenia.

The Irishman / Irlandczyk (2019). Zeszłoroczny hit Scorsesego od Netflixa to ponad trzy godzinna epopeja i powrót do starych, dobrych czasów. Scorsese ponownie postawił na długie, gangsterskie kino stawiając na historię Franka Sheerana (W tej roli De Niro), który pracuje dla mafijnego bossa Russella Bufalino (Joe Pesci) oraz szefa związków zawodowych Jimmyego Hoffy (Al Pacino). Film na swój sposób jest innowacyjny, gdyż komputerowo odmłodzeni zostają wszyscy trzej główni bohaterowie. W związku z tym należy sobie zadać za chwilę pytanie – Czy będą pojawiać się jeszcze wielcy aktorzy w filmach? Czy czeka nas oglądanie tych samych historii z tymi samymi odmłodzonymi twarzami? Pytanie to jest tym bardziej ciekawe zwłaszcza, że ostatnie filmy pokazują, że normą staje się zastępowanie zmarłych aktorów (Patrz ostatnie „Gwiezdne Wojny„). Film ten wydaje mi się pewnego rodzaju postawioną kropką i zamknięciem pewnego rozdziału. To prawdopodobnie ostatni wielki film dla wspomnianej trójki aktorskiej. Scorsese co prawda udowadnia, że wciąż można zrobić wielki film w tym temacie, który nie nudzi (Mi te trzy i pół godzinny szybko minęły!), jednak ciężko mi uwierzyć by powstał jeszcze jeden tego typu film, który nie byłby klapą. „Irlandczyk” to po prostu dobrze opowiedziana historia i dobrze przedstawieni bohaterowie. Zobaczcie koniecznie.