Kamp! po raz trzeci – recenzja „Dare”

Niedawno wydany trzeci album grupy Kamp! zachowuje status quo i nie jest ani krokiem w przód, ani w tył. Co prawda pierwsze utwory zdradzają ich aspiracje by zaczepić się o listy przebojów i chęć do poszerzenia odbiorców, jednak niestety, żaden z łódzkiego tria nie jest Calvinem Harrisem. Zarówno „F.O.M.O.” jak i „Don’t Clap Hands” nie są na tyle nośnymi kawałkami by przebić się do mainstreamu. Prędzej postawiłbym na „My Love„, które brzmi jak jeden z tych nowych, mdłych utworów Coldplay.

A co z resztą płyty? Czuć starania, chęci, romansy z popem i powroty do lat 80. Nie jest to złe. Ba, gdy porównam to sobie do innych tego typu polskich płyt ostatnich lat to pewnie byłaby to czołówka. Jest tylko jeden problem – „Dare” totalnie nie angażuje, nie wciąga i nie intryguje. Wiem, że po napisaniu tej recenzji pewnie już nie wrócę do tego krążka. Nie wiem, może to kwestia tego, że w ostatnim czasie słuchałem zupełnie innych rzeczy i synth-pop mi po prostu nie wchodzi? A może po prostu na „Dare” zabrakło oryginalności i polotu?

Mimo, że brak między nami chemii to polecam ten album. Jest to dobrej jakości produkt, który powinien zadowolić przeciętnego słuchacza tego typu grania. Może i nie ma fajerwerków, ale kto wie? Może coś tu odkryjecie, czego ja nie potrafiłem? Poza tym album ten świetnie się sprawdza jako tło do konwersacji czy też spotkań towarzyskich, a że sezon barowy się rozpoczyna to może być dobry okres dla tej płyty.

Wygląda na to, że Kamp! nie będzie polskim Cut Copy, ale nie ma co się martwić. Australijczycy też ostatnio nie zachwycali. Na „Dare” zabrakło polotu i fantazji. Jest zbyt zachowawczo, ostrożnie i po prostu nudno. Doceniam produkcję i pomysł na siebie, jednak od tego typu zespołów wymagam znacznie więcej. Ocena: 5/10.

Tylko nie mów mamie – recenzja „Ostrych przedmiotów”

Ośmio-odcinkowy mini serial wyprodukowany przez stacje HBO to luźna adaptacja powieści o tym samym tytule napisanej przez Gillian Flynn. Do swojego rodzinnego miasteczka powraca dziennikarka Camille Preaker (W tej roli Amy Addams) w celu napisania artykułu na temat morderstwa dwóch dziewczynek. Powrót ten jednak nie będzie dla niej łatwy, gdyż wiąże się z przywołaniem starych demonów i ponownym nawiązaniem skomplikowanych rodzinnych relacji. Na domiar złego, nie wszystkim w miasteczku podoba się pomysł nagłaśnia morderstwa dziewczynek.

Serial wyreżyserowany przez Jean-Marca Vallee’a to dobra, aczkolwiek nierówna rzecz. „Ostre przedmioty” nie wbijają w fotel od pierwszej sceny, nie angażują mocno widza i nie wprowadzają za wiele twistów. Historia rozkręca się bardzo powoli, by nie używać określenia mozolnie czy też wręcz nudno. Jednak ostatnie odcinki całkowicie nam rekompensują naszą nadwyrężoną cierpliwość, po ich seansie pozostajemy z większym apetytem na więcej! Nie da się tego serialu obejrzeć w jeden dzień, jednak gdy rozbijemy go na poszczególne odcinki to odkryjemy w nim wiele smaczków.

Największym atutem „Ostrych przedmiotów” jest finał całej historii.  Zakończenie serialu przynosi wiele niespodziewanych odpowiedzi i jest mocno zaskakujący. Nikt nie spodziewał się, że mordercą jest kamerdyner! Oczywiście żartuje, nie zepsuje wam seansu spoilerem. A tak na poważnie. Wszystko wyjaśnia się dosłownie w ostatnich sekundach i w migawkach w trakcie napisów końcowych, także oglądajcie serial do samego końca!

Druga zaleta serialu to klimat małego, południowego miasteczka Stanów Zjednoczonych. Pod przykrywką ładnie przystrzyżonych trawników i zadbanych altanek kryje się mroczna prawda na temat tego miejsca. Okazuje się, że morderca jest stąd, jest członkiem społeczności, która de facto uchodzi za idealną. Vallee idealnie ukazuje relacje zachodzące pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Dostaniemy szeryfa, który nie akceptuje działań policjanta przysłanego z zewnątrz, małżeństwo Adory i Alana, który jest żywcem wyjęte z „Co Ludzie Powiedzą„, skomplikowane nastolatki, znudzoną i ściągającą problemy Ammę , żony-wiedźmy oraz samą główną bohaterkę po przejściach – Camille.

Druga strona medalu to wszędobylska nuda. Serial na serio bardzo pomału się rozkręca. Irytuje również sposób ukazywania głównej bohaterki. Sceny jazdy samochodem, spożywania alkoholu i słuchania klasycznych rockowych hymnów są tu wyeksponowane do granic możliwości, przez co tracą na sile. Ciekawie natomiast są pokazane retrospekcje, które są tylko przypadkowymi urywkami i działają na zasadzie: przedmiot, miejsce -> skojarzenie -> wspomnienie. Dużym plusem serialu jest również gra aktorska. Na wyróżnienia zasługują po za samą Amy Addams, debiutująca Eliza Scanlan za odtworzenie Ammy oraz stara wyjadaczka Patricia Clarkson za rolę Adory.

Podsumowując, „Ostre Przedmioty” polecam ze względu na zakończenie serialu, ciekawe ujęcie retrospekcji oraz świetną grę aktorską . Sama historia nie jest odkrywcza a samo tempo serialu jest istnie ślimacze. Jednak końcówka nam to w pełni wynagradza. Ocena: 7/10.

Lepsi, dojrzalsi, jeszcze lepsi The Dumplings – recenzja płyty „Raj”

Jakie to w muzyce jest przewrotne, gdy w jednej chwili czegoś nie cierpimy by za chwilę to wielbić. Przyznaje się bez bicia, że nie jestem fanem wczesnej twórczości duetu z Zabrza. „No Bad Days” był dla mnie albumem chamsko rzucającym się na fejm elektronicznego indie, przejhajpowanym, słabym i po prostu nudnym. Siłą rzeczy nie byłem zainteresowany by zapoznać się z „See You Later„. Jednak gdy pewnego dnia na Trójce usłyszałem utwory z płyty „Raj” to byłem w szoku, jakiej niebywałej transformacji dostąpił śląski duet.

Po pierwsze wszystkie utwory są zaśpiewane w naszym, pięknym, rodzimym języku. Gratuluje tej decyzji, gdyż śpiewanie po polsku nie jest prostą sprawą. Łatwo można uderzyć w pretensjonalność lub banał a tu udało się tego uniknąć. Swoją drogą, lubię gdy polskie zespoły śpiewają po polsku. Nie oszukujmy się, wielkiej kariery nie robimy na zagranicznych rynkach, śpiewanie po angielsku jest po prostu łatwiejsze.

Druga sprawa to rozwój wokalny jaki zanotowała Justyna Święs. To, że jest ona utalentowaną wokalistką mogliśmy się przekonać na płytach takich zespołów jak: Rysy, Małe Miasta czy też Fisz, Emade, Tworzywo. Jednak pełnie swoich zdolności pokazała dopiero na tej płycie. Bardzo wciągający i dojrzały głos wokalistki jest duży atutem „Raju„. Z grzeczności zacząłem od Pani Święs, ale na wyróżnienie zasługuje również muzyka stworzona przez Jakuba Karasia.

The Dumplings sięgają na tej płycie po wiele muzycznych gatunków od muzyki filmowej po orientalną. Przykładowo otwierające całość „Kino” brzmi jak soundtrack z serialu „Rojst„, by po chwili wejść w mocno elektroniczne klimaty zahaczające prawie o techno. Tytułowy „Raj” niebezpiecznie uderza w tony dance-punku, natomiast „Deszcz” ociera się o ambient. „Uciekam” to klasyczny elektro-pop, który mocno mi się kojarzy z muzyką Izy Lach. W utworze „Nieszczęśliwa” The Dumplings już nie próbuje nawet ukrywać swoich fascynacją muzyką elektroniczną i uderza w stronę techno i łączy to z muzyką orientalną. „Frank” ocieka latami 80, a kończący całość „Tam gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi” zaczyna się jako patetyczna ballada oparta na fortepianie i mocy głosu Justyny Święs by przeobrazić się w synth-popowy szlagier.

Jest mocno nastrojowo, klimatycznie i chwytliwie. Słychać na tej płycie, że Jakub Karaś nie boi się eksperymentów. Podoba mi się droga jaką obrali zabrzanie i z całą pewnością z większym zainteresowaniem sięgnę po ich następną płytę. Ocena: 7/10.