Dlaczego warto zobaczyć najnowszego Predatora? – recenzja „The Predator”

W pierwotnej wersji „Predatora” z 1987 roku jeden z komandosów w okularach co chwilę rzuca żarty typu „pussy jokes”. Dowcipów na temat kobiecych narządów rozrodczych pewnie byłoby więcej w filmie z Arnoldem Schwarzeneggerem, gdyby nie fakt, że postać ta ginie jako jedna z pierwszych. Nie wielu pewnie wie, że grał nią Shane Black, reżyser najnowszej wersji z kosmicznym łowcom „The Predator„.

Nowa propozycja od reżysera całkowicie różni się od pozostałych filmów z serii o Predatorze. Black proponuje luźniejsze podejście do tematu, serwując widzom film komediowy z krwistymi scenami i mocnymi żartami. Grupa byłych żołnierzy, której dowodzi zasłużony dla wojska były snajper Quinn McKenna (Boyd Holbrook) wraz z Panią doktor Casey Bracket (W tej roli Olivia Munn),  musi stawić czoła ulepszonej wersji Predatora, który trafił do jednego z małych miasteczek w Stanach Zjednoczonych by zlikwidować innego kosmicznego łowcę, który zdradził swoją rasę.

Oczywiście grupa byłych żołnierzy to wybuchowa mieszanka różnych charakterów, która pomiędzy scenami walk rywalizuje między sobą o miano największego dowcipnisia. Tak więc otrzymujemy jednego kolesia z syndromem Tourette’a, jednego twardziela palącego fajkę za fajką, innego rzucającego co chwila żarty o czyjejś matce czy też człowieka, który do konkretnej sytuacji jest w stanie załatwić wszystko, nawet helikopter. Sam Predator jest tym razem większy, szerszy, groźniejszy i uwaga umie mówić! (Z pomocą translatora) i co najlepsze sam jest bohaterem żartów i zabawnych sytuacji . Do pomocy ma nowe bronie i stadko predopiesków, które nie są nowością, bo pojawiły się już wcześniej w filmie „Predators„. Film odrobinę dopowiada do historii o predatorze i nie neguje wcześniejszych obrazów z serii „Predator” oraz „Aliens vs Predator„, jednak to nie fabuła tu jest najważniejsza, a akcja. A tej jest na prawdę sporo. Film mknie jak szalony i co chwile zaskakuje nas nowymi rozwiązaniami, które są raz lepsze, raz gorsze.

Black swoim filmem oddaje swoisty hołd dla kina akcji lat 80. Twarde charaktery, soczyste żarty, mocne sceny, sporo krwi i gore to atuty tego obrazu. Jak powiedział Michał Walkiewicz, to nie jest dobry film, ale podobający się. Dokładnie mam te same odczucia po tym obrazie. Widzę wszelkie ułomności „The Predator” jakimi są głupia fabuła, naiwne rozwiązania, momentami kiepskie efekty specjalne, oraz nacisk na to by się działo aniżeli miało to ręce i nogi. Jednak temu filmu potrafię to wybaczyć, bo podobnie jak „Deadpool” Black ma do swojego dzieła zdrowy dystans. Najlepszym tego przykładem jest analiza nazwy Predator, która nie jest adekwatna do kosmity polującego tylko dla sportu, a nie by przeżyć. Jednak nazwa „Predator” została przyjęta z prostego powodu – jest bardziej cool. I taki właśnie jest ten film, jest po prostu cool. Dobra rozrywka, która nie zapisze się w historii kina, ale dostarczy nam wiele przyjemnych chwil. Ocena: 7/10.

10 Najlepszych piosenek Maca Millera

W związku z niespodziewaną śmiercią Maca Millera, postanowiłem uczcić pamięć tego wybitnego rapera z Pittsburgha listą jego 10 najlepszych tracków. Lista mocno subiektywna, kolejność alfabetyczna.

2009 (2018, Swimming). Najbardziej nostalgiczny utwór na „Swimming” rozpoczyna się od okazałej porcji smyczków i fortepiana. Później jednak wchodzi beat w stylu starego Eminema samplujący Chante Moore a Malcolm wraca myślami do momentów sprzed wydania pierwszego mixtape’u. Rok 2009 to był dobry rok. A „2009” wychodzi na przeciw moim oczekiwaniom.

Posłuchaj

Cinderella (2016, The Divine Feminine). Ten trwający równe osiem minut utwór oparty jest na prostym i chwytliwym gitarowym riffie wyjętym z utworu Tokyo Police Club oraz wpadającym w ucho refrenie, który wykonuje Ty Dolla $ign. Całość brzmi jak brakujący track z „Long.Live.A$AP„, który również mógłby znaleźć się na jakimkolwiek albumie Drake’a. Malcolm opowiada o namiętnych chwilach spędzonych z dziewczyną, by po ponad pięciu minutach stać się jeszcze bardziej romantycznym i śpiewać przy akompaniamencie fortepianu.

Posłuchaj

Dang! (2016, The Divine Feminine). Utwór nagrany we spółce z Andersonem Paak to prawdopodobnie jeden z najlepszych dowodów, że twórczości Millera nie daleko do samego Justina Timberlake’a. Funkujący i zahaczający o electro-pop beat ładnie komponuje się z elastycznym refrenem. Chłopaki śpiewają o dziewczynach i bardzo dobrze im to wychodzi.

Posłuchaj

Donald Trump (2011, Best Day Ever). Pomijając wszelkie nawiązania polityczne, warto zwrócić tutaj szczególną uwagę jak pięknie zapętlony został „Vesuvius” Sufjana Stevensa. Młodzieniaszek Miller pokazał tutaj, że posiada potencjał by przebić się ze swoim rapowaniem w gatunku zdominowanym przez czarnych, a sam bohater z tytułu określił kiedyś Millera jako „następny Eminem”. Jak dobrze, że nim się nie stał!

Posłuchaj

Kool Aid & Frozen Pizza (2010, K.I.D.S.). Perełka z jednego z pierwszych mixtape’ów, dzięki któremu Malcom wybił się na szerokie wody. Generalnie wolę późniejszego, bardziej dojrzalszego Maca. Nie mniej warto sprawdzić od czego to wszystko się zaczęło.

Posłuchaj

Ladders (2018, Swimming). Na najnowszym i zarazem ostatnim długograju Malcolm pokazuje swoją dojrzałość muzyczną. Świetnie zrobiony podkład przez duet: Pomo/Jon Brion ładnie wpisuje się w metaforę życia jaką jest opisywana przez Millera tytułowa drabina. Gdzieś w tle łaskocze nas funkująca gitarka, pojawią się synthy i jakieś trąbeczki. Ładnie skomponowany utwór.

Posłuchaj

S.D.S (2013, Watching Movies with the Sound Off). To jeden z tych utworów, który od razu rozpoczyna się z „grubej rury”. Psychodeliczny, wręcz narkotyczny podkład stworzony przez Flying Lotusa (słychać to) sampluje… fragment z Dragon Ball Z. Miller swoją nawijką natomiast świadomie nawiązuje do tego pokręconego beatu rzucając „My voice sound like it was a sample off a vinyl„. Mostkowe „Somebody do something” dodaje tylko więcej absurdalności tej sytuacji, podoba mi się to!

Posłuchaj

Self Care (2018, Swimming). O takie rap single walczyłem. Wpada w ucho, da się do tego pobujać, ale równie dobrze działa jako utwór do spokojnych przemyśleń. A te są takie, że Mac Miller szedł w dobrą stronę ze swoją twórczością. Piosenka dzieli się na dwie części. Pierwsza brzmi jak połączenie Drake’a z Justinem Timberlakem, druga natomiast przywołuje mi outra w stylu Kendricka Lamara. Rzadką sprawą jest by przywołać te trzy nazwiska w czyimś utworze, także szacuneczek.

Posłuchaj

Weekend (2015, GO:OD AM). Piszę te słowa we wtorek, słucham tego utworu i już marzę o weekendzie. Dzięki Mac! Rozważania na temat weekendowych rozrywek nie pomagają mi zapomnieć, że dziś dopiero pieprzony wtorek! Ok, ale przejdźmy do utworu. Podoba mi się jak mój r’n’b ulubieniec Miguel współgra z Malcolmem. Swoją drogą Mac Miller świetnie dobiera sobie featuringi. Miguel raczej nie gra tu wielkiej roli, pomaga przy hookach i na końcu serwuje outro na temat dni tygodnia niczym w utworze D-Bomb „O Ela„. A tak na poważnie, to bardzo przyjemny utwór z pogranicza alternatywnego r’n’b i hip-hopu.

Posłuchaj

 

 

Ostatni album Maca Millera – recenzja „Swimming”

Pisanie recenzji „Swimming” w kontekście niespodziewanej śmierci rapera Maca Millera, całkowicie zmieniło mój sposób myślenia o tej płycie. Oczywiście nie mam zamiaru wystawiać pośmiertnej laurki jej twórcy, tylko dlatego, że nie żyje. Jednak na pewno nie znajdziecie w niej najczęściej powtarzanego w innych recenzjach „Swimming” zdania, że Malcolm wychodzi na prostą po rozstaniu z Arianą Grande. Swoją drogą na nieodżałowanym Porcysie stwierdzono, że raczej nikt nie będzie pamiętał o tym albumie za parę lat. Było to 7 września, tego samego dnia artysta zmarł z powodu przedawkowania narkotyków. I w zasadzie tego samego dnia stało się jasne, że ta płyta stała się już legendarną, bo jest ostatnim krążkiem wydanym przez Maca. Poza tym dziwnie się przeglądało tą recenzję gdy z boku spogląda na nas Ariana Grande.

Skupmy się jednak na muzyce. Strasznie to niedorzeczne, że dopiero teraz przesłuchałem dyskografię Easy Maca. Zwłaszcza, że to całkowicie moje klimaty i Mac Miller kupił mnie nie tylko ostatnim krążkiem. Przykładowo, jego wcześniejszy longplay „The Divine Feminine” to istna perełka hip-hopu. Pomijając, że nazwa mi się kojarzy z jakimś nieudanym polskim zespołem, który chciałby być nowym indie odkryciem to ta płyta na każdej płaszczyźnie wymiata. A to nie wszystko, gdyż „GO:OD AM” i „Watching Movies With The Sound Off” też są niczego sobie, a dochodzą do tego także różnorakie mixtape’y, które też potrafiły mnie wkręcić.

Swimming” to zdecydowanie najbardziej dojrzały i równy album Millera. Składający się z 13 tracków album (Mam nadzieje, że czyta to Drake) potrafi wciągnąć w swój świetny klimat. Podkłady są bogate w różnorakie brzmienia i wpadają w ucho od razu. Mamy tu sporo zabawy z soulem czy też synth-funkiem. W sumie nic w tym dziwnego, gdyż w tworzeniu beatów swoje palce maczali m.in. Dam-Funk, Flying Lotus czy też J.Cole. Muzycznie płyta stanowi swoistą kontynuację „The Divine Feminine„.

Lirycznie główną inspiracją do powstania tekstów były niedawne wydarzenia z życia artysty, czyli głośne rozstanie z Arianą Grandę. Nie od dziś wiadomo, że najlepsze płyty powstały z powodu złamania serca. Tak jest i w tym przypadku. Miller dość ciekawie opisuje swoje przeżycia i spostrzeżenia. W „Hurt Feelings” trzeźwym okiem stwierdza, że wszystkie doświadczenia pozwoliły mu stać się lepszym artystą. W „Ladders” używa tytułowej drabiny jako metafory życia, natomiast w singlu „Self Care” powraca do głośnego tematu rozstania z panią Grande. Trzeba jednak przyznać, że wymowa tej płyty wcale nie jest negatywna i mało tu rozgoryczenia. Okazuje się, że gdy kurz opadł Mac Miller stał prosto na nogach i ogarniał tematy całkiem dobrze. Zwłaszcza w „Wings” przyznaje, że wychodzi na prosto po ostatnich wydarzeniach. Dziś wiemy, że nie była to szczera prawda.

Wielka szkoda, że „Swimming” to ostatnia płyta Malcolma. Po tym co przesłuchałem w ostatnich dniach, chciałbym więcej. A tego już nie dostanie żaden fan rapera (Płyt wydawanych pośmiertnie nie traktuje poważnie tak samo jak remake’ów klasycznych horrorów). Świetne podkłady łączą się tutaj z dojrzałą nawijką młodego chłopaka, który niestety powtórzył schemat: sława w młodym wieku, narkotyki, kryzys emocjonalny, jeszcze więcej narkotyków, śmierć. Płyta stała się już kultową, ale nie zwracajcie wyłącznie uwagi na nią ze względu na śmierć rapera. To po prostu bardzo dobra muzyka, i tego się trzymajmy. Ocena: 8/10.