Powrót Wolf Parade taki sobie, a cieszy! Recenzja „Cry Cry Cry”.

Jesień to okres powrotów. Dzieciaki wracają do szkoły, nauczyciele do pracy, dobrze znane seriale wracają na antenę, gwiazdy znowu tańczą na polu minowym, a muzyczni dygnitarze dają zielone światło na premierę nowych albumów. Na powrót Kanadyjczyków z Wolf  Parade trzeba było czekać aż 7 jesieni. Zespół, który w 2005 roku zadebiutował kapitalnym albumem „Apologies to the Queen Mary” jest dla mnie jednym z lepszych przedstawicieli indie rocka od nudniejszego sąsiada Stanów Zjednoczonych. Co prawda, drugi ich krążek „At Mount Zoomer” nie był już tak udaną produkcją jak debiut, ale i tak w moim odczuciu był całkiem niezły. Klapą należy określić „Expo 86” z 2010 roku. Po jego wydaniu Dan Boeckner z resztą zgrai zamilkli na długie 7 lat (Nie wiem czy w Tybecie).

Prawdopodobnie w zeszłym roku chłopakom zabrakło siana, dlatego postanowili wydać debiutancki album w wersji DELUXE i ponownie się reaktywować. Efektem ponownej współpracy Boecknera i spółki jest nowy album „Cry Cry Cry„. Zaczyna się on dość słabo i nudnie. „Lazarus Online” to kiepski wybór na opener. Ogólnie pierwsza część płyty jest dla mnie taka troszkę nijaka. Niby Wolf Parade stosuje sprawdzone chwyty, ale ciężki mi  było się wciągnąć w ten krążek. Na szczęście druga część tego longplaya jest znacznie lepsza i zaciera niesmak pozostawiony po pierwszych trackach. Zaczyna się od „Baby Blue„, który równie dobrze mogli by nagrać Arcade Fire… parę lat temu. Natomiast na kolejnym „Weaponized” grupie było najbliżej do dawnej formy.

Kompozycje zgromadzone na „Cry Cry Cry” nie wprowadzają niczego nowego do gatunku. Tak jak wspomniałem wcześniej, Kanadyjczycy stosują sprawdzone patenty. Raz lepiej, raz gorzej. Brakuje tutaj trochę tego efektu zaskoczenia i tego „wow”. Momentami nawet są tego blisko, jednak w efekcie końcowym niestety nie udaje się uwieść mnie, jako słuchacza. Ale bez obaw chłopaki, i tak was lubię.

Nie chciałbym głównie oceniać „Cry Cry Cry” przez pryzmat dawnego sentymentu do Wolf Parade, ale chyba tak się właśnie dzieje. Nowa propozycja od Kanadyjczyków nie wzbudza żadnych większych emocji, jednakże gdy słucham tego albumu, to cieszę się, że jest. Pozwala mi to poczuć, że stary, dobry indie rock jeszcze żyje. Teraz chyba już wiem co czuli moi starsi znajomi, gdy byli zniesmaczeni faktem, że niema już takich bandów jak Pearl Jam, Guns N’ Roses, Soundgarden czy The Smashing Pumpkins. Ale nie dziadujmy, bo wciąż potrafię rozróżnić dobrą muzykę od gówna i nie słucham wyłącznie płyt z okresu 2005-2009. Po prostu chciałem sprawdzić, czy może Wolf Parade przeżywają nową młodość. Jak się okazało, jednak nie. Ocena: 6/10.

Nowa twarz Arcade Fire – recenzja „Everything Now”

Chyba każdy z nas, a przynajmniej fanatycy indie rocka z okresu 2002-2007 pokochali Arcade Fire za ich wspaniały debiut. Pamiętny album „Funeral„, który pięknie brzmiał i pięknie mówił o życiu i śmierci potrafił chwycić za serducho. Następny „Neon Bible” postawił na bardziej filozoficzny wydźwięk, jednak dalej potrafił zachwycić i zaintrygować. Co prawda, niektórzy krytykowali ten krążek, zwracając uwagę, że najlepszy utwór na płycie „No Cars Go” to odrzut, który nie załapał się na „Funeral„. Równie dobrze można by skrytykować w ten sposób ostatni album Radiohead, jednak tego z oczywistych względów nie zrobimy. Trzeci longplay Arcade Fire „The Suburbs” zebrał ciepłe recenzje, jednak czuć było na nim powoli, że zespół pomału szykuje się na zmianę kierunku. Pokazał to na ostatnim „Reflektorze„, który momentami uderzał w mainstreamowe tony.

No i mamy kolejną część tej historii. „Everything Now” – najmniej spójny i najbardziej różnorodny album zarazem. Czego tu nie ma. Od wibrującego disco, przez szorstki punk, po elementy reggae. Dla wiernego fana debiutanckiego krążka Arcade Fire może być to prawdziwy szok. Kanadyjczycy próbują być na tym albumie Abbą naszych czasów. Brzmi to kuriozalnie, ale zarazem nawet ciekawie.

Całość zaczyna się dość niepozornie. Tytułowy singiel „Everything Now” nie mówi za wiele o tym jaka będzie płyta. Można się jedynie domyślić, że zespół spróbuje uderzyć  w bardziej popowe brzmienie. I faktycznie to robi. Kolejny w zestawie „Signs of Life” to czyste disco przy którym majsterkowała połowa duetu Daft Punk. „Creature Comfort” – jeden z najlepszych utworów na płycie też świetnie odnalazłby się na potańcówce. W ogóle tańczyć do Arcade Fire to jakiś absurd raczej. Doszliśmy od pogrzebu do wesela. Dalej przechodzimy do małych koszmarków, czyli „Peter Pan” i „Chemistry„. Butler z spółką wciskają tu jakieś motywy reggae, a nie wiem czy wiecie, ale nie cierpię reggae. Najbardziej polskiego, ale kanadyjskie jest równie okrutnie złe. „Infinite Content” to kolejne dziwne oblicze zespołu. Tym razem punkowe.. „Electric Blue” i „Put Your Money On Me” to nawiązanie do popu z przełomu lat 70 i 80. Całość kończy mdłe „We Don’t Deserve Love” i rozciągnięty motyw z singla „Everything Now„.

Tak szczerze, to nie wiem co sądzić o tej płycie. Chyba nie tego oczekiwałem po Arcade Fire. Spodziewałem się, że prędzej czy później zaczną popełniać te same błędy co Coldplay czy U2. Jednak taka mieszanka nie sprawia, że chcę wracać do „Everything Now„. Nie wiem czy Butler zrobił ten album z premedytacją. Może i próbował wyśmiać przemysł muzyczny tym cudem, a może nieudolnie chciał stworzyć coś wielkiego i po prostu nie wyszło. Na tej płycie nie ma niczego, za co cenię Kanadyjczyków. Kompozycyjnie ta płyta leży. Częste zmiany nastrojów i gatunków sprawiają, że wydaje się ten krążek niedopracowany i zrobiony na szybko. Teksty co prawda dalej drążą problemy społeczeństwa, ale nie mają one znaczenia, gdy w tle dostajemy taką mieszankę. Natomiast pomysł by stać się Abbą naszych czasów, nawet nie jest śmieszny. Ocena: 5/10.

Dlaczego warto jednak płacić abonament?

Produkcja TVP, o teatrze i to z Tomaszem Karolakiem? Czy taki serial ma prawo się udać? Okazuje się, że tak! I nie jest to twór na miarę M jak Miłość, Rodzinki.PL czy innych badziewiastych produkcji z których niechlubnie słynie telewizja publiczna. W końcu doczekałem się porządnego polskiego serialu, który jest oryginalny i nie próbuje być tanią imitacją zachodnich produkcji.

Artyści” opowiadają historię warszawskiego Teatru Popularnego, do którego przybywa nowy dyrektor (W tej roli Marcin Czarnik). Nowy przełożony będzie się musiał zmagać z problemami placówki finansowanej przez miasto. Kłopoty finansowe, trudne charaktery aktorów, specyficzni pracownicy, pałętające się duchy zmarłych pracowników teatru, codzienne kontrole czy też dwu ulicowi przyjaciele – to tylko część codzienności z jaką będzie musiał się zmagać nowy dyrektor.

Dlaczego warto poświęcić czas temu 8-odcinkowemu serialowi wyreżyserowanemu przez Monikę Strzępkę? Po pierwsze, produkcja TVP stoi na bardzo wysokim, nieosiągalnym dla większości rodzimych seriali poziomie. „Artyści” opowiadają oryginalną historię w oryginalny sposób. Ciekawie przedstawia specyficzny klimat teatru, który jest mroczny i rządzi się dziwacznymi zasadami. Pojawiające się duchy przywołują na myśl „American Horror Story„, jednak i bez nich można dostać ciarek oglądając ten serial. Rozkapryszeni aktorzy, wszystko wiedząca sprzątaczka, twardo dowodzący kierownik działu technicznego, księgowa z fobiami, asystent gej, nie obijająca w bawełnę kucharka  czy też barman imigrant. To tylko część charakterystycznych i specyficznych postaci z jakimi się spotka nowy Dyrektor. Wielobarwność charakterów przywołuje na myśl „Twin Pekas” i jest to ważna cecha, gdyż w większości polskich seriali postacie są tak płaskie i podobne do siebie, że ciężko je rozróżnić do końca seansu.

Ważną cechą serialu jest to, że trzyma w napięciu i chce się go oglądać. Nie ma tutaj może cliffhangerów na miarę „Gry o Tron” czy też „Stranger Things„, jednak łykamy ten serial od razu. Historia Teatru Popularnego wciąga i pochłania od razu, wątki poboczne są mało rozbudowane przez co możemy się głównie skupić na głównym temacie serialu. Napięcie rośnie z każdym odcinkiem, a tempo serialu toczy się dość szybko i sprawnie. Niestety rozczarowujący okazuje się finał, jednak to nie przeszkadza w wysokiej ocenie tego dzieła. W końcu „True Detective” też słabo się skończył, a jednak serial ten uznawany jest jako wybitny.

Swoje robi także muzyka, która wzmaga specyficzny klimat tej produkcji. Poza tym pojawi się parę fajnych motywów i coverów – m.in. „Where is My Mind?” The Pixies. Ponura sceneria mrocznego, starego Teatru w otoczeniu pomniku systemu komunistycznego jakim jest Pałac Kultury i Nauki współgra z główną, polityczną intrygą serialu.

Na osobne zdanie zasługują aktorzy, którzy idealnie odegrali swoje role. Spokój i charyzma Edwarda Linde-Lubaszenko pomogły w odegraniu portiera Popieły, Krzysztof Dracz wykazał szczyt umiejętności przy ukazaniu Nestora, uwierzyłem w fobię Agnieszki Glińskiej, Antonina Choroszcz miała wiele zapadających w pamięć scen a Anna Ilczuk za każdym razem, gdy pojawiała się na ekranie to wiedziałem, że coś się wydarzy. Wspomnijmy też o Karolaku, który grając samego siebie nie irytował za bardzo. Postacie napisane z rozmachem nie spotykanym na naszą skalę.

W ostatnim czasie powstało wiele dobrze ocenianych polskich seriali. Mowa tutaj o takich produkcjach jak chociażby „Wataha„, „Belfer” czy też „Krew z Krwi”. Ja swój głoś oddaje jednak na „Artystów„. Jeżeli takie seriale miałyby zastąpić dotychczasowe twory TVP, to płaćmy ten abonament. Serio. Ocena: 9/10.